TiT, Barbados, Grenada, St Vincent i Grenadyny, St Lucia, Martynika, Dominika, Antigua i Barbuda, Montserrat, Saint Kitts i Nevis, USA.
Ruszamy na Karaiby… jest lekki plan, biletów powrotnych nie ma…:)
Ruszamy o 13:15 w stronę TXL… dziś okazuje się ze mega ruch i korki szczególnie po niemieckiej stronie. Dojeżdżamy o 15:55 na lotnisko. Szybko oddajemy bagaże, skanery i o 16:55 odlatujemy EasyJest (bilet 26 EUR) do Frankfurtu nad Menem. Berlin opuszczamy w deszczu i 15 stopni, Lot 50 minut i jesteśmy pierwszy raz na jednym z największych europejskich lotnisk- po wylądowaniu samolot jechał 20 minut do terminala. Check-in w HyattAirport, obiad i jedziemy odwiedzić znajomych… ok 22 wracamy do hotelu i dzieciaczki padają. Jutro dużo dalej…



9.07.19 Ruszamy na lotnisko o 10.15… odlot o 12 a tu mega kolejka do check-in.. musimy się wepchnąć… i o 11.10 się udaje, jakieś bezsensowne pytania czy mamy bilet powrotny- nie mamy, a czy mamy bilet z Tobago- mamy, a gdzie dalej itp… jeszcze biegiem do bramki i ostatecznie się udaje. O 12 odlatujemy liniami Condor na Tobago (350 EUR na glowe z bagażami i miejscami). Lot 8:50h mija dosyć szybko i przyjemnie- jedzenie i picie w cenie. Lądujemy ok. 15, mamy – 6h do Polski. Na granicy: na jak długo przyjechaliśmy i to wszystko, jeszcze kolejka do castom, tutaj tez jedno pytanie i jesteśmy na Tobago. Facet z wypożyczalni samochodów, zamówiony z Frankfurtu mailem- czeka, furka jest (45$/ doba), podpisujemy, płacimy i jedziemy do marketu na pierwsze zakupki. Po drodze jeszcze maga słodkie ananasy i ok. 18 jadać 30km prawie godzinę docieramy do naszego miejsca- Castara. Drewniany domek, bez szyb ale z mega widokiem przy spokojnej plazy. Kawałek wyspy który pokonaliśmy wygląda biednie, skojarzenia z 3 światem w Afryce… o 21 padamy.
10.07.19 Budzimy się z kogutami gdzieś o 5.30… dziś dzień na ochłoniecie, czas płynie mega wolno, chilot na pustej plaży w mega czystej i cieplej wodzie przy której latają i polują pelikany, przejażdżka po naszej wiosce… totalne zadupie i powrót na plaże. Zaaklimyzowalismy się..




















11.07. 19 Robimy objazd wyspy. Jedzie się trudno i mega wolno ok. 20-30 km/h. Jedziemy z Castara w kierunku Perlatuvier, i przecinamy piękny las deszczowy, gdzie po drodze spotykamy mega dużego węża. Zapach lasu i jego wygląd są niesamowite. Przejeżdżamy na drugą stronę wyspy w okolice miejscowości Roxborough. Ta strona zniszczona i biedna, plaże z czarnego piasku. Dojeżdżamy do miejscowość Scarborough- stolicy wyspy. Jakieś jedzenie i jedziemy na Crown Point . Wracamy na spokojnie ok. 16 i do końca dnia siedzimy w morzu.
12.07.19 dziś plaża- dzieci najchętniej nie wychodziły by z wody i kręcimy się po naszej wiosce. Z bliska obserwujemy piękne Koliberki.




































