Kwitnące wiśnie w Japonii i cos po drodze… Korea, Tajwan…Bahrajn.
12.02.2017
Japonia była w planie już od dłuższego czasu, ale zawsze wypadało cos… Po powrocie z Karaibów planowaliśmy pomału trasę i szukaliśmy biletów. Lubimy Emirates, u nich tez łatwo kupić loty łączone. Kiedy mieliśmy już plan nagle bilety podrożały o 50 % i przez dłuższy czas nic się nie zmieniało mimo codziennego sprawdzania cen, było to az niewiarygodne, … WTF??? W końcu jednak się udało, dziś o 20.30 wróciliśmy z Francji a o 23.30 kupiliśmy bilety i w niedalekiej przyszłości lecimy w końcu do Japonii i nie tylko…Wylatujemy z Pragi i od razu jest A380, który ma regularne rejsy do Dubaju a 10.02.17 wylądował pierwszy raz rejsowy A380 w Warszawie…
Zaczynamy nasza wyprawę w pierwszy dzień wiosny, startujemy z przed domu o 9.45, na lotnisko w Pradze docieramy dopiero o 14,15 na ostania chwile, jakoś słabo się jechało. O 15.15 startujemy A380 do Dubaju, po 5,5h lądujemy tym razem o czasie, przestawiamy zegarki +3h i czekamy 3 godziny , przesiadamy się do kolejnego A380 i o 3.30 lecimy dalej…


Po ponad 8 godzinach lotu docieramy do… Seulu. W wypełnione po 3 karteczki w zasadzie nikt nie patrzy, przechodzimy kontrole zdrowotną, pieczątki w paszporty i witamy w Koreii 🙂 Przestawiamy dodatkowo zegarki +5h i mam teraz do Polski +8h. Jest już 18. Dwa pierwsze bankomaty nie chcą dać kasy??? Cale szczęście kolejny daje…uff. Jest tylko 10 stopni, dla odmiany w Pradze było już 16 ale co tam w Melbourne w środku lata mieliśmy tylko 9 stopni na dzień dobry. Kupujemy bilety na autobus 6001 i kierujemy się w stronę hotelu. Po 80 minutach docieramy do Acube Hotel i tak po 26 godzinach od wyjęcia z domu jesteśmy u celu. Odświeżamy się i idziemy spacerkiem na targ Gwengjang co zjeść, wynalazki są tam różne… ok 24 wracamy do hotelu i padamy













23-24.03.2017
Po śniadaniu ruszamy na spacerek po Seulu. Hotel mamy idealnie położony, wszędzie wydaje się blisko. Zaczynamy od Dongdaemun Market, zahaczamy o ultranowoczesny, wręcz kosmiczny Dongdaeum Design Plaza, pogoda dziś idealna ok. 15 stopni, opadów brak, idzie wiosna sa tez pierwsze po malu kwitnące wiśnie, chociaż zieleni i kolorów bardzo Malo. Odwiedzamy Namsango Hanok Village,, Namdemun Market, Deoksung Palac przy City Hall i dzielnice handlowa Myeong- dong z milionami sklepów i street fodeem z którego chętnie korzystają rodzice, dzieciaczki wolą parowki i tego podobne rzeczy gdzie z pomocą przychodzą niezawodne 7/11, SA tez podobne C& U. Sklepy są podzielane tematycznie ulicami: jak zaczyna się handel folia bąbelkowa to 10-12 sklepów handluje folia jak kosmetykami to 10-20 z kosmetykami, jak motocyklami to tak samo, jak papierem to papierem, jak butami to butami, zdrowa konkurencja. Zrobiliśmy niezłe kolko na koniec dnia okazuje się ze przeszliśmy 15 km.
Kolejny dzień postanowiliśmy przejechać się tez metrem. Na początek główna atrakcja Seulu, Gyeongbokgung Palac, nie daleko jest Polska ambasada póki co jeszcze z flaga UE, potem spacerem odwiedzamy buddyjska świątynie JOGYESTA Temple, gdzie ciekawa historyjka, pod świątynią w Koreii, ktos kradnie tatusia New Balancy w rozmiarze 45 jedyne buty tatusia na ten wyjazd… wtf mamy problem, niespotykana podobna historia w Korei, ktoś cos ukradł, dodatkowo New Blancy maja max rozmiar w Korei 43, Nike 44,5, udaje się kupić niedaleko Nike 44,5, cala wycieczka jeszcze przed nami, trzeba dać rade. Na Insa-Dong jemy street food i kierujemy się metrem na Gangam Street, przejażdżka ok. 40 minut. Ok. 22 docieramy powrotem do hotelu na koniec odwiedzając tradycyjny market z jedzeniem Gwangjang Market na którym juz byliśmy pierwszego dnia. Dzis 12 km
https://pl.wikipedia.org/wiki/Seul








































































