W Polsce od tygodnia panują niemiłosierne upały. Nawet 43°C – cieplej niż w Dubaju czy Egipcie. W takich okolicznościach ruszamy na lotnisko. O 13:00 wyjeżdżamy busem do Wrocławia. Na miejscu jesteśmy około 14:30. Planowany wylot o 17:15, ale pojawia się godzinne opóźnienie. Ostatecznie o 18:15 startujemy liniami Transavia. To nowy przewoźnik na wrocławskim lotnisku – zaledwie od kilku dni obsługuje tę trasę.

Lot mija spokojnie i bez niespodzianek. Chwilę przed 20:00 lądujemy na lotnisku Paris Orly. Tutaj troche chłodniej. Odbieramy bagaże i spacerkiem kierujemy się do pobliskiego Novotelu, gdzie czeka nas nocka przed dalszą drogą.
Kolacja, rozmowy o tym, co przed nami, ostatnie sprawdzenie planu podróży i czas spać.






Budzimy się bez pośpiechu – dopiero około 11:00. Po krótkich przygotowaniach jedziemy troche bardziej do centrum Paryża na nasz ulubiony koreański grill. Śniadanie, lunch i kolacja w jednym. Ale jak zawsze mega pysznie.
Przed 15:00 wracamy po bagaże i kierujemy się na lotnisko. Dziś czeka nas długi lot liniami French Bee na Tahiti z międzylądowaniem w San Francisco. Przy odprawie dokładnie sprawdzają amerykańskie wizy oraz zezwolenia ESTA. Bardzo skrupulatnie ważą też bagaże, więc musimy na chwilę otworzyć walizki i lekko je przepakować.
Samolot startuje punktualnie. Przed nami niemal jedenaście godzin lotu do San Francisco. W międzyczasie lecimy nad Grenlandia, widoki z samolotu sa mega. W San Francisco czas minus 9 godzin. Czyli jest ledowo co 20. 🙂 Kontrola paszportowa, tym razem nawet nie otworzył dokumentów, tylko szybkie fotki i witamy kolejny raz w USA. Nie na długo po dosłownie po 15 minutach wyszliśmy z USA. Kolejne skanowanie bagażu podręcznego, szybkie burgery, chwila odpoczynku i ruszamy w kolejny etap podróży – prosto na Tahiti.












Z San Francisco odlatujemy około 23:30. Lot trwa osiem godzin. Spokojny, nocny i około 4:30 lądujemy na Tahiti.
Kolejne minus 3 godziny do Polski. Razem różnica w czasie: minus 12h. Szybka kontrola. W zasadzie żadnych pytań, mimo że wcześniej trzeba było wypełnić dwie bardzo ważne karteczki. I jesteśmy na Tahiti.
Zjadamy szybkie śniadanie, czekamy około czterech godzin na lotnisku i o 9:30 odlatujemy liniami Air Tahiti w stronę Bora Bora. Lot trwa 50 minut. Lądujemy na jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Widoki już z samolotu robią ogromne wrażenie. Jesteśmy tutaj drugi raz.
Odbieramy bagaże i promem płyniemy na główną wyspę Bora Bora. Tam czeka już kobieta, od której wynajęliśmy samochód. Tym razem koszt to 240 euro za trzy doby.
Jedziemy do naszego domku z Airbnb, położonego przy plaży, w cichym i spokojnym miejscu, otoczonym Pacyfikiem. Po 32 godzinach od wyjścia z hotelu w Paryżu jesteśmy u celu. Chwila na ochłonięcie, ogarnięcie się i ruszamy na pierwszą rundkę dookoła wyspy. Napawamy się widokami i cieszymy się, jak tutaj jest pięknie.
Około 16:00 jemy późny obiad połączony z kolacją, a około 20:00 padamy. Długi i intensywny dzień, ale jak tutaj jest pięknie.