O 4 rano mamy ulewę na max, lejący się deszcz stawia nas na równe nogi… takiego deszczu nie mieliśmy jeszcze nigdy i nigdzie. Mamy trochę leki ze nam domek zmyje w przepaść. Dziś opuszczamy nasz domek na drzewie. Miejscówka mega spokojna z dala od cywilizacji w której odpoczęliśmy. O 11 ruszamy w stronę lotniska. Tym razem wybieramy trasę wybrzeżem przez miejscowość Black Rock. Okazuje się ze jest tutaj trochę cywilizacji, normalne hotele itp. Jemy obiad nad brzegiem morza i o 14 docieramy na lotnisko. Mamy jeszcze przygodę z zatankowaniem auta, które tutaj nie jest takie łatwe jak w Polsce. Było śmiesznie. Podjeżdżamy pod check-in który jest na powietrzu, wypakowujemy walizy i nadajemy na dwa loty łączone: Trinidad i Barbados. Dzwonimy do gostka od auta który pojawia się po 3 minutach i odbiera bez żadnych problemów samochód. Przejechaliśmy łączni 195km.
O 15:25 odlatujemy Caribean Airlines na Trinidad. Lat trwa 20 minut. Na Trinidad kupujemy gifty i przechodzimy na loty międzynarodowe. O 17.20.. 10 minut przed czasem odlatujemy na Barbados. Po 50 minutach lądujemy, na granicy ani jednego pytania i witamy na Barbados. Walizy są… także super Caribean Airlines się spisało. Jedziemy do hotelu Beach View Hotel- powrót do cywilizacji. Jeszcze kolacja dziś steki i mamy już 23… jutro bez pospiechu…





Dziś basen i plaża, na luzie. Da się zauważyć ze jest znacznie drożej niż na Tobago, nawet drożej niż w Miami. Plaże piękne- morze również. Jedziemy po południu miejscowym autobusem do miasta- muzyka głośno gra- autobus szybko jedzie. Spowrotem postanowiliśmy zrobić sobie spacerek… ok. 5 km gdzie czasami kończą się chodniki. Ostatni kawałek mamy podwózkę ze stacji benzynowej ba akurat zaczęło lać… mieliśmy farcika
























Dziś wypożyczamy samochód 90$/doba- dwukrotnie drożej niż na Tobago. Jedziemy na północ, po malu bez pospiechu, po lewej co chwile jakaś piękna plaża nad morzem karaibskim, zatrzymujemy się tez w przystani jachtowej Pier One na kawkę i cos do jedzenia. Pogoda piękna. Docieramy na północ do Animal Flower Cave gdzie łączy się morze karaibskie ze wzburzonym oceanem atlantyckim. Następnie jedziemy na dzika plaże Little Bay gdzie drogi sa już tak słabe ze prawie rozwalamy podwozie w naszym samochodziku, całe szczecie obywa się bez strat. Jedziemy do St Nicholas Abbey, i jedziemy odrestaurowana kolejka wąskotorowa. Fajna przejażdżka- trochę jak w westernie i trochę historii. Kolejny punkt to jedyny działający wiatrowy młyn na Karaibach i ruszamy teraz wschodnim wybrzeżem nad oceanem atlantyckim… wygląda jakby ta część wyspy w większości była bankrut, pełno opuszczonych gesthausow i domków. Docieramy do miejscowości Bathsheba gdzie w morzu sa fajne formacje. Stad już przecinamy wyspę ze wschodu na zachód , jeszcze wizyta w supermarkecie i o 20 jesteśmy w hotelu. Przejechaliśmy 85km.



















































Chillout na pustych plażach Barbadosu i trochę na basenie…



























O 10.30 jedziemy na lotnisko, skąd o 12:40 mamy mieć odlot na Grenade Liniami Liat. Check-in, skanery itp., i odlatujemy ostatecznie o 13:20 w czterydziesto minutowy rejs. Barbados opuszczamy w pięknym pełnym słońcu, lądujemy na Grenadzie w pięknym pełnym deszczu. W samolocie: napoje zimne i cieple oraz dostajemy płaszcze przeciwdeszczowe żeby dość do terminala- very nice
Taxi do hotelu: dziś Radisson Blue- czasy świetności ma za sobą ale nie jest źle.. i idziemy plażą cos zjeść, zahaczamy dwa lokalne miejsca- ale jakość nie powala, trafiamy na nowy wypasiony hotel z niezła restauracja z bardzo normalnymi cenami i tam sobie biesiadujemy z dobre 3 godziny podziwiając zachód słońca….


