Rano wyruszamy na zorganizowany Tour do strefy zdemilitaryzowanej DMZ
Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana – strefa zdemilitaryzowana powstała w 1953 roku na mocy porozumienia z Panmundżom.
Strefa zdemilitaryzowana rozcina Półwysep Koreański pasem rozciągającym się po obu stronach linii demarkacyjnej o szerokości 4 km i długości 238 km, przebiegającym w przybliżeniu wokół 38 równoleżnika.
Rola strefy polega na ograniczeniu fizycznego i wzrokowego kontaktu sił obu stron, co ogranicza incydenty i prowokacje, a więc zapobiega niekontrolowanemu wznowieniu konfliktu. Strefa nie może odegrać jednak żadnej roli, jeśli chodzi o uchronienie stron przed niespodziewaną agresją. Wynika to z faktu, że paradoksalnie po obu stronach wąskiej strefy mamy do czynienia z najbardziej zmilitaryzowaną przestrzenią we współczesnym świecie, w której zgromadzono milionowe armie wyposażone w najnowocześniejsze środki rażenia, w tym broń nuklearną, biologiczną i chemiczną oraz środki jej przenoszenia. W Strefie Zdemilitaryzowanej znajduje się największe na świecie pole minowe przy którym przyjeżdżaliśmy dosłownie 1 metr od niego.
Do Panmunjeom (JSA) nie mogliśmy jechać, ponieważ minimalny wymagany wiek to 11 lat. Musimy odpuscic: Freedom House, Conference room, Bridge of No Return. Skorzystaliśmy z wersji okrojonej, gdzie na początek zobaczyliśmy Freedom Bridge, potem ID Checek point- sprawdzanie paszportów przez woijsko, byliśmy w DMZ Theater, Następnie w 3rd Infiltration Tunel, gdzie po 300 metrowym zejściu, trzeba było się jeszcze przeciskać 170 metrów i następnie powrót pod gore… dosyć mecząca przygoda, pełna mimo wszystko emocji,. Kolejny etap to Dora Observatory i Dorsan Station.
Zrobiono z tego atrakcje turystyczna i propagandowa, mimo ze konflikt trwa cały czas, pod lufami karabinów, min, drutów kolczastych, budek wartowniczych i kamer z 25 milionami zniewolonych ludzi w Korei Północnej, trochę to wszystko sztuczne, i naciągane ale warto to zobaczyć i przemyśleć jaki dziwny może być świat i jego historia… Nasze dzieciaczki przyjęły to w zrozumieniu i w pewnym sensie zadumie jak na swój wiek, była to na pewno swojego rodzaju lekcja…
Po powrocie do Seulu trafiamy na mega manifestacje, gdzie zablokowane jest poł Seulu i zaangażowanych tysiące policjantów… jutro dalej w drogę…


















Dziś wstajemy o 4 rano, o 4.30 przyjeżdża po nas taksówka, śniadanie pięknie podane na wynos i jedziemy na Seul Gimpo Airport skąd dokładnie o 6.10 odlatujemy na Jeju Island liniami Aisana Airlines. Lądujemy równo po godzinie od startu o 7.10 jesteśmy na Jeju.
Wiosny niestety nie ma a jest nawet chłodniej niż w Seulu, ok. 6 stopni, dodatkowo kropi deszcz i mocno wieje…
Wypożyczamy samochód Hunday IONIQ Hybrid w Jeju Ok Rentals, nie maja map po angielsku, GPS tez tylko po Koreańsku, za to wymagają międzynarodowe prawo jazdy które w ostatniej chwili wrzuciliśmy cale szczęście do bagażu. Ok ruszamy w stronę hotelu Aguila Hotel Jeju Oceano Suite, podróżuje się dosyć ciężko, nie ma za bardzo jak wytyczyć trasy, czasami nie wiemy tez gdzie dokradnie jesteśmy. Po Jakimś czasie łapiemy rytm, w nawigacji możemy wpisać nr telefonu miejsca gdzie planujemy jechać i gps pokazuje drogę. Przestawiamy tez ustawienia samochodu na język angielski.
Po drodze pyszne śniadanie z owoców morza, pomarańcze rośną na drzewach, kupujemy trochę sa słodkie i pyszne. Odwiedzamy tez Muzeum Hallo Kitty- dzieci w pełnej euforii. Podróżujemy nadbrzeżem podziwiając morze żółte. Na koniec dnia Tradycyjny Koreański Gril Ok. 21 padamy


























