Ruszamy do Warszawy, i dwie nocki na Powiślu.
W poniedziałek 15.12.25 dzień motoryzacyjny. Najpierw na stadionie narodowym Ikony Motoryzacji a wieczorem w Witkacu pokaz Mercedesa PureSpeed




















































































Urodziny Luli zaczynają sie w Polsce . O 4.30 pobudka i o 5.30 ruszamy uberem na lotnisko. 7:40 odlot lotem do Amsterdamu. Lądujemy 9:40 odbieramy bagaże i idziemy na chcek-in do Tui.nl na lot Cancun przez Jamajke. Jeszcze sto lat, sto lat w Amsterdamie i lecimy 10h10minut na Jamajkę. Po wylądowaniu czekamy jeszcze godzinę w samolocie bo wysiadł prąd na całym lotnisku na Jamajce. W końcu nas wypuszczają, sto lat sto lat na Jamajce i ruszamy 1h30 minut do Cancun. Dosyć gładka granica, żadnych karteczek i dodatkowych opłat i przed północą czasu lokalnego logujemy sie na hotelu w Playa del Carmen, Kolejne sto lat sto lat, i po 25 godzinach od wyjścia z domu kończymy ten dzien….






Budzimy się około ósmej, całkiem wypoczęci.
Lubimy latać na zachód — dzień zaczyna się wtedy szybko i od razu mamy go całego dla siebie. Jest czas, żeby przeżywać i oswajać nowe miejsce. Dziś ogarniamy Playa del Carmen. Hotel mamy w samym centrum — jedną przecznicę od głównej ulicy i jedną od plaży. A mimo to cisza, zieleń i bardzo klimatyczna okolica, trochę jakby w środku dżungli. Mały, fajny basen i bardzo przyjemna atmosfera. Dobre miejsce na start. W ciągu dnia spacerujemy po Playa del Carmen na spokojnie. Jemy dobre jedzenie, pijemy kawkę, bez pośpiechu. Po raz pierwszy kąpiemy się w Morzu Karaibskim. Pogoda jest piękna, świeci słońce. Wieczorem jeszcze kolacja urodzinowa Luli. Dziś grill i dobre mięso. Około 22:30 jesteśmy już w łóżkach i po prostu padamy.






















































Dzień 1: Pierwsze nurkowanie w Cenocie, niesamowite doświadczenie. Cenote Jardín Del Eden – Garden of Eden Cenote. Naturalny cenote wypełniony krystalicznie czystą wodą, otwarty „na świeżym powietrzu”, otoczony tropikalną dżunglą i skałami. To jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania i snorkelowania w okolicy Playa del Carmen / Riviera Maya. Woda krystaliczna, turkusowa — świetna widoczność pod wodą.
Głębia od ok. 5 m do ~15 m w najgłębszych partiach – robi robotę pod nurkowanie. Liczne formacje skalne pod wodą i system małych jaskiń/cavern, co czyni to miejsce ciekawym.
To był naprawdę wyjątkowy dzień nurkowy.
Zanurzamy się w krystalicznie czystej, słodkiej wodzie. Na górze temperatura wody około 25 stopni, bardzo rześko jak na nurkowanie . Już od pierwszych minut wiadomo, że to będzie zupełnie inne nurkowanie niż w oceanie.
Na głębokości mniej więcej 12 metrów zaczyna się dziać coś niesamowitego. W kilku miejscach pojawia się haloklina: słodka woda miesza się tam ze słoną. Wpływając w tę warstwę ciepłej, słonej wody, człowiek ma wrażenie jakby wchodził do jacuzzi. Ciało momentalnie się rozluźnia.
A kiedy z tej warstwy wypływasz z powrotem do chłodniejszej wody, uczucie jest jak wskoczenie do lodowatego strumienia po saunie. Mega kontrast, ale bardzo przyjemny i pobudzający.
Efekt wizualny też robi ogromne wrażenie. W miejscu, gdzie wody się mieszają, obraz robi się rozmyty, jakby nagle zniknęła ostrość. Wystarczy jednak zanurzyć się trochę głębiej i wszystko znowu staje się idealnie wyraźne. Bardzo ciekawe doświadczenie.
Nurkowaliśmy tam dwa razy, na dwóch różnych trasach. Było to nasze pierwsze nurkowanie w cenotach i od razu wiedzieliśmy, że to coś zupełnie innego niż nurkowanie oceaniczne. Bardziej spokojne, bardziej „do środka”.
Piękne przeżycie – zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie. Ciepło i chłód na zmianę mocno działały na ciało i dawały sporo energii. Zdecydowanie jeden z tych dni, które zostają z nami na długo.






