18.07.19 Pogoda znacznie się poprawiła, jest mega słonecznie bez deszczu. Tak się dziś wyluzowaliśmy ze po rannym wyjściu na zakupy, jedyne co zrobiliśmy to pobyt na mega pięknej plaży- podobno na jednej z najlepszych na Karaibach i moczeniu się w krystalicznie czystym morzu oraz chwila relaksu na basenie w tropikalnym ogrodzie.
19.07.19 Wypożyczamy samochód- zólte Dajhatsu z podatkami i pozwoleniem na jeżdżenie 90 USD. Ruszamy dopiero ok. 12.. kierunek Fort Frederick i Fort Matthew- fajne widoczki i ciekawa historia. Następnie jedziemy w głąb lądu nad wodospad Annandale- piękna dżungla soczyście zielona i kolorowa. Następny cel to krater wulkanu wypełniony jeziorem. I ruszamy w storne Seven Sisterts waterfalls. Docieramy do miejsca gdzie trzeba zostawić samochód i iść 30 minut w jedna stronę- jest już 15:30 i nikomu się nie chce- także tylko kawka w fajnym barze i jedziemy do fabryki czekolady Diamond. Po drodze chcemy jeszcze odwiedzić Sulfur Lake ale droga robi się tak słaba ze odpuszczamy. Cel to fabryka czekolady… jedziemy i jedziemy- drogi sa w fatalnym stanie, średnia prędkość to ok. 20km/h- ostatecznie dojeżdżamy do punktu gdzie droga w zasadzie się rozpadła i jesteśmy w potrzasku- nie ma jak zawrócić i jak jechać dalej. Udaje się jakoś wycofać i dojechać na główna drogę nad morzem. Jest już 16:45 szybko może być ciemno a stan tutejszych dróg jest dramatyczny. Odpuszczamy tez fabrykę czekolady i wracamy jak się okazuje tym razem całkiem niezła droga do St Gorge- odwiedzamy fish market, raczymy się pysznym kokosami, robimy przechadzkę po centrum i na koniec jemy pyszna kolacje. Przed 23 jesteśmy w hotelu.
20.07.19 Ostatecznie jesteśmy na Karaibach także bez zbędnego stresu i pospiechu, dziś znowu plaża i relaks a wieczorem mega sushi z lokalnych ryb… jutro dalej..













































































Ruszamy o 7 rano na lotnisko. Dzis mamy lot łączony i o 9 lecimy 30 minut znowu na Trinidad. Tutaj wymyślili ze musimy jeszcze raz przejść przez granice bo nasz postój jest dłuższy niż cztery godziny, a co wiąże się z tym bezsensownym wypełnianiem tych nikomu nie potrzebnych papierków. Tak czy inaczej witamy jeszcze raz na Tridndad. Wychodzimy i wchodzimy, bagaży nie musimy odbierać. Idziemy sobie zjeść cos i posiedzieć do Lounge- czas mija szybko i dostajemy info ze nasz kolejny lot jest o czasie i możemy isc do samolotu. O 14 odlatujemy Caribbean Air na St Vincent. Lot 50 minut. Walizy sa. Pytań na granicy żadnych, celnik tez żadnych i witamy na St Vincent. Na ta wyspę musieliśmy przyjechać a Vincent jest przeszczęśliwy 🙂
Taksówka do hotelu Blue Lagoon Hotel i Marina pięknie położony przy samej marinie i wulkanicznej plaży. Widok mamy na katamarany, szybko zostawiamy graty i za chwile pływamy motorówka miedzy jachtami- a Vincent i Luizka robią za sterników. Próbujemy ogarnąć na jutro samochód ale na razie nic nie ma- zobaczymy jutro- może gdzieś pojedziemy, może gdzieś popłyniemy a może nic z tego. Kolacja i zachód słońca z balkonu. Śpimy w marinie mimo ze nie mamy łódki… super!


























