TiT, Barbados, Grenada, St Vincent i Grenadyny, St Lucia, Martynika, Dominika, Antigua i Barbuda, Montserrat, Saint Kitts i Nevis, USA.
Ruszamy na Karaiby… jest lekki plan, biletów powrotnych nie ma…:)
Ruszamy o 13:15 w stronę TXL… dziś okazuje się ze mega ruch i korki szczególnie po niemieckiej stronie. Dojeżdżamy o 15:55 na lotnisko. Szybko oddajemy bagaże, skanery i o 16:55 odlatujemy EasyJest (bilet 26 EUR) do Frankfurtu nad Menem. Berlin opuszczamy w deszczu i 15 stopni, Lot 50 minut i jesteśmy pierwszy raz na jednym z największych europejskich lotnisk- po wylądowaniu samolot jechał 20 minut do terminala. Check-in w HyattAirport, obiad i jedziemy odwiedzić znajomych… ok 22 wracamy do hotelu i dzieciaczki padają. Jutro dużo dalej…



9.07.19 Ruszamy na lotnisko o 10.15… odlot o 12 a tu mega kolejka do check-in.. musimy się wepchnąć… i o 11.10 się udaje, jakieś bezsensowne pytania czy mamy bilet powrotny- nie mamy, a czy mamy bilet z Tobago- mamy, a gdzie dalej itp… jeszcze biegiem do bramki i ostatecznie się udaje. O 12 odlatujemy liniami Condor na Tobago (350 EUR na glowe z bagażami i miejscami). Lot 8:50h mija dosyć szybko i przyjemnie- jedzenie i picie w cenie. Lądujemy ok. 15, mamy – 6h do Polski. Na granicy: na jak długo przyjechaliśmy i to wszystko, jeszcze kolejka do castom, tutaj tez jedno pytanie i jesteśmy na Tobago. Facet z wypożyczalni samochodów, zamówiony z Frankfurtu mailem- czeka, furka jest (45$/ doba), podpisujemy, płacimy i jedziemy do marketu na pierwsze zakupki. Po drodze jeszcze maga słodkie ananasy i ok. 18 jadać 30km prawie godzinę docieramy do naszego miejsca- Castara. Drewniany domek, bez szyb ale z mega widokiem przy spokojnej plazy. Kawałek wyspy który pokonaliśmy wygląda biednie, skojarzenia z 3 światem w Afryce… o 21 padamy.
10.07.19 Budzimy się z kogutami gdzieś o 5.30… dziś dzień na ochłoniecie, czas płynie mega wolno, chilot na pustej plaży w mega czystej i cieplej wodzie przy której latają i polują pelikany, przejażdżka po naszej wiosce… totalne zadupie i powrót na plaże. Zaaklimyzowalismy się..




















11.07. 19 Robimy objazd wyspy. Jedzie się trudno i mega wolno ok. 20-30 km/h. Jedziemy z Castara w kierunku Perlatuvier, i przecinamy piękny las deszczowy, gdzie po drodze spotykamy mega dużego węża. Zapach lasu i jego wygląd są niesamowite. Przejeżdżamy na drugą stronę wyspy w okolice miejscowości Roxborough. Ta strona zniszczona i biedna, plaże z czarnego piasku. Dojeżdżamy do miejscowość Scarborough- stolicy wyspy. Jakieś jedzenie i jedziemy na Crown Point . Wracamy na spokojnie ok. 16 i do końca dnia siedzimy w morzu.
12.07.19 dziś plaża- dzieci najchętniej nie wychodziły by z wody i kręcimy się po naszej wiosce. Z bliska obserwujemy piękne Koliberki.




































