Samochodem do Afryki linią brzegowa Europy
Samochodem do Maroko było już w planie ale jakoś odkładane. Na wakacje miała być Gruzja, Azerbejdżan i Armenia. W zawiązku z tym ze bilety lotnicze kupujemy praktycznie zawsze na ostatnia chwile nie zdecydowaliśmy się na mega cenę z Poznania do Batumi i z powrotem za 299PLn z myślą ze jeszcze będą i faktycznie są ale za 1222PLN/ os, wizzair.com tez nie powala z nóg dlatego reaktywowaliśmy pomysł Maroko a wcześniej Paryż, jakieś wczasy w Portugalii potem Riwiera Francuska i do domu. Także szykuje się niezły trip- po zeszłorocznych Bałkanach jesteśmy teraz mega entuzjastycznie nastawieni, namiot i sprzęty campingowe już przygotowane, jeszcze tylko pakowanie i w trasę….
Na początek traska do Dortmundu. Mija bardzo spokojnie bez żadnych blokad i korków. Zaczynamy spokojnie i śpimy w dosyć wypasanym hotelu
Dzieciaczki szczęśliwe z basenu, padamy ok 22.30


Ok, dziewiątej ruszamy dalej. Dziś postanowiliśmy odwiedzić Paryż i Wieże Eiffla. Znajdujemy klimatyczny hotel w rewelacyjnej jak na Paryż cenie
http://www.conventionmontparnasseparishotel.com/ Zostawiamy graty i samochód i spacerkiem udajemy się w stronę wieży. Po drodze kupujemy cos do jedzenia bo dzieciaczki trochę zgłodniały. Dla mnie małe piwko 6,80 idą ostro musze przyznać. Pod wieża tłok, kupujemy bilety 40,50 za nasza czwórkę i wjeżdżamy na sama górę. Dzieciaczki mega szczęśliwe- śmieję się ze ludziki takie malutkie. Cala akcja zajmuje nam ok 4 godziny. o 21.30 taksóweczka wracamy do hotelu, dzieciaczki podekscytowane, jedzą kolacje, toaleta i padają…
Za autostradę: 15 euro









Wstajemy rano i o 9 wyjeżdżamy, przejeżdżając jeszcze przez łuk triumfalny w stronę Bretani. Ok 14 dojeżdżamy do Mont Saint Michael. Samochód trzeba zostawić ok 3 kom od zamku. Okolica pięknie zagospodarowana pod turystów, kursują bezpłatne autobusy pod zamek chyba ze ktoś ma ochotę się przespacerować. My nie chcieliśmy i bardzo dobrze. Zwidzenie całego zamku zajęło nam 4,5 godziny, jest co oglądać, zamek naprawdę robi piorunujące wrażenie. Wejściówka 18 euro za nasza czwórkę. Luizka dzielnie cały czas równo z nami, Vincent w drodze powrotnej do samochodu, poległ i odleciał. Oplata za parking tu niespodzianka 12,5 🙂 Po drodzw zatrzymujemy się na mule z frytkami (9) i naleśniki (1,5).
Kierujemy się na Camping La Touesse w Saint- Lunaire -29,5 doba 300metrow od super plazy.
Autostrada: 25 euro


















Polec namiotowe całkiem spoko, fajne parcelki, cały camping nie za duży, towarzystwo z Francji, Niemiec, Szwajcarii i Holandii. Zostajemy na trzy noce.





Piękne miasteczko portowe. Stad tez odpływają ferry do Jersey i Guernsey. Chcieliśmy popłynąć sobie ale zawołali 350 Euro za kurs i dodatkowo jeszcze potrzebowaliśmy dwa noclegi za jakieś 200 euro także dwu dniowa imprezka osiągnęłaby kosmiczną cenę wiec odpuściliśmy. Sam kurs na Jersey i z powrotem za nasz czwórkę to ok 130 euro ale nagle okazało się ze nie ma miejsc na powrót i musimy dopłacić po 20 od głowy czyli razem plus 80 euro. to tyle co czasami kosztuje rejs w dwie strony. Zobaczyć Jersey i Guernsey nie było nam dane…



















