Ruszamy do Warszawy, i dwie nocki na Powiślu.
W poniedziałek 15.12.25 dzień motoryzacyjny. Najpierw na stadionie narodowym Ikony Motoryzacji a wieczorem w Witkacu pokaz Mercedesa PureSpeed




















































































Urodziny Luli zaczynają sie w Polsce . O 4.30 pobudka i o 5.30 ruszamy uberem na lotnisko. 7:40 odlot lotem do Amsterdamu. Lądujemy 9:40 odbieramy bagaże i idziemy na chcek-in do Tui.nl na lot Cancun przez Jamajke. Jeszcze sto lat, sto lat w Amsterdamie i lecimy 10h10minut na Jamajkę. Po wylądowaniu czekamy jeszcze godzinę w samolocie bo wysiadł prąd na całym lotnisku na Jamajce. W końcu nas wypuszczają, sto lat sto lat na Jamajce i ruszamy 1h30 minut do Cancun. Dosyć gładka granica, żadnych karteczek i dodatkowych opłat i przed północą czasu lokalnego logujemy sie na hotelu w Playa del Carmen, Kolejne sto lat sto lat, i po 25 godzinach od wyjścia z domu kończymy ten dzien….






Budzimy się około ósmej, całkiem wypoczęci.
Lubimy latać na zachód — dzień zaczyna się wtedy szybko i od razu mamy go całego dla siebie. Jest czas, żeby przeżywać i oswajać nowe miejsce. Dziś ogarniamy Playa del Carmen. Hotel mamy w samym centrum — jedną przecznicę od głównej ulicy i jedną od plaży. A mimo to cisza, zieleń i bardzo klimatyczna okolica, trochę jakby w środku dżungli. Mały, fajny basen i bardzo przyjemna atmosfera. Dobre miejsce na start. W ciągu dnia spacerujemy po Playa del Carmen na spokojnie. Jemy dobre jedzenie, pijemy kawkę, bez pośpiechu. Po raz pierwszy kąpiemy się w Morzu Karaibskim. Pogoda jest piękna, świeci słońce. Wieczorem jeszcze kolacja urodzinowa Luli. Dziś grill i dobre mięso. Około 22:30 jesteśmy już w łóżkach i po prostu padamy.






















































Dzień 1: Pierwsze nurkowanie w Cenocie, niesamowite doświadczenie. Cenote Jardín Del Eden – Garden of Eden Cenote. Naturalny cenote wypełniony krystalicznie czystą wodą, otwarty „na świeżym powietrzu”, otoczony tropikalną dżunglą i skałami. To jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania i snorkelowania w okolicy Playa del Carmen / Riviera Maya. Woda krystaliczna, turkusowa — świetna widoczność pod wodą.
Głębia od ok. 5 m do ~15 m w najgłębszych partiach – robi robotę pod nurkowanie. Liczne formacje skalne pod wodą i system małych jaskiń/cavern, co czyni to miejsce ciekawym.
To był naprawdę wyjątkowy dzień nurkowy.
Zanurzamy się w krystalicznie czystej, słodkiej wodzie. Na górze temperatura wody około 25 stopni, bardzo rześko jak na nurkowanie . Już od pierwszych minut wiadomo, że to będzie zupełnie inne nurkowanie niż w oceanie.
Na głębokości mniej więcej 12 metrów zaczyna się dziać coś niesamowitego. W kilku miejscach pojawia się haloklina: słodka woda miesza się tam ze słoną. Wpływając w tę warstwę ciepłej, słonej wody, człowiek ma wrażenie jakby wchodził do jacuzzi. Ciało momentalnie się rozluźnia.
A kiedy z tej warstwy wypływasz z powrotem do chłodniejszej wody, uczucie jest jak wskoczenie do lodowatego strumienia po saunie. Mega kontrast, ale bardzo przyjemny i pobudzający.
Efekt wizualny też robi ogromne wrażenie. W miejscu, gdzie wody się mieszają, obraz robi się rozmyty, jakby nagle zniknęła ostrość. Wystarczy jednak zanurzyć się trochę głębiej i wszystko znowu staje się idealnie wyraźne. Bardzo ciekawe doświadczenie.
Nurkowaliśmy tam dwa razy, na dwóch różnych trasach. Było to nasze pierwsze nurkowanie w cenotach i od razu wiedzieliśmy, że to coś zupełnie innego niż nurkowanie oceaniczne. Bardziej spokojne, bardziej „do środka”.
Piękne przeżycie – zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie. Ciepło i chłód na zmianę mocno działały na ciało i dawały sporo energii. Zdecydowanie jeden z tych dni, które zostają z nami na długo.






























Dzien 2: Cenote Nohoch Nah Chich to zupełnie inny świat niż otwarte cenoty. Zejście jest spokojne,. Woda krystalicznie czysta, cisza absolutna. Po zanurzeniu od razu wpływamy w system jaskiń, gdzie światło dzienne szybko znika i zostaje tylko to, co oświetlają nasze latarki. To nurkowanie jest płytkie, maksymalnie do około 7 metrów, ale absolutnie nie o głębokość tu chodzi. Przestrzenie są ogromne. Korytarze ciągną się daleko, momentami mamy wrażenie, że sufit znika gdzieś wysoko nad głową. Skały, formacje, stalaktyty i stalagmity wyglądają jak coś z innej planety. Wszystko bardzo surowe, naturalne, nietknięte, piękne. Tu nie ma miejsca na pośpiech. Płyniemy wolno, kontrolujemy każdy ruch, oddychanie samo się uspokaja. Każdy metr robi wrażenie. To nurkowanie bardziej skupione, bardziej wymagające, ale jednocześnie bardzo czyste w odbiorze. Nohoch Nah Chich robi wrażenie właśnie tym, że jest prosta i cicha. Nie ma tu efektów specjalnych, kolorów ani słońca przebijającego się przez wodę. Jest za to przestrzeń, cisza i poczucie, że jesteś w miejscu naprawdę wyjątkowym. Robimy 3 nurkowania, rożnymi trasami…



