Jednak są miejsca ze internet nie ma jeszcze największej mocy. Dziś ogarniamy samochód telefonicznie i się udaje. Podwożą furkę do hotelu za 70USD/doba i jesteśmy happy. Kierujemy się na północ wschodnim wybrzeżem. Drogi kręte i średnia prędkość znowu na poziomie 20km/h a im wyżej tym gorzej. Widoki za to są piękne, fale oceanu atlantyckiego, plaze z czarnego piasku i soczysta zielen- to mx jaki lubimy. Docieram do Black Point tunel- fajne miejsce nad brzegiem ocenau, godzinna przechadzka i jedziemy dalej na północ, za GeorgrTown, drogi już naprawdę słabe, po malu zaczynamy mieć leki ze znowu będzie koniec ale jednak dojeżdżamy do zaplanowanego dziś celu: Owia Sald Point- naturalne baseny ze słona woda… bardzo pięknie i urokliwie.
Wyspy nie da się objechać do okala- nie ma dróg ze względu na wulkan Soufriere- czyli jednak nie taki around.. Ostatecznie wygląda tutaj pod względem domostw i cywilizacji najgorzej. Jedynie Kingstown jakoś się prezentuje, które ogarniamy na koniec dnia i wjeżdżamy sobie nawet nie wiemy czy legalnie czy raczej nie legalnie na pas startowy starego lotniska. Wieczorem moczymy się jeszcze na naszej plaży, przechadzka po marinie obczaic nowe jachty które dzis przyplyneły, mega kolacja… i o 22 dzieciczki padają.
















































Rano cieszymy się jeszcze widokiem katamaranow i lodek w marinie. Śniadanie, pakowanie wczesny lunch i o 12.10 jedziemy na lotnisko. Samochód zostawiamy na parkingu kluczyki pod dywanik i gotowe- tak lubimy. Przejechalismy 115km. Check-in i o 14.10 lecimy 20 minut (stewardesy nawet nie wstały) liniami Liat na St Lucia. Ladujemy na malutkim lotnisku SLU na północy wyspy. Wypełnianie naszych ulubionych papierków, pieczątki w paszporty, gadka szmatka bez sensu z celnikami i witamy na St Lucia. Mamy zamówiony transfer z naszego guesthausu- i okazuje się to mila polka. Do tej pory wszędzie było mało ludzi a dziś jesteśmy jedynymi gośćmi w mega fajnym Ocean View Boutique Guesthaus. Na obiad mamy schabowe na Karaibach, wg życzenia dzieciaczkow. Jest super widok i basen, i nasze dzieciaczki maja szasnę powariować z dwoma córkami naszej gospodyni… mamy tez auto (40 USD/doba)… także jeszcze jedziemy na małe zakupki… Witamy na St Lucia