Dziś przed nami najdłuższa traska: 870Km. Autostrady kosztują nas az 55 euro i dojeżdżamy z przerwami po 8 godzinach do hotelu http://bilbao.zenithoteles.com/. Bilbao- trochę stare i zaniedbane na pierwszy rzut oka. W knajpce Braseria Carola Erretegia zapodajemy sobie kurczaka pieczonego w ogniu z frytkami za 20. Dzieciaczki zasypiają o 22.30






Dziś przejechane 700km za 35 euro. W Portugalii przestawiamy zegarki -1 godzinę. Docieramy na Camping Rio Alto nad samym oceanem, 30 euro za nasz komplet. Plaża szeroka piaszczysta, ocean potężny, dziki taki jak lubimy. Dodatkowo ludzi tez nie za dużo także idealnie… Zostajemy na 3 noce. Pogoda się zmienia nachodzi potężna mgła i bryza, jest wilgotno i dosyć ciemno, czujemy się bardziej jak w Norwegii niż jak w Portugalii…









Jedziemy do Porto. Dziś jeździmy autobusem bez dachu linia BlueLine za 20 za nas wszystkich. Dzieciaczki przeszczęśliwe dodatkowo z frytasami z McDonalda. Miasto piękne chociaż mgła trochę psuje klimat całości. Obiadek: franchesina i portugalska kiełbaska w dzielnicy porto, zakup pary buteleczek na dalsza cześć trasy i wieczorem wracamy na camping.


















Rano namiot caly mokry od mgły która wisi po prostu na nas. Postanawiamy ze zrywamy się dalej na południe. Odwiedzamy po drodze miasteczko Nazare- całkiem fajne turystyczne miejsce- mgla nas trochę doprowadza już do depresji wiec nawet nie za bardzo się cieszymy nowymi okolicami. Jedziemy dalej do Lizbony a wcześniej odbijamy do Sinrty- robi się trochę jaśniej, miasteczko jest piękne i robi bardzo pozytywne wrażenie. Są cztery zamki, piękne ogrody, i przepiękna zieleń. Spacerujemy sobie trochę ale żeby zobaczyć więcej wsiadamy do autobusu 434 i objeżdżamy okolice. Bilety stop and go po 5. Potem jemy obiadek i wieczorem jedziemy na camping do Lizbony Costa Caparica za 32 druzyna. Zostaniemy 3 noce.














































Pogoda się wreszcie poprawiła , mgła odeszła, mamy ok 30 st i bezchmurne niebo. Plażujemy i odpoczywamy, plaża piaszczysta ładna, ocena czyściutki, dosyć durze fale, dzieciaczki wariują w oceanie i na plaży- relax.. Camping polozony bardzo dobrze kilometr od plaży, spokojny, czysty.








Wstajemy rano- pochmurnie. Zwijamy manele i opuszczamy Lizbone najdłuższym mostem Europy Vasco da Gamy i kierujemy się w stronę Algevre. Droga mija spokojnie i szybko. Docieramy do Campingu Turiscampo za 42 za nasz team. Zostajemy 3 noce. Odwiedziliśmy najbardziej wysunięty na południowy zachód Europy przylądek sw Wincentego, plażowaliśmy na przepięknych Praia do Camilo i Praia dos Tres Imaos- nie wiem czy Seszele będą w stanie pobić te plaże…???






































Ciężko opuścić Portugalie ale ruszamy dalej. Docieramy na Gibraltar- Jedziemy przez pas lotniska do Europa Point- podziwiamy widoczna Afryke oraz pomnik Sikorskiego. Wjeżdżamy za 30 kolejka na najwyższy punkt Gibraltaru spotkać się ze sławnymi już małpami. Widoki robią potężne wrażenie. Wracając do samochodu okazuje się ze mamy niezła śrubę wbita w tylne koło- dopompowujemy trochę na stacji i ruszamy do Hiszpani na Camping La BellaVista w Manvili. Jutro naprawa kolo..



