Pobudka o 7:00 rano. Piejące koguty, kury, szczekające psy, miauczące koty, jaszczurki i wszystko naraz – jeden wielki harmider. Ale jest to mega przyjemna pobudka po prawie dziesięciu czy jedenastu godzinach snu po wymagającej podróży.
Witamy na Polinezji Francuskiej. Witamy na Bora Bora.
Piękny, słoneczny poranek z widokiem na ocean. Spokój, cisza, śniadanie i ruszamy autem dookoła wyspy, jadąc na zachód. Podziwiamy piękne krajobrazy, bujną przyrodę i niesamowicie kolorowy ocean. Co chwilę zatrzymujemy się, żeby nagrać filmik albo zrobić zdjęcie. Pogoda jest idealna. Cudowny poranek.
Około 12:00 jemy lokalne fish and chips na lunch. Wracamy na chwilę do naszego domku po sprzęt nurkowy i na 13:30 jedziemy do bazy nurkowej.
Mamy świetnego guide’a z Bora Bora Ocean Adventures. Po około trzydziestu minutach rejsu łodzią zanurzamy się w spokojnym oceanie. Już po około dziesięciu minutach trafiamy na grupę ponad dwudziestu, może nawet trzydziestu Eagle Rays. Przez kolejne trzydzieści minut obserwujemy je z bliska. To niesamowite przeżycie. Jeszcze nigdy nie spotkaliśmy tak dużej grupy Eagle Rays w jednym miejscu. Po około pięćdziesięciu minutach kończymy nasze pierwsze nurkowanie na Polinezji Francuskiej. Bora Bora Ocean Adventures to centrum nurkowe, które śmiało możemy polecić. Świetna organizacja, profesjonalna obsługa i fantastyczna atmosfera.
Po nurkowaniu, pełni ekscytacji, jedziemy jeszcze na słynna plażę Matria Beach, która często pojawia sie w rankingach najpiękniejszych plaż świata. Chwila relaksu, a potem wracamy do domku, przebieramy się i ruszamy do centrum wioski na kolację do lokalnych food trucków.
Około 21:00 jesteśmy z powrotem. To koniec kolejnego ale dopiero drugiego pięknego dnia na Bora Bora. Padamy i idziemy spać.









































Dzisiaj mamy wynajętą łódkę i zaplanowany tour dookoła wyspy Bora Bora, laguną pomiędzy motu a główną wyspą.
Zaczynamy o 9:00 z biura Romantic Tours. Dostajemy super, świeżą łódkę i fajnego kierowcę. Ruszamy w trasę. Najpierw przepływamy wzdłuż hotelu Conrad Bora Bora Nui, w którym byliśmy osiem lat temu. Cały czas jest jeszcze rozbudowywany i powiększany.
Następnie dopływamy na płytką lagunę, gdzie snorkujemy z rekinami i płaszczkami. Woda jest krystalicznie czysta. Rekinów, płaszczek i kolorowych ryb jest naprawdę dużo. Świetne doświadczenie i pełna ekscytacja.
Kolejny przystanek to snorkeling z Manta Ray – jednymi z najpiękniejszych stworzeń morskich na świecie. Kochamy z nimi snorkować i nurkować.
Płyniemy dalej wzdłuż wyspy. Dzisiejsze kolory są po prostu obłędne. Lazur wody wygląda nierealnie. Mijamy jeden z najdroższych hoteli na świecie – Four Seasons Bora Bora – oraz pozostałe luksusowe resorty położone na motu.
Na koniec zatrzymujemy się jeszcze na jedno snorkowanie. Tym razem z Eagle Ray. Krystalicznie czysta woda i idealne zakończenie tego tripu.
Wskakujemy z powrotem na łódkę i po około dwudziestu minutach dopływamy do przystani. Równo po trzech godzinach wracamy do miejsca, z którego wypłynęliśmy. Bardzo kolorowy, bardzo udany i mega euforyczny poranek.
Później jedziemy na lunch do Bora Bora Beach Club. Fajne miejsce przy plaży, świeże lokalne jedzenie, grillowane ryby i lokalne specjały.
Po około dwóch godzinach ruszamy w stronę naszego domu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w jednym resorcie na kawę. Chwila relaksu i około 16:00 wracamy do naszego domku.
Wskakujemy do oceanu i bawimy się w wodzie do wieczora. Mamy też swój kajak, więc trochę pływamy po lagunie. Na koniec piękny zachód słońca.
Mega euforyczny i mega udany dzień na środku Oceanu Spokojnego. Ale tutaj jest pięknie.



























