Dzień 3: Cenote Angelita – dzień nurkowy
Dzisiaj pełna ekscytacja i naprawdę niesamowite nurkowanie.
Angelita to bardzo głęboka cenota i od samego początku czuć, że to nie jest zwykłe nurkowanie. Wskakujemy do wody i praktycznie od razu szybko spływamy w dół, aż do około 30 metrów. Pion, cisza, koncentracja.
Chwilę później wpływamy w coś absolutnie wyjątkowego — unoszącą się chmurę siarkowodoru. Przepływamy przez nią schodząc do około 32 metrów. Uczucie jest nie do opisania. Jakby pływać we mgle w kosmosie. Widoczność zmienia się momentalnie, wszystko dookoła robi się mleczne, nierealne. Pod chmurą znowu łapiemy ostrość.
Widać drzewa wystające z dna, jak martwy las zawieszony pod wodą. Robi to ogromne wrażenie i wygląda kompletnie surrealistycznie. Sama cenota jest głęboka i idealnie okrągła, co potęguje całe doświadczenie. Masz wrażenie, jakbyś był w ogromnej, naturalnej studni bez końca. Wszystko jest bardzo intensywne — i wizualnie, i emocjonalnie. To nurkowanie było dynamiczne, mocne i bardzo euforyczne. Jedno z tych, po których długo jeszcze czujesz adrenalinę i masz w głowie tylko jedno: wow. Zdecydowanie jedno z najbardziej wyjątkowych nurkowań, jakie można tu zrobic.
Cenote Taak Bi Ha (Tek Bihay) – drugie nurkowanie dnia
Cenote Taak Bi Ha to zamknięta, jaskiniowa cenota, ukryta w dżungli. Już samo wejście robi wrażenie — schodzimy w dół i od razu czujemy, że to będzie coś wyjątkowego. Cisza, chłód, surowa skała. Samo nurkowanie jest bardzo spokojne i surrealistyczne. Płyniemy między stalaktytami i stalagmitami, między skałami, momentami dosłownie przeciskając się w wąskich przejściach. Skały mamy nad głową, pod sobą i po bokach. Czujesz przestrzeń bardzo blisko, wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Nurkowanie jest płytkie, maksymalnie do około 7 metrów, a miejscami płyniemy praktycznie na 0 metrów, tuż pod sklepieniem. Technicznie proste, ale mentalnie bardzo intensywne — pełne skupienie, wolne tempo, pełna kontrola ruchów. Woda jest czysta, widoczność dobra. Światło z latarek pięknie wydobywa kolory skał i formacji. Każdy metr wygląda inaczej, cały czas coś przykuwa uwagę. Nie ma pośpiechu, jest czyste cieszenie się samym płynięciem i tym miejscem. Taak Bi Ha robi ogromne wrażenie tym, że jest kameralna i bardzo naturalna. Nie ma tu rozmachu jak w Angelicie, nie ma głębokości ani adrenaliny. Jest za to bliskość skały, cisza i poczucie, że naprawdę jesteś w środku ziemi. To jedno z tych nurkowań, które nie krzyczy.








































Dziś spełniamy jedno z naszych większych nurkowych marzeń.
Nurkowanie z rekinami Bull Shark. I nie będę ściemniał — do samego końca mieliśmy w głowie mnóstwo wątpliwości. Zastanawialiśmy się, czy to na pewno dobry pomysł. Czy to jest bezpieczne. Czy wszystko będzie okej.
Im było bliżej nurkowania tym bardziej to wszystko wydaje się nierealne.
W końcu decydujemy się. Wsiadamy na łódź i wypływamy kawałek od plaży w Playa del Carmen. Po chwili wskakujemy do wody i schodzimy na około 25 metrów. Przez mniej więcej 30 minut nurkujemy razem z grupą rekinów Bull Shark. To, co dzieje się pod wodą, jest trudne do opisania. One są ogromne, masywne, bardzo spokojne w ruchach, ale jednocześnie czuć ich siłę. Wiemy, że to jedne z najbardziej niebezpiecznych rekinów na świecie. Adrenalina jest non stop, ale jednocześnie jesteśmy maksymalnie skupieni . Każdy ruch robimy świadomie, kontrolujemy każdy oddech. Strach puszcza w momencie kiedy opadamy w dół i widzimy pierwsze sztuki.
Zostaje ogromny respekt i coś, co trudno nazwać — takie czyste „wow”. Pływamy obok nich i cały czas nie możemy uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. To było totalnie surrealistyczne doświadczenie.
Zdecydowanie jedno z najmocniejszych nurkowań, jakie mamy za sobą.
Kilka słów o Bull Shark
Rekin Bull Shark, czyli Carcharhinus leucas, to jeden z najbardziej charakterystycznych i jednocześnie najbardziej niebezpiecznych rekinów. Spotyka się go często blisko wybrzeży, bo lubi płytkie, ciepłe wody. Dorasta nawet do 3 metrów, jest bardzo masywny i ma potężne szczęki. To właśnie dlatego wzbudza taki respekt.
To nie było nurkowanie dla każdego. Ale dla nas — spełnienie marzenia i doświadczenie, którego nie zapomnimy przez bardzo długi czas.




























Rano szybkie śniadanie, tylko we dwójkę. Dzieci zostają jeszcze w łóżkach.
O 11:30 podjeżdża po nas transport i ruszamy w stronę wyspy Holbox. Jedziemy do miejscowości Chiquilá, skąd odpływają promy na wyspę. Sama podróż autem zajmuje około dwóch godzin, to trochę ponad 130 kilometrów.
Podjeżdżamy praktycznie pod sam terminal promowy i akurat stoi prom, który zaraz wypływa. Promy kursują co pół godziny, więc tym razem nie czekamy nawet pięciu minut. Wsiadamy i płyniemy. Po okolo 30 minutach jesteśmy już na wyspie. Spokojnie, bez nerwów, wszystko idzie bardzo płynnie.
Bilety na prom bierzemy od razu w dwie strony. W jedną stronę kosztuje 330 peso, w dwie 600 peso, więc nie ma się nad czym zastanawiać. Po dopłynięciu jedziemy prosto do hotelu. Około 14:30 jesteśmy już przy naszym hotelu. Nowe miejsce, nowy klimat i zupełnie inne tempo. Holbox od pierwszych minut daje poczucie, że tu nigdzie nie trzeba się spieszyć. Hotel mamy praktycznie w samym centrum wyspy Holbox, ale bez miejskiego zgiełku. Hotel jest mega klimatyczny, w stylu boho, dopieszczony w każdym detalu. Czuć, że ktoś naprawdę miał na to pomysł. Mamy do dyspozycji dwa piętra. Na dole zostają dzieci, na górze my. Każdy ma swoją przestrzeń, a całość jest bardzo przytulna i spokojna. Od pierwszej chwili czujemy się tu po prostu dobrze.
Robimy sobie rundkę po wyspie. Nie ma tu asfaltowych dróg — są tylko piaskowe uliczki. Wygląda to świetnie. Zero pośpiechu, totalny slow vibe. Ludzie jeżdżą melexami, rowerami, wszędzie luz i uśmiech. Klimat robi robotę.
Wieczorem kolacja nad brzegiem morza. Dobre jedzenie, ciepłe powietrze, spokojny wieczór. Bez planu, bez presji.
Około północy idziemy spać. Holbox od pierwszego dnia wciąga swoim tempem. Chociaż jutro troche przyspieszymy:)






