38 za team, przy samej plaży lekko żwirkowej z basenem i wifi. Dzionek zaczął się tak jak przypuszczaliśmy od naprawy kola które przez noc zupełnie zeszło. Wezwaliśmy assistance a ci zabrali samochód laweta i za chwile było po sprawie:)
Jesteśmy prawie u celu do Tarify mamy 60km potem godzinkę promem i witamy w Afryce. Potem już będziemy raczej zbliżać się do domu niż oddalać. Przejechaliśmy do tej pory prawie 5000 km, na autostrady wydaliśmy: 161, na paliwo: 595 w zakresie od 1,45 w Hiszpanii do 1,79 we francji. Na campingu zostajemy 4 dni. Niebo bezchmurne, tylko słonce. Temperatura dochodzi do 39 i 42 stopni. Upal… Woda w morzu dla odmiany chłodna ok 18. Przy wchodzeniu wykręca stopy













Rano jedziemy do Tarify do portu i kupujemy bilety na ferry w dwie strony za 130 euro nasza, czwórkę z czego za Viniego 0:) Ferry 35 opóźniony płynie tez 35 minut i jesteśmy w Afryce. Cel naszej wyprawy zostaje osiągnięty a nasze dzieciaczki są pierwszy raz w Afryce. Zwiedzamy taksówka Nowe Miasto, potem obiadek i spacerkiem Medine, bazar, plaże. Ludzi ful, i turystów i handlarzy wszystkim i niczym. Po sześciu latach chociaż na jeden dzień jesteśmy znowu w Afryce… yuppie. Nie jest to co prawda taka Afryka jaka najbardziej lubimy- ale zawsze to Afryka i cieszymy się ze znowu tu jesteśmy a nasze dzieciaczki tez tu po raz pierwszy dotarły. Wieczorem opóźnionym o 40 minut ferry wracamy do Hiszpanii.






































W poszukiwaniu piaszczystej plaży docieramy do Olivy na camping Rio Mar 30 za noc- na samej piaszczystej plaży, morze cieplutkie i czyściutkie. Camping i cale miejsce z leksza hipisowskie, wyluzowane, pasi nam to. Cały dzień spędzamy na plaży, dzieciaczki prawie nie wychodzą z morza, non stop skaczą po falach i wariują. Obiad jemy w restauracji na plaży. Nie jest tez tak ekstremalnie graco ok 30 st. W nocy dla odmiany jest bardzo cieple, pierwszy raz śpimy przy całkowicie otwartym namiocie. Zostajemy 3 dni











Za autostrady najwięcej 45. Wybieramy camping Del Mar na Costa Brava 10km od słynnego Lloret de Mar. Płacimy jak do tej pory tez najwięcej bo 42,50+ 6 za internet. Zostajemy 3 noce. Camping nad samym morzem bardzo porządny. Sami Holendrzy oprócz nas- jakaś ich enklawa. Spokój i cisza a tylko 10km do paszczy lwa Llioret, które odwiedzamy jednego dnia i akurat w tym dniu daje koncert Snoop Dog- niestety w jakimś klubie a nie na otwartej także z dzieciaczkami musieliśmy odpuścić. plaża piaszczysta ale wejście do wody i brzeg kamienisty, woda ciepła, potężne fale- było ekstra.