O 4 rano mamy ulewę na max, lejący się deszcz stawia nas na równe nogi… takiego deszczu nie mieliśmy jeszcze nigdy i nigdzie. Mamy trochę leki ze nam domek zmyje w przepaść. Dziś opuszczamy nasz domek na drzewie. Miejscówka mega spokojna z dala od cywilizacji w której odpoczęliśmy. O 11 ruszamy w stronę lotniska. Tym razem wybieramy trasę wybrzeżem przez miejscowość Black Rock. Okazuje się ze jest tutaj trochę cywilizacji, normalne hotele itp. Jemy obiad nad brzegiem morza i o 14 docieramy na lotnisko. Mamy jeszcze przygodę z zatankowaniem auta, które tutaj nie jest takie łatwe jak w Polsce. Było śmiesznie. Podjeżdżamy pod check-in który jest na powietrzu, wypakowujemy walizy i nadajemy na dwa loty łączone: Trinidad i Barbados. Dzwonimy do gostka od auta który pojawia się po 3 minutach i odbiera bez żadnych problemów samochód. Przejechaliśmy łączni 195km.
O 15:25 odlatujemy Caribean Airlines na Trinidad. Lat trwa 20 minut. Na Trinidad kupujemy gifty i przechodzimy na loty międzynarodowe. O 17.20.. 10 minut przed czasem odlatujemy na Barbados. Po 50 minutach lądujemy, na granicy ani jednego pytania i witamy na Barbados. Walizy są… także super Caribean Airlines się spisało. Jedziemy do hotelu Beach View Hotel- powrót do cywilizacji. Jeszcze kolacja dziś steki i mamy już 23… jutro bez pospiechu…





Dziś basen i plaża, na luzie. Da się zauważyć ze jest znacznie drożej niż na Tobago, nawet drożej niż w Miami. Plaże piękne- morze również. Jedziemy po południu miejscowym autobusem do miasta- muzyka głośno gra- autobus szybko jedzie. Spowrotem postanowiliśmy zrobić sobie spacerek… ok. 5 km gdzie czasami kończą się chodniki. Ostatni kawałek mamy podwózkę ze stacji benzynowej ba akurat zaczęło lać… mieliśmy farcika
























Dziś wypożyczamy samochód 90$/doba- dwukrotnie drożej niż na Tobago. Jedziemy na północ, po malu bez pospiechu, po lewej co chwile jakaś piękna plaża nad morzem karaibskim, zatrzymujemy się tez w przystani jachtowej Pier One na kawkę i cos do jedzenia. Pogoda piękna. Docieramy na północ do Animal Flower Cave gdzie łączy się morze karaibskie ze wzburzonym oceanem atlantyckim. Następnie jedziemy na dzika plaże Little Bay gdzie drogi sa już tak słabe ze prawie rozwalamy podwozie w naszym samochodziku, całe szczecie obywa się bez strat. Jedziemy do St Nicholas Abbey, i jedziemy odrestaurowana kolejka wąskotorowa. Fajna przejażdżka- trochę jak w westernie i trochę historii. Kolejny punkt to jedyny działający wiatrowy młyn na Karaibach i ruszamy teraz wschodnim wybrzeżem nad oceanem atlantyckim… wygląda jakby ta część wyspy w większości była bankrut, pełno opuszczonych gesthausow i domków. Docieramy do miejscowości Bathsheba gdzie w morzu sa fajne formacje. Stad już przecinamy wyspę ze wschodu na zachód , jeszcze wizyta w supermarkecie i o 20 jesteśmy w hotelu. Przejechaliśmy 85km.



















































Chillout na pustych plażach Barbadosu i trochę na basenie…



























O 10.30 jedziemy na lotnisko, skąd o 12:40 mamy mieć odlot na Grenade Liniami Liat. Check-in, skanery itp., i odlatujemy ostatecznie o 13:20 w czterydziesto minutowy rejs. Barbados opuszczamy w pięknym pełnym słońcu, lądujemy na Grenadzie w pięknym pełnym deszczu. W samolocie: napoje zimne i cieple oraz dostajemy płaszcze przeciwdeszczowe żeby dość do terminala- very nice
Taxi do hotelu: dziś Radisson Blue- czasy świetności ma za sobą ale nie jest źle.. i idziemy plażą cos zjeść, zahaczamy dwa lokalne miejsca- ale jakość nie powala, trafiamy na nowy wypasiony hotel z niezła restauracja z bardzo normalnymi cenami i tam sobie biesiadujemy z dobre 3 godziny podziwiając zachód słońca….


