24.07.19
Wstajemy na spokojnie, mega śniadanie, basen i ruszamy w stronę przystani Marigot. Na początek piękna plaża przy super resortach i Pigeon Island. Docieramy do Castris- stolicy, zaliczamy targ podobno jeden z najlepszych na Karaibach fajnie ale bez fajerwerków. Po godzinie docieramy do Marigot- fajna marina i super hotele… płyniemy kawałeczek łódka, kawka, i odwrót. Jeździ się mega ciężko, ok. 20km/h ale do tego już się przyzwyczailiśmy. Na koniec dnia jeszcze plaża przy Pigeon Island.
25.07.19
Dziś startujmy rano jak na nas czyli ok. 10. Mamy do przejechania w jedna strone raptem 55 km, ale google maps szacuje ze będzie to 1h40 minut… realnie wychodzi ponad 2h. Przejeżdżamy przez Castris- tam dziś zacumowały dwa wycieczkowce, także mega ruch- wyspa dziś jest w pełnej energii- zupełnie inna niż wczoraj. My pokonujemy kreta drogę przez las tropikalny, zachodnim wybrzeżem i docieramy do pięknych Piton – gór wystających z morza wpisanych do UNESCO . Podziwiamy pitony moczymy się tez sulfhur springs- błocie z wulkanu. Ciekawe doświadczenie ponieważ jesteśmy wewnątrz żywego wulkanu. Jedziemy jeszcze kwalaczek popływać w basenie Piton Falls- wodospadzie z ciepła woda. W drodze powrotnej odwiedzamy mega klimatyczna wioskę Soufriere nad samym morzem przy Pitonach w której czas dawno się zatrzymał. O 19 już po ciemku docieramy spowrotem do naszego guesthausu.
26.07.19
Dzieci nie chcą dziś nigdzie dalej jechać.. ale nie ma takich planow. Od rana basen, zaczynamy od Plantation Beach która widzimy z naszego tarasu nad oceanem atlantyckim, potem jedziemy kawałeczek ok. 3 km do Pigon Island- wchodzimy kawalek na gore, zaobaczyc stary fort. Pozniej moczymy się w morzu karaibskim, jedziemy do fajnej mariny jakies 8 km od naszego miejsca- wcinamy sushi i o 19 jestemy w hotelu. Szybko zleciało…
Łącznie przejechaliśmy prawie 160km



































































Już dzień wcześniej dostajemy informacje ze nasz kolejny lot który ma się odbyć o 9:40 jest opóźniony i będzie o 12:40 a check-in jest przesunięty do 11:55. Także dosyć ważne informacje.
Po pysznym śniadaniu bez pospiechu opuszczamy nasz guesthaus, polska ambasadę na ST Lucia 😉 check-in na samolot i ostatecznie odlatujemy o 13.10 …Lot liniami Air Caribes trwa tylko 12 minut i witamy w Unii Europejskiej. Celnicy nawet nie zagladaja do paszportów widząc na okładce napis UE. Bierzemy taksówkę i jedziemy do naszego hotel Pelican nad ciemno piaszczystą plażą. Idziemy na spacerek po okolicy w poszukiwaniu jedzenia… jednak akurat jest przerwa… trafiamy do kina w którym jest jakieś śmieciowe jedzenie tym się ratujemy. Wracamy spacerkiem, moczymy się w morzu, zakupki w sklepiku i żeberka z grilla na plaży na koniec dnia… Malo kto zna chociaż podstawowe zwroty po angielsku… maskara 😉 Witamy na Martynice.














28.07.19
Dziś pierwszy raz na tym wyjeździe pada deszcz dłużej niż 5-7 minut bezprzerwy… pada dziś dobre 5h cały czas.
Rano podstawiają samochód do hotelu. 30 EUR/ doba. Pierwszy raz od prawie trzech tygodni jeździmy po poprawnej stronie 🙂 az dziwnie. Płacimy w Euro, roaming mamy europejski czyli wszystko za zero, znaki francuskie, zasady francuskie- zamknięte restauracje do 19 itp…
Dziś kierujemy się północ do miejscowość Sant Piere- kiedyś całkowicie zniszczonej przez wulkan. Zginęło podobno ponad 20.000 ludzi. Cały czas pada, robimy krótko przechadzkę po miasteczku, odwiedzamy muzeum ku pamięci tamtej katastrofy. Jedziemy tez do mega hipisowskiej miejscówki na plaży cos zjeść, gdzie jedzenie przygotowuje nam w autobusie prawdziwy rastafarianin, który sekundę przd tym spalił intensywnie pachnącego joina 🙂
29.07.19
Ponieważ wczoraj była niedziela i w zasadzie wszystko było zamknięte, z rana jedziemy do portu kupić bilety na dalsza cześć wyprawy. Potem zakupki w Caereffur i jedziemy na południe. Zatrzymujemy się na fajnej plaży z białym piaskiem Anse Dufour a dosłownie obok z czarnym paskiem Anse Noire. Chilujemy sobie z 1,5h i jedziemy dalej wybrzeżem do klimatycznej miejscowości Diamant, po drodze zatrzymujemy się w Cap 110, miejsce z historii niewolnictwa- i tragedię statku z niewolnikami który rozbija się w tym miejscu. Pomnik jest znakiem pamięci osób nieznanych i zaproszeniem do braterstwa i szacunku wśród ludzi.
Wieczorem jeszcze spacerek po Fort de France i żeberka z grilla u nas na plaży… jutro dalej, Genek dokładnie wie gdzie:)











