27-28.2017 JejuTrip
Pogoda znacznie się poprawiła, dochodzi nawet do 17 stopni i nie pada chociaż na ogol jest ok. 13.
Objeżdżamy sobie na spokojnie Jeju…
Z podstawowych punktów ogarniamy:
Seongsan Ilchulbong jeden z nowych siedmiu cudów natury, zwany także „Szczytem Sunrise”, Położony na wschodnim wybrzeżu wyspy Jeju i przypominający olbrzymi starożytny zamek, ten stożek ma 182 metrów wysokości,
Jungmun Jawa Kolums- cos podobnego do Grobli Olbrzyma w Irlandii
Cheonjiyeon Waterfall- fajny wodospadzik
Labirynt Maze Park- troche rozrywki dla wszystkich
Manjang Lava Tube- grota z lawy
na kolacje codziennie Korean Grill
Po Jeju podróżowanie samochodem jest bardzo meczące, średnia prędkość to ok 50km/h chociaż gps na przejechanie 10 km daje 30 minut, także trasa 60km to już prawdziwa misja. Co chwile są radary, i światła, na których traci się dużo czasu. Miasto Jeju jest dosyć rozlegle, ok 15-20km, bardzo duży ruch i korki.
Tak czy inaczej machnęliśmy w sumie prawie 550km, jutro zmieniamy miejscówkę…
Z ciekawostek: wifi jest praktycznie dostępny wszędzie i bez ograniczeń. W Seulu znacznie lepiej mówią po angielsku, na Jeju prawie wcale, jest bardzo dużo samochodów elektrycznych różnych marek. Koreańczycy lubią strzelić sobie fotkę w rzepaku.











































Wstajemy o 7, o 8 robimy check-out i kierujemy się na lotnisko. Tankujemy samochód, spalanie wyszło na poziomie 5l/100km także super. Oddajemy auto, jakimś cudem ogarnęliśmy koreańską nawigacje i trafialiśmy tam gdzie chcieliśmy. O 10.30 odlatujemy Asiana Airlines do Seul Gimpo.
Na Gimpo bierzemy płatny autobus bezpośrednio na Icheon, tam obiad, kawka i shopping, odbieramy tez Tax Refaund i o 17.30 liniami Thai, lecimy do Taipei.
Thai pełen wypas jak na dzisiejsze czasy, wybór miejsc, posiłków, brak limitów na bagaże, wszystko w cenie… super, przy koszcie biletu na poziomie 100 euro za osobę. Dodatkowo jedna waliza nie wytrzymuje i Thai bez zbędnego ściemniania daje nam nowa, cala procedura zajmuje 10 minut.
Zegarki przestawiamy -1h czyli do Polski jesteśmy +6h. Wymieniam dolary i bierzemy autobus z lotniska do centrum Main Station za 310 TWD i dodatkowo taksówkę za ostatnie 4 kilometry pod hotel za 100. Taksówka z lotniska to koszt ok. 1000-1300 TWD. Dziś mamy Taipei M Hotel- Main Station. Witamy na Tajwanie… pogoda odpowiednia 21 stopni














Dziś od rana na dużym chilloucie. Najpierw śniadanie, mega duże pranie, odrabianie lekcji przez Luizke, odpoczynek na tarasie słonecznym na dachu naszego hotelu, bez tłumów w spokoju i ciszy. Pogoda idealna 27 stopni
Potem czas na Taipei Tour, na początek Xinyi & Linsen Intersection, Taipei 101 kolejny z najwyższych budynków świata do kolekcji (wjeżdżamy najszybsza na świecie winda) , Xiemen Comercial Center