Pierwszy dzień kitesurfingu. Od rana rodzice kontynuują swoją przygodę z kitesurfingiem.
Około 8:15 meldujemy się na spocie i zaczynamy pierwszy dzień kitesurfingu na wyspie Holbox. Woda jest świetna, a kolory dosłownie nieziemskie. Turkus, błękit, jasny piasek — wszystko wygląda jak z pocztówki. Wiatr jest dość zwariowany. Raz słabszy, raz mocniejszy, zmienny. Ten dzień traktujemy głównie jako przypomnienie i poukładanie podstaw tego, czego już się nauczyliśmy. Bez ciśnienia. Trzy godziny na wodzie mijają bardzo szybko.
Około 13:00 jesteśmy z powrotem w hotelu, a potem ruszamy na obchód wyspy. Holbox jest piękna, kolorowa i totalnie wyluzowana. Atmosfera jest naprawdę super. Piasek zamiast asfaltu, spokojni ludzie, zero pośpiechu. Kolory robią robotę — piasek, niebo, morze i zieleń. Dokładnie nasza ulubiona kombinacja.











































Wesołych Świat dla Wszystkich…!!!
Wigilia… ale u nas dzień zaczyna się na wodzie. O 8:30 meldujemy się na tym samym spocie co wczoraj. Od razu wiadomo, że dziś nie będzie łatwo. Wiatr jest totalnie zwariowany — raz wieje bardzo mocno, za chwilę potrafi kompletnie zniknąć. Trzeba być czujnym cały czas. To jest dziś bardziej walka niż przyjemne pływanie.
Wymagające, męczące, momentami frustrujące, ale nie poddajemy się. Robimy swoje, uczymy się, zbieramy doświadczenie. Czuć w nogach, siniaki na stopach dziś będą na pewno 🙂
Kończymy około 11:30 i wracamy do hotelu. Szybki lunch, chwila odpoczynku i ruszamy plażą w stronę zachodniej części wyspy. Idziemy spokojnie, bez planu, ciesząc się widokami, światłem i tą chwilą. Holbox w takim tempie robi robotę.
Wieczorem kolacja wigilijna — w bardzo fajnym miejscu, dosłownie na plaży dokładnie taka, jaką chcieliśmy.
Kolejny dzień na Holbox za nami.
Wesołych Świat dla Wszystkich…!!!




















































Już wczoraj wieczorem dostaliśmy info z centrum kitesurfingu, że dzisiejsze zajęcia są odwołane. Wiatr za mocny, za bardzo nieprzewidywalny. I to w sumie spoko nogi posiniaczone i lekko pocięte a i tak mieliśmy w planie objazd Holbox. Trzeba tylko ogarnąć auto. Przed śniadaniem ruszamy szukać czegoś do wypożyczenia.
Cel: ten klasyczny mix wózka golfowego z quadem, którym tu wszyscy jeżdżą. Szybko okazuje się, że temat nie jest prosty — wszystko zajęte, brak aut, zero opcji. Trafiamy do jednej wypożyczalni, pani mówi wprost: dziś nie ma szans na żadne auto. Dobra. Idziemy spokojnie na śniadanie i po nim próbujemy jeszcze raz. Znowu to samo — nie ma aut.
Idziemy dalej i trafiamy na miejsce, gdzie serwisują te samochodziki. Pytamy mechanika, czy coś mają. Facet zdziwiony mówi, że w sumie… tak. Tylko żebyśmy poczekali 10 minut, bo musi je jeszcze umyć. Po chwili jedziemy razem z nim do wypożyczalni. Szybki kurs jazdy, jak włączyć bieg do przodu do tyłu jak zgasić gdzie gaz i hamulec 🙂
Kobieta patrzy na nas lekko w szoku, że jednak mamy auto, ale bez żadnych problemów je wypożycza. Gotówka + dowód osobisty jako kaucja i tyle. Auto mamy do 17:00. Temat załatwiony No i zaczynamy objazd wyspy.
Jeździmy od zachodu do wschodu, i ze wschodu na zachód przecinamy piaskowe uliczki, zaglądamy tam, gdzie da się dojechać. W sumie robimy prawie 30 kilometrów po Holbox. Zatrzymujemy się w różnych fajnych miejscach, mamy lunch na plaży, zero pośpiechu. Dzieci oczywiście też swoje — raz jedno, raz drugie prowadzi auto. Pełen gaz, slalom między pieszymi i innymi wózkami. Idealny kurs na przyszłe prawo jazdy 😄 Holbox to jedyne miejsce, gdzie to w ogóle brzmi normalnie. Wieczorem oddajemy auto: zero problemów, dowód oddany i robimy jeszcze świąteczny spacer po wyspie. Spokojnie, bez planu, w tym holboxowym tempie. Bardzo udany dzień.

































































