18.07.19 Pogoda znacznie się poprawiła, jest mega słonecznie bez deszczu. Tak się dziś wyluzowaliśmy ze po rannym wyjściu na zakupy, jedyne co zrobiliśmy to pobyt na mega pięknej plaży- podobno na jednej z najlepszych na Karaibach i moczeniu się w krystalicznie czystym morzu oraz chwila relaksu na basenie w tropikalnym ogrodzie.
19.07.19 Wypożyczamy samochód- zólte Dajhatsu z podatkami i pozwoleniem na jeżdżenie 90 USD. Ruszamy dopiero ok. 12.. kierunek Fort Frederick i Fort Matthew- fajne widoczki i ciekawa historia. Następnie jedziemy w głąb lądu nad wodospad Annandale- piękna dżungla soczyście zielona i kolorowa. Następny cel to krater wulkanu wypełniony jeziorem. I ruszamy w storne Seven Sisterts waterfalls. Docieramy do miejsca gdzie trzeba zostawić samochód i iść 30 minut w jedna stronę- jest już 15:30 i nikomu się nie chce- także tylko kawka w fajnym barze i jedziemy do fabryki czekolady Diamond. Po drodze chcemy jeszcze odwiedzić Sulfur Lake ale droga robi się tak słaba ze odpuszczamy. Cel to fabryka czekolady… jedziemy i jedziemy- drogi sa w fatalnym stanie, średnia prędkość to ok. 20km/h- ostatecznie dojeżdżamy do punktu gdzie droga w zasadzie się rozpadła i jesteśmy w potrzasku- nie ma jak zawrócić i jak jechać dalej. Udaje się jakoś wycofać i dojechać na główna drogę nad morzem. Jest już 16:45 szybko może być ciemno a stan tutejszych dróg jest dramatyczny. Odpuszczamy tez fabrykę czekolady i wracamy jak się okazuje tym razem całkiem niezła droga do St Gorge- odwiedzamy fish market, raczymy się pysznym kokosami, robimy przechadzkę po centrum i na koniec jemy pyszna kolacje. Przed 23 jesteśmy w hotelu.
20.07.19 Ostatecznie jesteśmy na Karaibach także bez zbędnego stresu i pospiechu, dziś znowu plaża i relaks a wieczorem mega sushi z lokalnych ryb… jutro dalej..













































































Ruszamy o 7 rano na lotnisko. Dzis mamy lot łączony i o 9 lecimy 30 minut znowu na Trinidad. Tutaj wymyślili ze musimy jeszcze raz przejść przez granice bo nasz postój jest dłuższy niż cztery godziny, a co wiąże się z tym bezsensownym wypełnianiem tych nikomu nie potrzebnych papierków. Tak czy inaczej witamy jeszcze raz na Tridndad. Wychodzimy i wchodzimy, bagaży nie musimy odbierać. Idziemy sobie zjeść cos i posiedzieć do Lounge- czas mija szybko i dostajemy info ze nasz kolejny lot jest o czasie i możemy isc do samolotu. O 14 odlatujemy Caribbean Air na St Vincent. Lot 50 minut. Walizy sa. Pytań na granicy żadnych, celnik tez żadnych i witamy na St Vincent. Na ta wyspę musieliśmy przyjechać a Vincent jest przeszczęśliwy 🙂
Taksówka do hotelu Blue Lagoon Hotel i Marina pięknie położony przy samej marinie i wulkanicznej plaży. Widok mamy na katamarany, szybko zostawiamy graty i za chwile pływamy motorówka miedzy jachtami- a Vincent i Luizka robią za sterników. Próbujemy ogarnąć na jutro samochód ale na razie nic nie ma- zobaczymy jutro- może gdzieś pojedziemy, może gdzieś popłyniemy a może nic z tego. Kolacja i zachód słońca z balkonu. Śpimy w marinie mimo ze nie mamy łódki… super!
