Dziś cos dla ciała i duszy, jedziemy na Hot Springs
Bierzemy metro ze stacji Main Station i za 1$ amerykańskiego za osobę jedziemy 12 przystanków do Hot Springs Valley. Okolica bardzo fajna, jest zielono dużo spokojniej niż w mieście. O 13.30 wbijamy na Public Hot Springs za 4 dolary za wszystkich:) Moczymy pupy w basenach z woda o rożnej temperaturze i przy okazji jesteśmy mega atrakcja turystyczna, przede wszystkim dzieciaczki. Po wyjściu dzieci maja wybór albo jemy w McDonalds albo Sushi i co najlepsze zgodnie pada na Sushi, haha… super
Dziś jest załamanie pogodowe, z 26 stopni rano, zaczyna kropić i mega wiać i tem spada do 15 stopni. Jutro do Tokyo…

















O 4 rano opuszczamy hotel w strugach deszczu i jedziemy 40 minut taksi na lotnisko. O 6.25 liniami Tiger Taiwan lecimy do Tokyo. Tiger ma mega mało miejsca w samolocie, nie idzie się wręcz ruszać, dobrze ze to tylko 2,5h bo dłużej byłoby nie do zniesienia a co najlepsze bilety nie były za tanie. Lądujemy na Tokyo Narita Airport. Szybka odprawa, badania nie było i witamy w Japonii…yuchuu.
Wypłacamy bez problemu kasę z bankomatu, jemy obiad i zamieniamy zupełnie bez kolejki kupione w Polsce vouchery na JR Pass z aktywacja od 4 kwietnia i rezerwujemy już miejsca na pociąg do Hiroshima, kupujemy bilety na Sky Liner do UENO, za 6000Y czyli ok. 200PLN i jedziemy do Tokyo. Już ten pociąg dochodzi do 156km/h wow gdzie Pandolino może w Polsce maksymalnie 200km/h. Dojeżdżamy do stacji Ueno, bierzemy taksówkę i jesteśmy w Hotelu Asakusa View Hotel. Ogarniamy się szybko i idziemy na porządna japońską wyżerkę: zaczynamy od Sukiyaki i Shabu Shabu, podobno najpyszniejsze mięso na świecie… Po degustacji można się z tym zgodzić… było pysznie.
Robimy sobie jeszcze spacerek po okolicy: wiśnie kwitną, jest Sakura, jest pięknie, Japończycy mimo ze jest tylko 6 stopni odpoczywają na skwerach, robią pikniki. My docieramy prawie pod Tokyo Sky Tree, a właściwie pod Sumidagawa River, po drodze odwiedzając Sansoji Tempel. O 21 wracamy do hotelu i dzieciaczki padają.. Witam w Japonii…





























Rano spacerkiem idziemy do parku Udno, pogoda dziś istnie wiosenna ok. 14-15 stopni i słonecznie. Japończycy ostro świętują i jest ich pełno, ale tez kwitnących wiśni nie brakuje… cel wyjazdu zrealizowany- trafiliśmy na Sakure. Spacerujemy sobie po Tokyo (Park Ueno, Kyu Iwasaki-tei Garden,Shinjuku Garden ), odwiedzamy parki i cieszymy się razem z Japończykami z ich święta, kupujemy napoje w ich słynnych automatach, próbujemy tez tgz zupek Chinek- które tak naprawdę wywodzą się z Japonii, pijemy cherry bloum kawkę- calkiem udana japońską niedziela. Luizce w Tokyo wypada jej pierwsza górna jedynka…
Po południu jedziemy metrem na Shibuya- najbardziej zatłoczone przejście dla pieszych na świecie. Ok. 20 wracamy metrem jednym pociągiem ok. 12 przystanków, prawie pod nasz hotel, jeszcze tylko wieczorne sushi i do spania










