Drugi dzień świąt zaczynamy mega spokojnie. Najpierw zostawiamy pranie. Później śniadanie w naszej ulubionej kafeterii. Super klimat, fajni ludzie, bardzo dobre jedzenie i świetna kawa. Dokładnie tak, jak lubimy. Potem chwila spaceru po wyspie i po plaży. Bez pośpiechu. Zatrzymujemy się na moment nad morzem, chłoniemy klimat, kolory i ten holboxowy luz.
Około 14:15 mamy zbiórkę i ruszamy łódką na zupełnie inny kitesurfingowy spot — Mosquito Point. To miejsce jest po zachodniej stronie wyspy na terenie parku narodowego. Da się tam dotrzeć tylko łódką — nie ma żadnych dróg ani ścieżek. Na miejscu warunki zupełnie inne niż wcześniej. Wiatr super stabilny i równy, dokładnie taki, jakiego potrzebujemy. Za to fale są spore, więc łatwo nie jest. Ale dziś się nie poddajemy. Pływamy, próbujemy, walczymy przez ponad trzy godziny. I w końcu… przełamujemy się. Przekraczamy nasz Rubikon — linię, której do tej pory nie byliśmy w stanie pokonać. Wchodzi kolejny skill, kolejny etap na naszej drodze do bycia coraz lepszym kitesurferem.
Jest WOHOO, jest satysfakcja. Instruktor mega zadowolony i szczęśliwy, my jeszcze bardziej. W końcu 🙂
Wracamy łódką o zachodzie słońca do naszej wioski. Piękne światła, cisza, jesteśmy zmęczeni ale w dobrym sensie.
Wieczorem kolacja, a potem jeszcze spotkanie z naszym instruktorem i jego dziewczyną. Długie rozmowy o świecie, podróżach, miejscach i planach. Spokojny początek dnia ale mocne zakończenie.



































































Holbox – do zobaczenia! Holbox… będziemy tęsknić…
Co za piękne miejsce, co za piękny czas i co za piękne doświadczenie. Świetni ludzie, świetny klimat, masa pozytywnych przeżyć. Kolorowo, lekko i totalnie niesamowicie. Kolejny etap nauki kitesurfingu również przekroczony 🙂
Rano jeszcze ostatnie śniadanie na wyspie. Bez pośpiechu. Rozliczamy się za lekcje kitesurfingu, odbieramy pranie, pijemy jeszcze jedną kawę — taką już na pożegnanie. I powoli zbieramy się w stronę portu promowego.
Chwilę czekamy, potem 30 minut rejsu i jesteśmy z powrotem na lądzie. Po wyjściu z promu widzimy… krokodyla. Spokojnie wyszedł sobie z wody, przeszedł kawałek, po czym się zatrzymał i po prostu zaczął chillować. Zero stresu, zero paniki — my stoimy, patrzymy i nie dowierzamy. Taki bonus na pożegnanie Holbox.
Około 13:30 ruszamy dalej w stronę Cancún. Dojeżdżamy około 16:00. Check-in w hotelu przy lotnisku. Bardzo fajny, wygodny, idealny na noc przed dalszą drogą. Najlepsze jest to, że zapłaciliśmy za niego… 3 dolce, wykorzystując jakieś punkty lojalnościowe.
Trochę chillujemy, ogarniamy się, pranie wszystkiego do końca: robimy małą reorganizację ku nowej przygodzie.
Holbox zostaje za nami, ale takie miejsca zostają z nami na długo. I wiemy jedno — jeszcze tu wrócimy.






















Wstajemy dopiero około 9:30, bez pośpiechu. Na luzie zbieramy się na śniadanie… które okazuje się mega słabe. W zasadzie tylko czarna kawa ratuje sytuację. I tyle.. O 11:30 mamy już transfer na lotnisko. Jedziemy dosłownie 10 minut, bo hotel jest przy samym lotnisku w Cancún. Lecimy liniami Avianca i o 14:00 startujemy w stronę Guatemala City. Lot bardzo przyjemny, samolot w miarę nowy. Czas lotu około 1:15, totalnie szybko — w zasadzie na śpiocha.
Lądujemy. Odprawa banalna — paszporty, pieczątki, zero pytań i jesteśmy w Gwatemali 🙂
Na miejscu niespodzianka: SIXT odmawia nam wynajęcia auta, bez podania powodu. W sumie… może i dobrze. Decydujemy się na Ubera. Za około 150 zł jedziemy 40 km do Antigua Guatemala, czyli pierwszej stolicy Gwatemali.
Niestety trafiamy na potężne korki. Przez jakieś 6 km stoimy praktycznie w miejscu, więc zamiast 40–60 minut jedziemy prawie dwie godziny : Ameryka Środkowa.
Docieramy do mega klimatycznego, kolonialnego hoteliku w cichej okolicy, tuż obok starego miasta. Miejsce jest piękne, spokojne i zrobione z ogromną dbałością o detale. Zostawiamy rzeczy i od razu ruszamy do miasta.
Pierwszy przystanek — kuchnia gwatemalska. Niestety… średnio. Nie trafia w nasze smaki. Idziemy dalej, spacerujemy po starym mieście i mamy już upatrzony koreański grill. O 20:30 dostajemy stolik i w końcu najedamy się do pełna. Bardzo dobre, świeże jedzenie — dokładnie tego było nam trzeba. Na koniec jeszcze spacer klimatycznymi uliczkami Antigua Guatemala. Około 22:30 wracamy do hotelu. Długi dzień. Dużo zmian dużo drogi.
Ale Antigua od pierwszego wieczoru robi bardzo dobre wrażenie. Temperatura znacznie niższa, ok 20 stopni , w nocy ma byc tylko 12…
Antigua Guatemala (znane także jako Antigua lub La Antigua) – miasto w środkowej Gwatemali, położone kilkanaście kilometrów na zachód od stolicy kraju Gwatemali.
Antigua położona jest w dolinie potoku o tej samej nazwie, na wysokości 1530 m n.p.m., w górzystym regionie środkowej Gwatemali. Nad miastem górują trzy wulkany, w tym jeden aktywny. Na południe od miasta wznosi się Volcán de Agua („wulkan wody”, wysokość 3766 m n.p.m.), którego krater zajmowało niegdyś jezioro kraterowe. Na zachód od miasta znajdują się dwa szczyty: wulkan Acatenango, 3976 m n.p.m. z ostatnią erupcją w 1972r., oraz ciągle aktywny Volcán de Fuego („wulkan ognia”, 3763 m n.p.m.), który charakteryzuje się stałą, aczkolwiek niezbyt intensywną aktywnością wulkaniczną (wydobywają się głównie dymy, rzadko obserwować można wypływy lawy).




















































