Dzien 2: Cenote Nohoch Nah Chich to zupełnie inny świat niż otwarte cenoty. Zejście jest spokojne,. Woda krystalicznie czysta, cisza absolutna. Po zanurzeniu od razu wpływamy w system jaskiń, gdzie światło dzienne szybko znika i zostaje tylko to, co oświetlają nasze latarki. To nurkowanie jest płytkie, maksymalnie do około 7 metrów, ale absolutnie nie o głębokość tu chodzi. Przestrzenie są ogromne. Korytarze ciągną się daleko, momentami mamy wrażenie, że sufit znika gdzieś wysoko nad głową. Skały, formacje, stalaktyty i stalagmity wyglądają jak coś z innej planety. Wszystko bardzo surowe, naturalne, nietknięte, piękne. Tu nie ma miejsca na pośpiech. Płyniemy wolno, kontrolujemy każdy ruch, oddychanie samo się uspokaja. Każdy metr robi wrażenie. To nurkowanie bardziej skupione, bardziej wymagające, ale jednocześnie bardzo czyste w odbiorze. Nohoch Nah Chich robi wrażenie właśnie tym, że jest prosta i cicha. Nie ma tu efektów specjalnych, kolorów ani słońca przebijającego się przez wodę. Jest za to przestrzeń, cisza i poczucie, że jesteś w miejscu naprawdę wyjątkowym. Robimy 3 nurkowania, rożnymi trasami…



































Dzień 3: Cenote Angelita – dzień nurkowy
Dzisiaj pełna ekscytacja i naprawdę niesamowite nurkowanie.
Angelita to bardzo głęboka cenota i od samego początku czuć, że to nie jest zwykłe nurkowanie. Wskakujemy do wody i praktycznie od razu szybko spływamy w dół, aż do około 30 metrów. Pion, cisza, koncentracja.
Chwilę później wpływamy w coś absolutnie wyjątkowego — unoszącą się chmurę siarkowodoru. Przepływamy przez nią schodząc do około 32 metrów. Uczucie jest nie do opisania. Jakby pływać we mgle w kosmosie. Widoczność zmienia się momentalnie, wszystko dookoła robi się mleczne, nierealne. Pod chmurą znowu łapiemy ostrość.
Widać drzewa wystające z dna, jak martwy las zawieszony pod wodą. Robi to ogromne wrażenie i wygląda kompletnie surrealistycznie. Sama cenota jest głęboka i idealnie okrągła, co potęguje całe doświadczenie. Masz wrażenie, jakbyś był w ogromnej, naturalnej studni bez końca. Wszystko jest bardzo intensywne — i wizualnie, i emocjonalnie. To nurkowanie było dynamiczne, mocne i bardzo euforyczne. Jedno z tych, po których długo jeszcze czujesz adrenalinę i masz w głowie tylko jedno: wow. Zdecydowanie jedno z najbardziej wyjątkowych nurkowań, jakie można tu zrobic.
Cenote Taak Bi Ha (Tek Bihay) – drugie nurkowanie dnia
Cenote Taak Bi Ha to zamknięta, jaskiniowa cenota, ukryta w dżungli. Już samo wejście robi wrażenie — schodzimy w dół i od razu czujemy, że to będzie coś wyjątkowego. Cisza, chłód, surowa skała. Samo nurkowanie jest bardzo spokojne i surrealistyczne. Płyniemy między stalaktytami i stalagmitami, między skałami, momentami dosłownie przeciskając się w wąskich przejściach. Skały mamy nad głową, pod sobą i po bokach. Czujesz przestrzeń bardzo blisko, wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Nurkowanie jest płytkie, maksymalnie do około 7 metrów, a miejscami płyniemy praktycznie na 0 metrów, tuż pod sklepieniem. Technicznie proste, ale mentalnie bardzo intensywne — pełne skupienie, wolne tempo, pełna kontrola ruchów. Woda jest czysta, widoczność dobra. Światło z latarek pięknie wydobywa kolory skał i formacji. Każdy metr wygląda inaczej, cały czas coś przykuwa uwagę. Nie ma pośpiechu, jest czyste cieszenie się samym płynięciem i tym miejscem. Taak Bi Ha robi ogromne wrażenie tym, że jest kameralna i bardzo naturalna. Nie ma tu rozmachu jak w Angelicie, nie ma głębokości ani adrenaliny. Jest za to bliskość skały, cisza i poczucie, że naprawdę jesteś w środku ziemi. To jedno z tych nurkowań, które nie krzyczy.








