Podobno w Tokyo już za dwa dni kwiaty będą opadać… Poki co Japonczycy celebrują na calego.
Dziś piękna pogoda ok. 17 stopni, świeci słonce, spacerujemy sobie po dzielnicy Asakusa, najpierw jeszcze raz przez Sansoji Tempel, kupujemy Luizce upragnione kimono, w które natychmiast się przebiera i chodzi w nim już do końca dnia. Robimy tez przejażdżkę riksza, docieramy do Sumida Park, gdzie z Japończykami spożywamy Bento, dochodzimy Pod SykTree Tower i wieczorem wracamy do hotelu, zahaczając o Sushi, gdzie w lokalu je się na stojąco, ryby codziennie dowożone prosto z łódki- takich frykasów jeszcze nie jedliśmy.
Japonia robi na nas bardzo pozytywne wrażenie, takie przykłady jak podgrzewana deska klozetowa, czy samo spuszczająca się woda, melodyjka po zagotowaniu się wody w czajniku to drobnostki które powodują uśmiech na buzi. Ludzie są niezwykle mili i spokojni, wszyscy się uśmiechają i w razie pytań próbują jak najlepiej pomoc. Bardzo dużo ludzi mówi po angielsku, nie mamy prawie wogole problemów z porozumiewaniem, nawet z panami w metro. Jak na razie jest rewelacyjnie…


































Po śniadaniu ruszamy w stronę Tokyo Station i po 20 minutach czekamy już na naszego Shikansena. Startujemy 10.03…
Opuszczamy największe miasto świata i jedziemy z zawrotna prędkością do Hiroszimy. Mamy jeden przystanek w Shin-Kobe (9 minut) zmieniamy pociągi i pokonanie 750km zajmuje nam 4,5h. Uczucie jak w bolidzie formuły jeden… Mamy piękny widok na Gore Fuji…
Dojeżdżamy do hotelu autobusem Hop-on, hop-off, który jest w cenie JR Pasu, bookujemy się i ruszamy na spacer i jedzenie… Atomic bomb dome i park -Peace Memorial Park




















Po śniadaniu ruszamy pokręcić się po okolicy, oglądamy jeszcze Atomic Bomb Dome i spacer po parku -Peace Memorial Park- ludzi sporo, wiśnie kwitną, miejsce o strasznej historii, idziemy tez do muzeum (na dzieciach robi piorunujące wrażenie) i ok. 12 wskakujemy w busa hop on, hop-off (bilet w cenie JR Pass) i jedziemy na dworzec. Tam ogarniamy pozostałe miejscówki na Shikanseny, co zajmuje nam może z 20 minut razem ze staniem w kolejce i jedziemy pociegiem JR do Miyajima (bilet w cenie JR Pass), przesiadamy się na prom, bilety tez w cenie JR Pass i po chwili jesteśmy na wyspie.
Wyspa robi na nas bardzo pozytywny wrażenie, jest fajna atmosfera, daniele chodzą sobie wolno miedzy turystami, podziwiamy Torii Gate wpis ca do Unesco, Pagodę, mnóstwo kwitnących wiśni, dzieciaczki ściągają buty i moczą stopy w morzu, jemy ostrygi, naleśniki Hiroshima Style Okonomiyaki, Ciastka z czekolada Hallo Kitti, całkiem fajny spokojny dzien. Po wyjściu z łódki jemy steki w wersji japońskiej, jedziemy kolejka do Hiroszimy i podjeżdżamy tramwajem pod nasz hotel (160Y za osobe). Jeszcze wieczorne sushi, dziciaczki padają a nam zostaje jeszcze pranie i pakowanie na jutrzejszy dzien…































Po śniadaniu jedziemy jeszcze na Hiroshima Castle, wracamy do hotelu po bagaże i jedziemy na dworzec. O 12.22 odjeżdżamy Shinkansenm do Kioto i o 14.00 meldujemy się w Kioto z jedna przesiadka tym razem Sin-Ossaka. Bookujemy się do hotelu Hotel New Hankyu Kyoto i po krótkiej przerwie na Bento jedziemy JR Nara do Fushimi Inari: odwiedzić największe skupisko Torii Gates, podobno więcej niż 32.000 bram i wchodzi się na wysokość 233 metry npm. Cały spacer zajmuje nam ok. 2,5 godziny dosyć dobrym tempem, nie było tłoku, większość stoisk handlowych tez była już zamknięta także było całkiem milo. Skąd te nasze dzieciaczki biorą energie? Cały czas w pełnej euforii… a przeszliśmy dziś ponad 11 km i pokonaliśmy 68 pięter po schodach… a przez cały wyjazd maja w nogach spokojnie ze 120-150km i ze 270 pięter po schodach. Są naprawdę mega dzieli. Wracamy wieczorem i uderzamy jeszcze na kolacje na grila.


