Budzi nas piękny poranek i widok na wulkany. Coś niesamowitego. Naprawdę. Widok jest oszałamiający.
Wychodzimy z pokoju i patrzymy przez zieleń na otaczające nas wulkany. Cisza, lekkie światło, wszystko spokojne. Robi to ogromne wrażenie. Śniadanie jemy bez pośpiechu. Około 11:00 ruszamy do miasta. Trochę spaceru, kawa po drodze, a potem wsiadamy w autobus i jedziemy do Hobbitenango. To taki park, gdzie można pochodzić, usiąść, odpocząć. Są różne proste atrakcje, ale najważniejsze są widoki — z kilku miejsc widać cztery wulkany naraz. Spędzamy tam około czterech godzin. Wracamy do Antigui około 17:30. Spacerujemy uliczkami starego miasta przy zachodzącym słońcu. Na koniec idziemy na kuchnię argentyńską — steki są całkiem niezłe. Około 22:00 wracamy do hotelu

















































































Dziś pobudka o 9:00, śniadanie i ruszamy jeszcze na krótki spacer po Antigua Guatemala.
Jest lekko pochmurno, wulkanów dziś nie widać. To jeden z najchłodniejszych dni na całym wyjeździe.
Kawka, potem jeszcze raz koreański grill (tak, wróciliśmy 😄), druga kawa i po prostu chill na klimatycznych uliczkach Antigui. O 15:30 ruszamy w stronę Guatemala City.
Podróż teoretycznie krótsza — około 1:40, ale w praktyce znowu mega korki. Droga jest mało komfortowa i momentami po prostu męcząca.
Meldujemy się w dystrykcie 10, tym razem hotel sieciowy — Wyndham Garden Guatemala City. Całkiem spoko. Mamy trzy duże łóżka, więc każdy śpi wygodnie, plus widok na miasto.
Robimy jeszcze krótki spacer po okolicy, steki na kolację i na dziś to tyle.









































Mieszkamy w samym centrum w Zonie 10. Od rana w poszukiwania kawki i śniadania czujemy, że to jest dziwny dzień. Na ulicach prawie nie ma ludzi. Restauracje i sklepy są bardzo podstawowe. Większość hoteli nie organizuje żadnych imprez, w sklepach ktoś tam pracuje, w restauracjach podobnie, ale realnie nie ma gdzie zjeść. Albo wszystko jest pozamykane, albo za chwilę się zamyka. Spacerujemy po dużym mieście, a wokół totalna pustka. Dość surrealistyczne uczucie. Jedynym miejscem, gdzie faktycznie są ludzie, jest ogromne centrum handlowe Oakland Mall. I tu szok — centrum jest mega nowoczesne i pełne ludzi. Serio, robi większe wrażenie niż Dubai Mall. Kręcimy się tam chwilę, jemy jakiś lunch, pijemy kawę. Ogólnie jedzenie w Gwatemali nas nie zachwyca. Produkty są raczej słabej jakości, serwis średni, więc kulinarnie nie jesteśmy szczęśliwi.
Wracamy na spacer po mieście w rejonie Zony 10 i Zony 9 i próbujemy znaleźć jakiekolwiek miejsce na kolację sylwestrową. Nie ma szans. Większość miejsc jest zamknięta albo właśnie się zamyka. W końcu, około 20:00, lądujemy znowu na koreańskim grillu I to uznajemy za naszą kolację noworoczną. Tego dnia robimy ponad 20 tysięcy kroków, czyli około 17,5 km pieszo.
Przed północą szykujemy sobie po 12 winogron na przywitanie Nowego Roku. Schodzimy na ulicę obok hotelu oprócz nas jest tam może 6–8 osób. Pojawiają się pojedyncze sztuczne ognie, bez tłumów.
Około 1:30 kończymy ten dzień, trochę śmieszny, trochę dziwny, zupełnie inny niż wszystkie sylwestry, ale na pewno zapamiętamy go na długo. Happy New Year dla wszystkich!
Sylwester w Guatemala City wygląda zupełnie inaczej niż w Europie. To dzień rodzinny, a nie imprezowy. Wiele biznesów zamyka się wcześniej, bo ludzie spędzają ten czas w domach. Stolica nie jest centrum noworocznych imprez — największe świętowanie odbywa się w Antigua Guatemala i mniejszych miejscowościach.





































Pierwszy dzień Nowego Roku zaczynamy totalnie na spokojnie. Pierwszy raz na tym wyjeździe bez budzików, więc pobudka jest późna. Około 11:00 zbieramy się powoli i ruszamy na miasto.
Najpierw kawa, potem szukamy miejsca na śniadanie / lunch. Niestety dalej mamy niefarta do jedzenia — jest bardzo, bardzo średnio. Nawet mięso nie ratuje sytuacji.
Jest już koło 14:00, więc jedziemy na Plaza Constitución do Zony 1, czyli do starego centrum Guatemala City.
Kręcimy się chwilę po starówce i samym placu. Widzimy National Palace of Culture i Metropolitan Cathedral, którą odwiedził Jan Paweł II. Robimy też spacer wzdłuż Paseo de la Sexta.
Łącznie spędzamy tam jakieś dwie godziny i robimy odwrót. Po drodze przejeżdżamy jeszcze przez Zonę 3 — chyba najbiedniejszą dzielnicę miasta. Kontrast jest ogromny.
Wracamy do naszej dzielnicy i idziemy jeszcze spacerkiem na Plaza Monumental, gdzie stoi największa ledowa choinka na świecie.
Kolacja znowu w tym samym koreańskim grillu, i około 22:00 jesteśmy z powrotem w hotelu. Dziś 10km z buta 🙂
























































Dziś od rana rodzice kręcą się jeszcze po okolicy, a dzieci śpią do 12:00. Około 13:00 ruszamy na lotnisko i o 15:45 odlatujemy liniami Avianca do San Salvador. Trochę nam zeszło w Guatemala City, zasiedzieliśmy się, ale sam pobyt na lotnisku od razu dodaje energii. Lubimy ten moment, już jesteśmy w drodze dalej. Lot do Salwadoru jest bardzo krótki, jakieś 40 minut. Lądujemy i na granicy totalny luz: zero pytań, zero bardzo ważnych karteczek czy formularzy tylko pieczątki w paszport i witamy w Salwadorze.
Wychodzimy z lotniska, sprawdzamy Ubera — 50 dolarów do centrum. Decydujemy się więc na wynajem auta za 60 dolarów za dobę. Dostajemy Qashqaia, pakujemy się i jedziemy około 45 km do miasta. I od razu czuć zmianę.
Jest więcej energii, więcej kolorów i w końcu dobre jedzenie. Tego nam brakowało.
Śpimy w Barceló San Salvador, w samym centrum miasta. Hotel jest mega klimatyczny, w stylu kolonialnym. Co ciekawe — zbudowany w 1997 roku, wygląda naprawdę bardzo dobrze. Dzień kończymy około 23:00.
Dobranoc, Salwador.



