Dziś spełniamy jedno z naszych większych nurkowych marzeń.
Nurkowanie z rekinami Bull Shark. I nie będę ściemniał — do samego końca mieliśmy w głowie mnóstwo wątpliwości. Zastanawialiśmy się, czy to na pewno dobry pomysł. Czy to jest bezpieczne. Czy wszystko będzie okej.
Im było bliżej nurkowania tym bardziej to wszystko wydaje się nierealne.
W końcu decydujemy się. Wsiadamy na łódź i wypływamy kawałek od plaży w Playa del Carmen. Po chwili wskakujemy do wody i schodzimy na około 25 metrów. Przez mniej więcej 30 minut nurkujemy razem z grupą rekinów Bull Shark. To, co dzieje się pod wodą, jest trudne do opisania. One są ogromne, masywne, bardzo spokojne w ruchach, ale jednocześnie czuć ich siłę. Wiemy, że to jedne z najbardziej niebezpiecznych rekinów na świecie. Adrenalina jest non stop, ale jednocześnie jesteśmy maksymalnie skupieni . Każdy ruch robimy świadomie, kontrolujemy każdy oddech. Strach puszcza w momencie kiedy opadamy w dół i widzimy pierwsze sztuki.
Zostaje ogromny respekt i coś, co trudno nazwać — takie czyste „wow”. Pływamy obok nich i cały czas nie możemy uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. To było totalnie surrealistyczne doświadczenie.
Zdecydowanie jedno z najmocniejszych nurkowań, jakie mamy za sobą.
Kilka słów o Bull Shark
Rekin Bull Shark, czyli Carcharhinus leucas, to jeden z najbardziej charakterystycznych i jednocześnie najbardziej niebezpiecznych rekinów. Spotyka się go często blisko wybrzeży, bo lubi płytkie, ciepłe wody. Dorasta nawet do 3 metrów, jest bardzo masywny i ma potężne szczęki. To właśnie dlatego wzbudza taki respekt.
To nie było nurkowanie dla każdego. Ale dla nas — spełnienie marzenia i doświadczenie, którego nie zapomnimy przez bardzo długi czas.




























Rano szybkie śniadanie, tylko we dwójkę. Dzieci zostają jeszcze w łóżkach.
O 11:30 podjeżdża po nas transport i ruszamy w stronę wyspy Holbox. Jedziemy do miejscowości Chiquilá, skąd odpływają promy na wyspę. Sama podróż autem zajmuje około dwóch godzin, to trochę ponad 130 kilometrów.
Podjeżdżamy praktycznie pod sam terminal promowy i akurat stoi prom, który zaraz wypływa. Promy kursują co pół godziny, więc tym razem nie czekamy nawet pięciu minut. Wsiadamy i płyniemy. Po okolo 30 minutach jesteśmy już na wyspie. Spokojnie, bez nerwów, wszystko idzie bardzo płynnie.
Bilety na prom bierzemy od razu w dwie strony. W jedną stronę kosztuje 330 peso, w dwie 600 peso, więc nie ma się nad czym zastanawiać. Po dopłynięciu jedziemy prosto do hotelu. Około 14:30 jesteśmy już przy naszym hotelu. Nowe miejsce, nowy klimat i zupełnie inne tempo. Holbox od pierwszych minut daje poczucie, że tu nigdzie nie trzeba się spieszyć. Hotel mamy praktycznie w samym centrum wyspy Holbox, ale bez miejskiego zgiełku. Hotel jest mega klimatyczny, w stylu boho, dopieszczony w każdym detalu. Czuć, że ktoś naprawdę miał na to pomysł. Mamy do dyspozycji dwa piętra. Na dole zostają dzieci, na górze my. Każdy ma swoją przestrzeń, a całość jest bardzo przytulna i spokojna. Od pierwszej chwili czujemy się tu po prostu dobrze.
Robimy sobie rundkę po wyspie. Nie ma tu asfaltowych dróg — są tylko piaskowe uliczki. Wygląda to świetnie. Zero pośpiechu, totalny slow vibe. Ludzie jeżdżą melexami, rowerami, wszędzie luz i uśmiech. Klimat robi robotę.
Wieczorem kolacja nad brzegiem morza. Dobre jedzenie, ciepłe powietrze, spokojny wieczór. Bez planu, bez presji.
Około północy idziemy spać. Holbox od pierwszego dnia wciąga swoim tempem. Chociaż jutro troche przyspieszymy:)




