Na śniadanie dziś w końcu dla rodziców Ramen- tutejsza zupka a ku uciesze dzieci dla niech pizza.
Potem jedziemy pociągiem do mega klimatycznej miejscowości Saga-Arashiyama przy której jest piękny las bambusowy, sakura w pełni tez robi swoja robotę. Idziemy tez na wzgórze gdzie żyją małpy- dzieciaczki mega chciały je odwiedzić. Przez chwile czujemy się jak w Tajlandii. Po południu wracamy do Kyoto i autobusem podjeżdżamy do DawnTown, które mimo padającego deszczu i zapadającego zmroku wygląda przepięknie. Trochę zabrakło nam czasu na Kyoto i okolice ale do Japonii trzeba będzie wrócić. Wieczorem znowu grill…






































Od rana leje.. niestety, zostały nam ostatnie dni naszej azjatyckiej podroży, w nocy z poniedziałku na wtorek odlatujemy do Dubai.
Opuszczamy dziś Kyoto, nadmienić tylko trzeba ze dworzec kolejowy Kioto robi naprawdę potężne wrażenie swoja ultra nowoczesnością i rozmachem. Shinkansenem jedziemy do Odawara (2h) a z tamta normalnym pociągiem (1h) do Hakone. Cala okolica jest piękna, niestety ulewa i wiatr chyba dziś nie pozwoli nam działać. Cale szczęście na koniec zarezerwowaliśmy sobie Ryokan z Onsenem Lalaca, oryginalny japoński hotelik z ciepłymi źródłami. Przeprawa z dworca do hotelu w ulewie pod ostra górę ze wszystkim tobolami to niezła przygoda, mimo ze to tylko 400 metrów. Hotelik, jest fajny, klimatyczny, maly, z lóżkami futon, podłoga wyłożona matami tatami, jest dużo regulaminów i zasad do przestrzegania szczególnie na Onsenie ale chyba damy rade z nasza dwójką. Zostaniemy tu na dwie ostatnie nocki… Na kolacje iście japońska uczta z surowymi meduzami czy dziwnymi ślimakami…


















Zula ma racje, słonce będzie i to nawet na 100% na tym wyjeździe ale niestety jeszcze nie dziś…;(
Leje dalej… no to się relaksujemy: japońskie masaże (tego było nam trzeba), onsen, próbujemy się tez przejść, ale mgła i deszcz są tak duże ze kompletnie nic nie widać, fajna atrakcja jest lejący się po prostu wrzątek ulicami wioseczki… a miało być tak pięknie… widoki na Fuji Mountain, Vulcanic Valley, Ashi Lake… no nic innym razem, dobrze ze chociaż mamy fajna miejscówkę to możemy poczilowac. Pełny ostatni dzień w Japonii a wynudziliśmy się na maxa…



















Wstajemy o 8, śniadanie i check-out . Jednak mamy farta… Dziś od rana nie pada, świeci słonce tylko temperatura obniżyła się do 6 stopni. O 10 jedziemy na Vulcanic Vallej z pięknym widokiem na Gore Fuji, wjeżdżamy koleją linowa, nadepnie gondola do Lake Ashi cały czas z widokiem na Fuji… wieje i zimno ale pięknie, cieszymy się ze jednak widać ten wielki stożek… dzieciaczka wspominają ze na Etnie było cieplej… Idzie Wielkanoc wiec jemy jaja podobno ugotowane w wulkanie, fajnie wyglądają w czarnych skorkach, smakują tez dobrze. Wysyłamy jeszcze kartki do szkoły i przedszkola i ok. 15 mamy oldsculowy pociąg do Hakone-yumoto tam przesiadka i pociąg do Odawara. Z Odawara o 16.15 ostatnia przejażdżka Shinkansenem do Tokyo Station , w ostatni dzień pierwszy raz i to dwa razy sprawdzali nam bilety i nawet wzięli JR passy do reki, do tej pory tylko pokazywaliśmy na bramkach i tyle. Zastanawialiśmy się czy można by z 2 tygodnie pojeździć na tygodniowym, tak trochę po Polsku ale jednak sprawdzają. W Tokyo jeszcze sushi i pociąg JR w stronę lotniska Tokyo Haneda Airport, jeszcze jedna przesiadka w prywatna linie i dojeżdżamy na lotnisko. Po drodze w ostatnim pociągu Tokyo i Japonia zegnają nas pięknym zachodem słońca… O 00.30 odlatujemy Emirates do Dubai… lot ma trwać prawie 12 godzin, udaje nam się tak pozamieniać ze mamy mimo pełnego samolotu dwa rzędy dla siebie, także dzieciaczki mogą się spokojnie wyłożyć, i zaraz po starcie padają… to był dal nich naprawdę długi dzień

