Rano klasycznie: pranie, śniadanie i ruszamy w drogę.
Pierwszy przystanek to Lago de Coatepeque, czyli wulkaniczne jezioro Coatepeque. To jedno z najbardziej znanych miejsc w Salwadorze. Jezioro powstało w kalderze wulkanu, a woda ma turkusowy kolor, dziś akurat jest pochmurno wiec nie jest spektakularnie. Kolejny punkt to Santa Ana — trzecie co do wielkości miasto kraju. Leży około 70 km na zachód od San Salvador, na wysokości mniej więcej 720 m n.p.m., niedaleko wulkanu Santa Ana i jeziora Coatepeque. Miasto zostało założone w 1708 roku. Spacerujemy po centrum i od razu rzuca się w oczy kolonialna architektura. Największe wrażenie robi Catedral de Santa Ana — ogromna, neogotycka katedra, bardzo masywna i dominująca nad placem. Obok jest ratusz i teatr. Uliczki są klimatyczne, ale jednocześnie widać dużą biedę. Dużo zaniedbanych budynków, prostych sklepów, kontrast pomiędzy architekturą a codziennym życiem mieszkańców.
Następnie jedziemy do Parque Arqueológico Tazumal. To jedno z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Salwadorze i dawny ośrodek kultury Majów. Tazumal to spokojne miejsce z widocznymi piramidami i ruinami — bez tłumów, bardzo czytelne i dobrze utrzymane. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy Laguna Cuzcachapa. Niewielkie jezioro przy Santa Ana. Raczej krótki postój — bardziej jako ciekawostka i chwila przerwy w trasie.
Na koniec jedziemy do Centro Histórico de San Salvador. To historyczne serce kraju, miejsce, gdzie od XVI wieku funkcjonuje stolica. Robimy tu lunch i spacer. Oglądamy Pałac Narodowy, Katedrę Metropolitalną, Teatr Narodowy i Plaza Gerardo Barrios. Największe wrażenie robi jednak nowa Biblioteka Narodowa — ogromny, ultranowoczesny budynek, który stał się centrum spotkań mieszkańców. Dużo ludzi, życia, młodych, rodzin.
Po drodze mijamy też kolonialnego Starbucksa, który wygląda dość surrealistycznie w takim otoczeniu.
Wracając w stronę hotelu, zahaczamy jeszcze o Plaza Salvador del Mundo — jeden z symboli miasta, Plaza Salvador del Mundo to charakterystyczny punkt orientacyjny w mieście San Salvador, znana z pomnika przedstawiającego Jezusa Chrystusa stojącego na globie ziemskim, jest jednym z najważniejszych symboli narodowych kraju i miejscem licznych uroczystości publicznych. Na koniec okolice hotelu Barcelo- totalnie przebogata część miasta i kraju, kolacja i wracamy ok 23 do hotelu.
Dużo kilometrów, dużo miejsc i bardzo dużo kontrastów. Salwador pokazuje się dziś z wielu stron.



















































































































Dziś pobudka znacznie wcześniej. O 8:30 wychodzimy z hotelu i ruszamy w stronę Volcán Santa Ana.
Tatuś dziś nie do końca w formie, chyba jeszcze coś z Gwatemali się ciągnie ale podejmujemy próbę i jedziemy. Na szczęście ruch dużo mniejszy niż wczoraj, bo niedziela. Jedzie się lepiej i spokojniej. Po drodze mała, nieplanowana przerwa w polu trzciny cukrowej 😄 Paradoksalnie to stawia tatę na nogi i możemy jechać dalej.
Mijamy punkt widokowy na jezioro, które oglądaliśmy wczoraj, i dojeżdżamy w okolice parku narodowego pod wulkanem. I tu ważna rzecz: oznakowanie jest bardzo słabe. Jeśli ktoś chce robić hiking na wulkan, nie jedzie się tam, gdzie większość ludzi, tylko trzeba dojechać w okolice miejsca, gdzie zbierają się przewodnicy.
Jest tam pole kempingowe, gdzie można zostawić auto. Lokalni totalnie na luzie: grillują, palą ogniska, chillują przy namiotach. Zostawiamy samochód, płacimy 1 dolara za osobę i 1 dolara za auto i idziemy w stronę bramy wejściowej.
Przy wejściu płacimy jeszcze 3 dolary od osoby za wstęp do parku narodowego Parque Nacional Los Volcanes.
Żeby wejść na wulkan, trzeba zebrać grupę minimum 10 osób. My jesteśmy akurat ostatnią czwórką, więc idealnie się składa. Do tego mamy mega farta jesteśmy 5 minut przed 11, a to ostatnia grupa, która dziś może wejść.
Hiking jest konkretny. Około 1,5 godziny, 3 km, 300 metrów. Cały czas pod górę. Momentami naprawdę ciężko — puls potrafi podskoczyć pod 165, czyli blisko odcięcia. Ale idziemy dalej. Na górze — warto było.
Pogoda idealna, słońce, trochę wiatru, ale widoki rekompensują wszystko. W kraterze intensywnie niebieska woda, lekko bulgocząca. Dookoła inne wulkany. Stajemy, patrzymy, przybijamy sobie piony. Spędzamy tam około 30 minut.
Około 13:00 zaczynamy zejście. W dół już dużo szybciej — około 45 minut, na luzie. Wracamy do auta i bez dłuższego postoju kierujemy się w stronę Pacyfiku. I to był strzał w dziesiątkę. Mamusia znajduje mega miejscówkę nad oceanem: boho vibe, dobre jedzenie, DJ grający na żywo, świetna atmosfera. Jemy pyszną rybę, siedzimy nad samą wodą i oglądamy pływające wieloryby.. wow…. Na koniec dnia wchodzimy do oceanu i skaczemy w falach aż do zachodu słońca. Czarny, wulkaniczny piasek, kolor oceanu, soczysta zieleń dookoła i słońce nisko nad horyzontem. Widok petarda. Około 18:00 ruszamy z powrotem, przed 20:00 jesteśmy w hotelu. Szybkie pranie, ogarniamy się i jeszcze wyskakujemy na kolację. To był mocny dzień — dużo emocji, dużo bodźców, dużo kontrastów.
Salwador mega pozytywnie nas zaskoczył. Są wulkany, na które można wejść. Jest ocean. Są kolory. Jest energia.
Wygląda na to, że jeszcze tu wrócimy. Dzięki, Salwador.





























