W związku z tym ze pare dni temu na St Lucia dokonywaliśmy nie udanego zakupu biletów na ferry z Martyniki na Dominike (transakcja zaakceptowana, ale płatność nie pobrana, potwierdzenia biletów brak) musieliśmy trochę zmienić plany. Mieliśmy zostać na Dominice od 3-5 dni a okazuje się ze będziemy znacznie krócej. Po zakupie w porcie na Martynice biletów na ferry, okazało się ze nie ma biletów lotniczych z Dominiki w terminie w którym chcieliśmy mimo ze były w systemie skyscanner po zakupie okazywało się ze jednak miejsc nie ma. Martynika- brak lotów bezpośrednich na Dominike. Martynika i Dominica lotniczo są połączona bardzo słabo, także jedyny wylot z Dominiki był dostępny już na następny dzień po naszym przyjeździe…no nic będzie krótko.
Jedziemy samochodem do portu Ferry na Martynice i oddajemy tam samochód. Przejechaliśmy 190 km. Szybki check-in na ferry i o 11:15 odpływamy w stronę Dominiki. Dziś cale szczęście małe fale także podróż 2h mija szybko i przyjemnie. Na granicy żadnych pytań. Jedziemy taksówka do wypożyczalni samochodów- za teksi płaci wypożyczalnia i bierzemy dziś Toyote Rav4 za 105$/doba podatkami i pozwoleniem na jazdę. Robimy check-in do fajnego hotelu Fort Young Hotel nad brzegiem morza i ruszamy w stronę wodospadów Trafalgar Falls- które położone sa wśród tropikalnej dżungli i robią na nas mega wrażenie. Następnie kierujemy się do miejscowości Wotten Waven gdzie sa gorące źródła i nasze dziewczyny moczą sobie tyłki. Na koniec odwiedzamy plaże: Champagne beach gdzie się moczymy z pol godzinki i z nienacka przychodzi fajna tropikalna ulewa. Wracamy już po ciemku do hotelu, rundka po stolicy Roseau i kolacja.. na koniec dnia dziciaczki jeszcze basen…
W stolicy Roseau widoki sa bardzo smutne, poniszczone budynki, gdzie nigdzie bez dachu gdzieniegdzie całkowicie zmiecione z powierzchni ziemi. Takich zniszczeń nie widzieliśmy jeszcze nigdzie. Ta wyspę los bardzo doświadczył już kilka razy ( huragany w 79′ 15′ i 17’x 2). Mieszkamy w hotelu który tez już niejedno przeszedł… Ludzie są jednak bardzo pozytywni i uśmiechnięci i przyjaźni. Przyroda jest piękna, bujna, wyrazista… Jutro do wieczora tez jeszcze Dominica…




































O rana chilujemy sobie w hotelu. Podziwiamy widoki i cieszymy się z pobytu tutaj. Jemy jeszcze wczesny lunch i ruszamy w stronę Emerald Pool Waterfalls. Znowu piękna przyroda i wodospad z naturalnym basenem w którym trochę się moczymy i ruszamy w strone lotniska po zachodniej stronie wyspy. Przecinamy piękny las deszczowy gdzie tez bardzo widać zniszczenia po huraganach. Tutaj nawet bardziej niż na wybrzeżu- mega zniszczone domy ale tez bardzo duże obszary lasu również. Dojeżdżamy spokojnie na lotnisko, oddajemy samochód, przejechane 100km, check-in i lekka awantura na security gdzie próbują zabrać nam szminkę i krem do opalania mimo ze wszystko jest okey. Ostatecznie jednak udaje nam się odbić nasze gifty, za to wzywają nas na niby losowa kontrole bagażów głównych… wszystko ostatecznie jest okay i zupełnie niepotrzebna akcja. O 17:45 liniami Liat odlatujemy na kolejna wyspę…



