W Dubaju lądujemy dokładnie po 12 godzinach, jak zwykle był tłok i krążyliśmy 50 minut nad miastem. Każdy z nas przespał się od 5 do 8 godzin, także nie jest źle, jet leg raczej nie będzie, bo w Dubai jest teraz 8 rano, w Polsce po zmianie czasu jest teraz 6 rano. Nasz kolejny lot już wiemy ze tez jest opóźniony o godzinę także na pewno zdążymy.. Na lotnisku ludzi mnóstwo, jemy śniadanie, idziemy do samolotu, odlatujemy punktualnie o wyznaczonej godzinie 9.30 …

Bordując sie do samolotu zauważamy ze jest cos inaczej… okazuje się ze lecą z nami członkowie Teamów Formula 1, Hass, RedBull Racing, Ferrari, Wiliams… Teamy przenosza się z Szanghaju gdzie w niedziele był wyścig właśnie do Bahrajnu, gdzie będzie w tym tygodniu. Hehe co za fart, to zaliczmy tez GP Formula 1 w Bahrajnie jak uda się kupić jakieś wejściówki na sesje treningowa, które lubimy najbardziej bo wszystko elegancko widać lepiej niż na wyścigu. Stąd tez te opóźnienia, podobno przyleciało dziś 1500 osób z Szanghaju do Dubaju.
Lot Emirates zajmuje ok. 50 minut. Po wylądowaniu ustawiamy się w kolejkę dla Formuła One Team and Visitors i to była bardzo dobra decyzja. Po pierwsze ta kolejka bardzo szybko szła, po drugie zamiast płacić 25 Dinarów za Vise od głowy czyli ok. 250PLN, płacimy tylko 5 Dinarów za osobę a gdybyśmy mieli już kupiony bilet, zapłacilibyśmy tylko 2 Dinary. Tak czy inaczej jesteśmy w Bahrajnie.. Cel wyjazdu, podgrzać się trochę, odpoczynek dla dzieci, które uwielbiają ciepło i wodę i zobaczyć nowy zamknięty do niedawna kraj. Wypłacamy bez problemu kasę z bankomatu , wypożyczamy auto z Avis, i tutaj już stykamy się z zupełnie inna kultura niż mięliśmy do czynienia przez ostatnie 3 tygodnie. Wszystko trwa bardzo wolno, i nie na czas, cala procedura mimo ponagleń zajmuje ponad godzinę.. Trafiamy w całkowicie inny bardzo różny niż do tej pory świat. W wypożyczalni nie maja gps, chcemy chociaż mapę cale szczęście się jakąś znajduje z kilkoma ważniejszymi punktami. Ruszamy, na początku trochę się gubimy, kręcimy ale po chwili łapiemy rytm i dojeżdżamy do hotelu Lagoona Beach Luxury Resort and Spa, tutaj bardzo się starają, chcą żebyśmy byli zadowoleni. Goście głownie z Arabii Saudyjskiej, my jesteśmy tutaj atrakcja. Jesteśmy bardzo blisko Arabii Saudyjskiej która połączona jest z Bahrajnem mostem, łapiemy sieci komórkowe z Arabii ale nie ma szans się tam dostać przez bardzo restrykcyjne wymogi odnośnie visy, zresztą chyba nie chcemy nawet tam jechać. Idziemy się trochę wyluzować na morze i basen, niestety po 5 minutach tatuś rozcina sobie stope w morzu i to na tyle mocno ze potrzebna jest video konsultacja z lekarzem w Polsce przez WhatsApp. Na pierwszy rzut oka szyć nie trzeba, ale z chodzeniem jest problem. Dzieciaczki do wieczora wariują na basenie, temperatura extremalnie wysoka 37 stopni ale dla nas dobrze lubimy takie klimaty. Wieczorem jedziemy do miasta na kolacje i zakupy, okazuje się ze jest Carrefour, można tez spokojnie płacić Rialami z Arabii Saudyjskiej dostajemy w nich nawet resztę, zakupy i wieczorem po 43 godzinach od pobudki w Japonii, wszyscy po prostu padamy…
Bahrajn na pierwszy rzut oka pustynna wyspa, ewidentnie dużo uboższa niz Emiraty czy Katar, jest bardzo dużo rozpoczętych inwestycji i nie pokończonych z powodu braku kasy, nie wygląda to za ciekawie.
Trochę czujemy się jak w bajce o Sindbadzie, upal, pełne słonce, piach, piach i piach do tego arabska muzyka i kobiety opatulane w burki…
