Opuszczamy rano Del Mar a tu zaczyna padać. Pada i to ostro pierwszy raz na naszej wycieczce, cieszymy się ze udało nam się spakować namiot i wszystkie graty. Jedziemy w stronę Saint Tropez- ruch jest przeogromny, Na granicy z Francją zatrzymujemy się na mały shopping. Ruszamy dalej i 2 godziny jedziemy w korku. To nasza pierwsza blokada drogi po przejechaniu 6500km, wszystko przez bramki na autostradach. Wymęczeni docieramy do Saint Tropez a tu kolejna niespodzianka- nasze upatrzone campingi nie maja miejsc jak w ogóle wszystkie pozostałe do których zajeżdżamy. Pokoi w hotelach tez nie ma a ceny startują od 250 euro za noc. Ludzi mnóstwo i samochodów tez mnóstwo. Na ulicach pełna lanserka, roys roys, benteleye, maserati, ferrari, porsche, harleye. Byliśmy tu kiedyś przed sezonem i było troch bardziej znośnie. Jedziemy wybrzeżem w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do spania. O 23 trafiamy na camping na którym są miejsca i nawet zrobią check-in w Miejscowości Saint- Aygulf. Cena jaka nam wyliczają to 55 ale mówią ze rozliczymy się rano jak będzie otwarta recepcja. Rozbijamy się, kolacja i spać- dobrze ze dzieciaczki pochrapały trochę w trasie…
Rano okazuje się ze camping kosztuje tylko 34 co nas cieszy jest nad morze i jest całkiem nie najgorszy. Jest potężny zajmuje 22 hektary i dlatego mieli wolne miejsca. Postanawiamy ze zostajemy 3 noce. Camping de Saint Aygulf Plage.
Niestety przytrafia nam się bardzo przerażająca chwila. Rano Kasia jak wychodziła z prysznica z Vincentem, poślizgnęła się na schodach, upadla i straciła przytomność. Luizka przybiegła po tate z jednym francuzem, jego zona była przy Kasi, do namiotu ze mamusi się cos stało. Wezwaliśmy karetkę, chcieli nawet zabierać Kasie do szpitala ale cale szczęście skończyło się na wielkich siniakach, wielkich ranach na łokciu i wielkim strachu. Ufff….
Kilka słów o okolicach St. Tropez w sezonie. Przeraźliwy tłok, mnóstwo ludzi, samochodów, motorów. Brak miejsc na polach campingowych czy hotelach. Brak możliwości przemieszczania się samochodem prze mega korki. Totalnie przegięte ceny od paliwa za 1,85 za litr po puszkę napoju za 1,5 i kilogram pomidorów za 3 euro. Na pewno towary i usługi nie są warte tam tyle na ile są wycenione, ale skoro jest popyt to można wszystko. Mimo wszystko okolica piękna, jeśli znajdzie sia jakieś miejsce od zgiełku można chwile odsapnąć. Nasza miejsceczka chyba właśnie taka była.













Nie chce się wracać, chcieliśmy zakręcić jeszcze do Toskanii- ale na dana chwile wystarczy. 1010km na dzisiaj- 3,5 godziny spędzamy w korkach. Po drodze temperatura spada do 13 st. O 23 dojeżdżamy do Karlsruhe. Śpimy w Novotelu.
To już koniec naszej czterotygodniowej przygody. Przez ten czas chodziliśmy tylko w klapkach lub na boso, nie założyliśmy zwykłych butów. Zobaczyliśmy wiele pięknych i ciekawych miejsc. Poznaliśmy mnóstwo ciekawych osób: przez parkę młodych Niemców, podróżujących taka sama traska co my tylko ze pociągiem- najpierw mieliśmy na campingu w Portugalii namioty obok siebie, następnie spotkaliśmy się w labiryncie uliczek w Medinie- mega pozytywni i uśmiechnięci, motocyklista Harley Davidson z Niemiec- uśmiechnięty i zadowolony otwarty na ludzi i nowe znajomości- podróżujący sam prze wschodnia Francję po zachodnia Hiszpanie i Portugalię z Frankfurtu nad menem. 2 polskich motocyklistów z Irlandii jadący w kierunku przeciwnym do Niemca, Polak podróżujący z zona wozem Kampingowym: emigrant mieszkający trochę we Francji trochę we Niemczech- 70 latek z mnóstwem ciekawych historii. i wiele innych ciekawych i kolorowych postaci. Podsumowując: najbardziej otwarci i uśmiechnięci co ciekawe są Niemcy potem Francuzi, najmniej: Hiszpanie- gburowaci, nie mówiący nawet dzień dobry. Portugalczycy tez z pewnym dystansem.
Przejechaliśmy 8700km trochę brzegiem oceanu atlantyckiego, trochę morza śródziemnego. Dotarliśmy do Afryki i nasze dzieci po raz pierwszy zobaczyły Czarny Lad. Nasza rodzinka jeszcze bardziej się zintegrowała i zżyła. To była piękna przygoda i piękne chwile…