Spokojnie lądujemy po 40 minutach lotu na Antidze… mamy dziś zamówiny wypasiony hotel Carlisle Bay, który przysyla po nas asystę, także bez kolejek przez granice, i celników. Kolejny cały dzień chillatujemy na pięknej plaży i basenach, pływamy motorówka, żaglówka, kapiemy się z żółwiami. Ludzi nie za wiele- czasami plaża i morze mamy tylko dla siebie… dodatkowo jedzenie i picie w najlepszej jakości 🙂

















Żeby nie było nudy… kupujemy bilety na ferry na wyspe Montserrat… jedno z najmniejszych państw i terytoriów zależnych swiata pod wzgledemy ludności i powierzchni.
O 7.15 Taksi do portu, mielismy odplynac o 8.30 ale tutejsza biurokracja i papierologia opoznia odpyniecie na 9.15…Po godzinie i 15 minutach spokojnego rejsu dopływamy do wspy Montserrat. Oczywiście granica, pieczatki, karteczki i jesteśmy w kolejnym nowym dla nas kraju.
Montserrat – terytorium zależne Wielkiej Brytanii w Ameryce Środkowej, na wyspie Montserrat w archipelagu Małych Antyli, w basenie Morza Karaibskiego. Na skutek wybuchu wulkanu Soufrière Hills w latach 1995–1997 blisko 2/3 ludności musiało być ewakuowane
Wyspa Montserrat to wyspa wulkaniczna – jej trzon stanowią trzy grupy wulkanów: Silver Hill (392 m n.p.m.) – na północy; Centre Hills (747 m n.p.m.) – w centrum oraz North Soufrière (915 m n.p.m.) i South Soufrière (763 m n.p.m.) – na południu. Stożki tych wulkanów są strome, bezleśne i pokryte grubą warstwą tufów wulkanicznych.
Wyspa narażona jest na częste trzęsienia ziemi i huragany, ciągle istnieje także zagrożenie wybuchem wulkanu.
Przed erupcją Soufrière Hills z 1995 roku wyspę zamieszkiwało około 13 tys. osób. Ewakuacji poddano blisko 2/3 ludności wyspy, a w niezagrożonych miejscach pozostało około 4 tys. osób. Nominalnie stolicą terytorium pozostaje Plymouth, które przed ewakuacją zamieszkiwało około 4 tys. ludzi, a obecnie jest niezamieszkane. Ze względu na katastrofalne skutki wybuchu i występujące nadal zagrożenie, wprowadzono zakaz powrotu na południową część wyspy, w tym do stolicy. Faktycznie rolę stolicy pełni obecnie wieś Brades, z populacją ok. 1000 osób.
Mamy przewodnika- kierowcę (uczestniczył w akcji ratunkowej po wybuchu wulkanu) z którym ogarniamy w zasadzie cala dostępna cześć wyspy, z obserwatorium wulkanu i z wjazdem nawet do strefy wyłączonej- ze specjalnym pozwoleniem wjazdu. Smutna historia i smutne widoki zniszczeni ponad polowy wyspy. Ten dzień szczególnie dzieciom zapadnie na długo w pamięci.
O 17.00 mamy prom powrotny na Antigue… strasznie trzeslo i kołysało ponad 2/3 trasy. Jedno z mniej przyjemnych doswiadczen. O 18.30 jestesmy w porcie na Antigua i tracimy 45 minut na granicy. Pol godziny do hotelu i o 20 jesteśmy z powrotem.
Wybuch wulkanu zaszkodził poważnie gospodarce wyspy, która opierała się głównie na rolnictwie (uprawa bawełny, bananów, tamaryndowców, warzyw i limony) i turystyce. Przed erupcją wulkanu wyspa ta była popularnym celem wycieczek turystów, głównie Amerykanów, Brytyjczyków, Kanadyjczyków oraz mieszkańców krajów basenu Morza Karaibskiego. Najważniejszym ośrodkiem turystycznym było miasto Plymouth, które pełniło funkcję nadmorskiego kąpieliska i uzdrowiska (źródła wód mineralnych).
Wielka Brytania przeznaczyła 122,8 miliona dolarów na pomoc w odbudowie gospodarki wyspy


