Pobudka o 6:00, a o 7:00 już jedziemy na lotnisko. Oddajemy auto, przejechane dokładnie 500 km , bez żadnych problemów zwrot, wszystko sprawnie. Idziemy na Check-in liniami Avianca i lecimy do Nikaragua.
Po 50 minutach lotu, około 11:00, lądujemy w Managua. Na granicy: „bardzo ważne karteczki” z samolotu, na które nikt nawet nie patrzy. Pieczątki do paszportów, zero pytań i 10 USD od osoby za wjazd. Wynajem auta — szok cenowy. Dwa razy drożej niż w Salwadorze: 120 USD za dobę. Jedyny plus — auto trochę większe. Marka chińska, nawet nie wiemy jaka. Pakujemy się i jedziemy do miasta. Od razu widać różnicę. Więcej hałasu, większa bieda, sporo ludzi żebrzących na światłach. Temperatura totalnie szalona dochodzi do 37 stopni . Dojeżdżamy do hotelu Princess Hilton Managua (teoretycznie klimatyczny), ale okolica słaba, dużo śmieci i bezdomnych. W pokoju maga słaby zapach i kurz — prosimy o zmianę. Jest trochę lepiej, ale przy naszych alergiach to nie ma sensu. Bez problemy anulują rezerwacje i oddają całe środki. Szybka decyzja: przenosimy się do DoubleTree by Hilton Managua najnowszy hotel w mieście. Jakościowo zupełnie inny poziom. Zostajemy. Szybki lunch i ruszamy dalej.
Jedziemy do Granada. Drogi jak w całej Ameryce Centralnej, korki, chaos, nigdy nie wiesz, co ktoś zrobi obok. Po drodze krótki przystanek widokowy na jezioro Masaya i później już Granada. Granada jest piękna i kolonialna. Spacerujemy po historycznym centrum aż do jeziora, kawa, sporo ludzi, bardzo przyjemnie. Po około dwóch godzinach ruszamy dalej.
Kolejny punkt: Volcán Masaya. Pod koniec listopada był zamknięty przez erupcje, teraz jest aktywny, ale dostępny. Wjeżdżamy jako ostatni samochód dnia. I to, co widzimy wieczorem, robi robotę: bulgoczący krater, unosząca się świetlista mgła, noc i ogień. Dla samego tego widoku warto było przyjechać do Nikaragui.
Później jeszcze szybkie zakupy w ogromnym Walmart Managua — woda, pieczywo, itp. sprawnie i bez zbędnego kręcenia się.
Kolacja na koniec dnia — musimy się spieszyć, bo większość lokali zamyka się około 21–22. Wpadamy do jednej restauracji o 21:10 — pusto, ale nas przyjmują. Jemy spokojnie. O 22:30 jesteśmy z powrotem w hotelu.
Dzieci jeszcze szybki basen i koniec dnia.
Bardzo dynamiczny, momentami trudny, ale mocny w przeżyciach dzień.
Nikaragua wita nas intensywnie.






































































Dziś ruszamy do San Juan del Sur nad Pacyfikiem. Wycieczka w stylu poznaj swój kraj. Przed nami około 120 km jazdy przez Nikaragua. Po drodze podziwiamy bujną roślinność, zwykłe życie mieszkańców i zwariowany styl jazdy Nikaraguńczyków. Serio, jazda tutaj to wyzwanie i lekcja cierpliwości. Trzeba się wyluzować i płynąć z ruchem.
Zatrzymujemy się też nad jeziorem z widokiem na dwa idealne stożki wulkaniczne — Concepción Volcano i Maderas Volcano na wyspie Ometepe. Widok jest piekny.
Na miejscu San Juan del Sur od razu robi bardzo dobre wrażenie. Małe, nadmorskie miasteczko przy wulkanicznej plaży, z fajnym boho/hippisowskim vibem. Małe hoteliki, klimatyczne knajpki, pelen luz, i bardzo mało ludzi…
Jemy rybę i lobstera, do tego suszone banany, wszystko super extra. W innym miejscu trafiamy na naprawdę dobrą kawę. Spacerujemy, odpoczywamy, chłoniemy pacyficzny klimat. Około 20:00 wracamy do hotelu.
Kolacja i jeszcze basen na koniec dnia.






















































Dziś realizujemy wycieczkę „Poznaj mój kraj” w drugą stronę — jedziemy w kierunku León. To około 90 km od naszej dzielnicy. Ruch jest dziś wyraźnie mniejszy, drogi lepsze, więc jedzie się spokojnie/ W León ogarniamy historyczne centrum. Krótki spacer, najważniejsze miejsca, chwila na poczucie klimatu miasta., kawka… Temperatura dzis znowu dochodzi do 37,5 stopnia celciusza.
Zgodnie z planem ruszamy dalej w stronę Pacyfiku, do miasteczka Las Peñitas. Tam mamy lunch nad oceanem: ryby i homary, bardzo dobre jedzenie, fajne miejsce przy samej plaży.
Przez dwie godziny skaczemy na falach Pacyfiku, zostajemy do zachodu słońca.
Po drodze zahaczamy jeszcze o polską restaurację w Las Peñitas. Zwykle tego nie robimy, ale tym razem celowo zajeżdżamy. Poznajemy parkę Polaków, która mieszka tu od lat i prowadzą restaurację z polską kuchnią. Krótka rozmowa, kilkanaście minut i jedziemy dalej. Około 20:00 jesteśmy z powrotem w hotelu. Kolacja, basen i zbliża sie północ.






























