12-13.04.17. Kontuzja stopy taty, dzieciaczki chcą na basen, temperatura powietrza 38… 2 dni odpoczynek.
14.04.17 Trzeba gdzieś się ruszyć, zaczynamy od Bahrain Fort, następnie Tree of Life- drzewo na pustyni żyje bez wody i jest nawet zielone, pola naftowe, Formuła 1 Circut- nie chcą sprzedać nam biletów tylko na piątek, koniecznie musi być na trzy dni i nie rozumieją ze jutro wyjeżdżamy, minimalna cena 600PLN od osoby- odpuszczamy, dodatkowo dziś jest chyba najcieplejszy dzień jaki mięliśmy kiedykolwiek i gdziekolwiek, termometr w samochodzie pokazuje 48 stopni.
Odwiedzamy jeszcze Manama- stolica Bahraju (jest klika nowoczesnych budynkow)- targ Manama Souq- targ jak wiele innych w krajach arabskich, wjeżdżając zauważamy przywalone gruzem nowe samochody, wygląda jakby się zawalił balkon, tyle ze rozwalone auta stoją bo dwóch stronach i jest ich kilka… myśli od razu w dzisiejszych czasach same tworzą sobie obraz… cale szczęście to nie to na co wygląda- ale tez było grubo, wybuchała butla z gazem. W Bahrajnie nie ma za bardzo co robić- kraj na jednorazowe odwiedziny 2-3 dni to max, mnóstwo patroli policji
Na obiad sharma i ok. 16 wracamy na basen i od razu wskakujemy- dziś była totalna patelnia… o pierwszej w nocy ruszamy na lotnisko…























Wstajemy o 0.30 czyli o polskiej 23.30 i o 1 w nocy zaczynamy kierować się w stronę lotniska. Oddajemy samochód, przejechaliśmy 250 km, benzyna litr 1,6 PLN…:)
O 3.30 odlatujemy Emirates do Dubai, tam 3 godziny przerwy na shopping i kolejny lot do Pragi. Kolejna walizka nie wytrzymuje trudu wycieczki. Ok 15 jesteśmy w naszym samochodzie i kierujemy się w stronę Zielonej Góry, jedziemy przez Niemcy i o 18.40 jesteśmy w domu.




Czym jest dla Ciebie dom? Podróżując dużo, rzadko tak naprawdę bywasz w domu. Ale nie jest Ci z tym źle, bo cały świat jest teraz Twoim domem! Dla Ciebie dom to nie jest szczególne miejsce, ale uczucie. Poczucie przynależności oraz fakt, że jest Ci zwyczajnie wygodnie. Słowo nostalgia jest dla Ciebie obcym słowem. Za to tęsknota za poznawaniem nowych miejsc towarzyszy Ci non stop. Twoje uzależnienie od podróży sprawia, że jesteś prawdziwym obywatelem świata, ponieważ czujesz się jak w domu w każdym miejscu na naszym globie. Dom to nie miejsce, to uczucie..
Krotko podsumowując: Japonia jak i Korea sa super, bardzo otwarte na turystów, bardzo łatwo się poruszać, większość ludzi rozmawia po angielsku, szczególnie ludzie młodzi, sa chętni do pomocy i dobrze się komunikują. Nie ma żadnych problemów żeby wyciągnąć pieniądze z bankomatu ani problemów z płatnościami kartami, można płacić prawie wszędzie. Jedzenie jest pyszne warto próbować czego się da… Na pewno tam wrócimy…
http://flightdiary.net/LuizaMaria