Po dwóch przejażdżkach taksówkami w dwie różne strony stwierdzamy ze przede wszystkim ciężko się tu jeździ i nie ma za bardzo tutaj co ogarniać… a wyspa słynie podobno z 365 plaż… my mamy mega plażę przy sobie także zostajemy u nas i pełen relaks przez w zasadzie 2 i pól dnia…
Life is better on the beach
05.08.2019 wieczorem lecimy dalej…



















20 minut lotu liniami Liat i jesteśmy na St Kitts. Na granicy zero pytań i witamy na nowej wyspie. Mamy zamówiony Park Hyatt St. Kitts na wyspie St Kitts z widokiem na wyspę Nevis, który mimo ze nie zamawialiśmy przysyła po nas kierowcę w wypasionej furce 🙂 Kolejny cały dzień spędzamy na chiloutowaniu… ludzi jak zwykle nie zawiele.











Saint Kitts wyspa na Morzu Karaibskim, która wraz z sąsiednią wyspą Nevis tworzy państwo Saint Kitts i Nevis. Położona 2100 km na południowy wschód od Florydy.
Powierzchnia wyspy wynosi 168 km², zamieszkuje ją 30 tys mieszkancow. Największym miastem wyspy jest Basseterre, stolica kraju.
Rano podwożą dzień wcześniej zamówione auto ze wszystkimi opłatami i pozwoleniem na użytkowanie 100$/doba. Dzis przypłynęły na wyspę az trzy wycieczkowce, także jest dosyć tłoczno. Objeżdżamy sobie spokojnie wyspę do okola, okazuje się ze łącznie przejechaliśmy dziś 90km.Wyspa wygląda na całkiem poukładaną, drogi są chyba najlepsze, domy w zdecydowanej większości betonowe, widać tez zniszczenia po huraganach



























11 lat razem.. i 10 z dzieciaczkami. 130 krajów i terytoriów zależnych. Mnóstwo przygód i przeżyć. Lecimy przez życie dalej…


















Po 2,5 dnia lenistwa. 10.08.19 ruszamy na lotnisko i lecimy liniami American- bardzo czepiają się limitów wagi ;( do Miami. Niby blisko a lot 3h i dodatkowo 1h opuszczenie lotniska- taki tłok. Uberem do hotelu: Hilton Dadeland w South Miami. Check-in go hotelu online i mamy nawet pierwszy raz digital key- do otwieania pokoju telefonem. Zostaniemy na dwie nocki…


Po dwóch mega spokojnych dniach w Miami spędzonych głównie na spacerach, jedzeniu, shoppingu testowaniu nowej dla nas aplikacji do przejazdów Lyft, 12.08 wybieramy się ok. 17.30 na lotnisko MIA skąd mamy zaplanowany odlot Lotem bezpośrednio do Warszawy. Odlatujemy 10 minut przed czasem i po 9,5h lądujemy 45 min wcześniej niż planowano w Warszawie. Bagaże są, jeszcze tylko 3,5 jazdy do Zielonej Góry i ok. 16 jesteśmy w domu.
Na 13 lotów na tej wycieczce ani jeden nie był opóźniony… wow
https://my.flightradar24.com/LuizaMaria