Kolejny poranek w Nikaragua. Pobudka o 6:00, a o 6:45 ruszamy już w stronę lotniska. Droga jak zwykle ciężka — 12 km jedziemy prawie 40 minut. Oddajemy auto. Przejechane 650 km, zero problemów, kaucja wraca bez gadania. Check-in liniami Avianca na lot do Miami. Wypełniamy jeszcze „bardzo ważną karteczkę”, na którą jak zwykle nikt nie patrzy. Kontrola paszportowa i gotowe. Start planowo o 9:20, w praktyce o 9:00 już lecimy.
W samolocie wszyscy śpimy i około 12:00 lądujemy w Miami. Wjazd do USA mega na luzie — dosłownie 3 minuty. Oficer ledwo zerka na paszporty, nawet wiz nie sprawdza. Jesteśmy znowu w Miami.
Czekamy na bagaże i jedziemy prosto do naszego ulubionego koreańskiego grilla COTE Miami. Spędzamy tam około 2 godziny: pyszne mięsa, dobry vibe, bardzo fajny klimat.
Potem Lyft i jedziemy do hotelu przy Miami Beach. Hotel Shepley klimatyczny, z 1939 roku pokój bardzo mały, ale łazienka fajna 🙂 i fajne klimatyczne miejsce. Po check-inie od razu ruszamy na spacer.
Miami Beach, trochę plaża, Ocean Drive i okolica. Po drodze szybkie zakupy w sklepie, potem kolacja we włoskiej restauracji. Jest już 23:30.
Długi, intensywny dzień, ale… welcome to Miami 🌴






















































Dziś pobudka bez budzika, ale i tak dajemy radę wstać około 9:00. Śniadanie na spokojnie, bez pośpiechu.
Potem spacer po Miami Beach, kawka po drodze, trochę kręcenia się po okolicy. Około południa idziemy na plażę.
Plażujemy jakieś dwie godziny. Tym razem Atlantyk 🙂 jeszcze dwa dni temu skakaliśmy w falach Pacyfiku w Nikaragui, a dziś już w Miami. Pięknie jest tak przeskakiwać miedzy światami 🙂 Fajne fale, ciepło, czysto.
Po plaży zbieramy się, ogarniamy i jedziemy do Design District – nowoczesna, stylowa dzielnica. Spacerujemy tam około dwóch godzin, robimy luncho-kolacje w tureckiej. Na koniec wracamy na swoją dzielnicę i jeszcze długi spacer po Ocean Drive i okolicach Miami Beach. Kręcimy się prawie do północy. Bardzo lajtowy, przyjemny dzień. Lubimy tutaj wracać…






























































Pobudka o 8:30, śniadanie i jeszcze szybki spacer po Ocean Drive. Trafiamy akurat na wystawę klasycznych samochodów. Chwila plaży, kawa, mały shopping i o 13:30 ruszamy już w stronę lotniska. Szybki check-in na TAP Portugal ,dziś wszystko wyjątkowo jak na lotnisko Miami sprawnie i na czas.
O 16:30 wylot w kierunku Lizbony. Lot trwa około 8 godzin, większość przesypiamy. Lądujemy w Lizbonie około 5:15 dnia następnego. Wbrew temu, co piszą w internecie – zero kolejek do kontroli paszportowej. Minuta i jesteśmy w UE. Szybka kawa, lekkie śniadanie i o 7:00 czasu lokalnego wylot do Warszawy. O 12:10 jesteśmy na Okęciu. Odbieramy bagaże i ruszamy w stronę domu. Zaczyna padać śnieg. Po drodze nawet –6°C, intensywne opady.
























Koniec wyjazdu. ❄️✈️🌴


Wspaniałe dni…sto lat , sto lat dla Jubilatki!
Zdjęcia…nie z tej Ziemi!
Życzę dobrych dni i zdrowych , wesołych Świąt Bożego Narodzenia!
Niech się dzieje ! …szczęśliwych dni!
Wspaniałe dni…sto lat , sto lat dla Jubilatki!
Zdjęcia…nie z tej Ziemi!
Dobrych dni i zdrowych , wesołych Świąt Bożego Narodzenia!
Niech się dzieje ! …szczęśliwych dni!
Dziękujemy bardzo Zula
Czytam i oglądam…a przede wszystkim podziwiam Wasze nowe pasje ! Brawo
Zdjęcia piękne choć krokodyl wzbudził lęk.
Udanej dalszej wyprawy…
Dziękujemy Zula:)
Szczęśliwego Nowego Roku 2026!
Życzę zdrowia , szczęścia i podróży…I wszystkiego co jest w Waszych myślach.
Wszystkiego najlepszego Zula. Happy New 2026 Year 🙂
Widzę,że Salwador jest piękny! Nie dziwię się, że są już plany aby powrócić!
Fantastyczne zdjęcia- podziwiam i to bardzo.
Dziękujemy 🙂
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia 2025!
Miło jest się przenieść w stronę słońca, błękit wody i zieleni…pięknie !
Wesołych Świąt Zula. Super ze jesteś z nami 🙂
Brawo za nowy KRAJ!
Bardzo interesujący co widać na pięknych zdjęciach. Życzę radości z pobytu!
Poprzedni komentarz ,,anonim,, to zula pisała . Coś nie tak zrobiłam :).
Pozdrawiam serdecznie
Hej Zula .Super. Tak sie domyślaliśmy 🙂 Tak Salvador jest mega piękny 🙂 Pozdrawiamy serdecznie
Witajcie w kolejnym Kraju!
Zobaczyć ,,serce,, wulkanu to trzeba mieć szczęście!
Dobrze, że to są wspaniałe dni! Wszystkiego najlepszego w wędrówce…
Zdjęcie wulkanu fantastyczne!
Widać ,że to miejscowość z wyjątkowym klimatem- podoba mi się a…KOT …gdzieś na końcu świata to widok co wywołuje uśmiech o poranku . Dziękuję za radość… 🙂
Zula Pozdrawiamy 🙂
Fantastyczny finał wyjazdu ! Piękne miasto . Zdjęcia oddają atmosferę miasta…
Dziękuję za wspaniałą wędrówkę…
Życzę kolejnych wyjazdów. Zapewniam ,że pozostanę i będę czytać i oglądać zdjęcia.
Wszystkiego najlepszego!
Super Zula. Cieszymy się ze jesteś i że zostaniesz z nami 🙂 pozdrawiamy serdecznie