Dzisiaj pobudka tradycyjnie wcześnie, o 7:00. Robimy check-out z naszego domku na Bora Bora i jedziemy do portu, oddajemy auto, przejechaliśmy 211 km i o 9:50 płyniemy promem na lotnisko. Około 11:30 odlatujemy na wyspę Rangiroa.
Lot mija spokojnie. Po około godzinie lądujemy na małej, bardzo klimatycznej i dosyć dzikiej wyspie.
Na lotnisku czeka już na nas samochód. Tym razem dostajemy małe Suzuki 430Euro za 7 dni i jedziemy do naszego domku Blue Lagoon Rangiroa. To całkiem nowy, luksusowy domek z prywatnym basenem i własnym dostępem do plaży. Jak na tak odległe i dzikie miejsce, warunki są naprawdę wyjątkowo dobre.
Robimy check-in i ruszamy na pierwszą przejażdżkę po wyspie. Jedziemy w lewo od naszego domu do sklepu. Zaopatrzenie jest bardzo skromne, ale znajdujemy wszystko, czego potrzebujemy – przede wszystkim wodę i bagietki.
Po drodze jemy szybki lunch w bardzo lokalnej restauracji. Później robimy rundkę po wyspie i jedziemy na Dolphin Point, gdzie czasami można zobaczyć delfiny na otwartym oceanie. Ocean jest dzisiaj mocno wzburzony, ale delfinów niestety nie udaje się wypatrzyć.
Na koniec dojeżdżamy na drugi koniec wyspy na kolację. Około 21:00 wracamy do naszego domku. Chwilę chillujemy na tarasie, pluskamy się w basenie i tak kończy się nasz kolejny dzień na Polinezji Francuskiej.






































Pobudka jak zwykle o 7:00. W tej strefie czasowej wstaje się naprawdę bardzo fajnie. Od rana trochę pracy, a później cieszymy się kolorami i widokiem przed naszym domkiem. To miejsce jest po prostu totalnie piękne, więc ciszymy sie każdą chwilą.
Około 11:00 ruszamy na rundkę po wyspie. Najpierw jedziemy w lewo od naszego domu czyli na zachód, oglądając kolejne zakątki Rangiroa. Dojeżdżamy do końca wyspy, wjeżdżamy na plażę od strony oceanu.
Po drodze zatrzymujemy się na lokalny lunch. Dzisiaj ryby są naprawdę mega wypasione. Widać też, że na wyspę przypłynął statek z dostawą. To duże wydarzenie, bo właśnie wtedy do sklepów i restauracji trafiają świeże produkty.
Po obiedzie wracamy do domu. Całość dzisiejszej przejażdżki to zaledwie 22 kilometry, więc bez pośpiechu zatrzymujemy się tam, gdzie mamy ochotę i to jest cała wyspa w jedna i druga stronę.
Około 16:00 wracamy do naszego domku. Resztę dnia spędzamy, chillując przy lagunie, basenie i ciesząc się spokojem tego miejsca.
I tak mija nasz pierwszy pełny dzień na Rangiroa. Prawie around Island ale jest tylko jedna droga 🙂
Ciekawostki o Rangiroa
Rangiroa to największy atol Polinezji Francuskiej i jeden z największych atoli na świecie. Ma około 80 km długości i 32 km szerokości, a jego laguna jest tak ogromna, że podczas rejsu często nie widać jej drugiego brzegu.
Nazwa Rangiroa w języku tuamotu oznacza „ogromne niebo”.
Atol składa się z około 415 małych wysepek (motu) otaczających jedną wielką lagunę.
Większość mieszkańców żyje tylko w dwóch wioskach – Avatoru i Tiputa.
Rangiroa nie jest klasyczną wyspą wulkaniczną jak Bora Bora. To atol koralowy, który powstał wokół zapadniętego wulkanu. Z dawnej wyspy został jedynie pierścień koralowy otaczający ogromną lagunę.
Laguna Rangiroa ma powierzchnię około 1 450 km². Jest tak duża, że całą wyspę Bora Bora można by w niej zmieścić wielokrotnie.
Wymiana wody między laguną a oceanem odbywa się głównie przez dwa przesmyki – Tiputa Pass i Avatoru Pass. Podczas zmiany pływów powstają tam bardzo silne prądy, które przyciągają duże zwierzęta morskie.
Tiputa Pass słynie z dzikich delfinów butlonosych, które często podpływają do nurków i zdarza się, że same inicjują kontakt. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie takie spotkania są stosunkowo częste.
W wodach Rangiroa można spotkać rekiny szare rafowe, rekiny czarnopłetwe, rekiny białopłetwe, manty, orlenie (eagle rays), delfiny, żółwie morskie, napoleon fish oraz ogromne ławice barakud i tuńczyków.
Rangiroa jest również znana z farm czarnych pereł oraz niewielkiej winnicy. To jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie produkuje się wino na atolu koralowym, praktycznie na poziomie oceanu.
Życie na wyspie płynie bardzo spokojnie. Nie ma tu dużych kurortów ani tłumów turystów. To miejsce wybierają przede wszystkim nurkowie, miłośnicy oceanu i osoby szukające ciszy oraz kontaktu z naturą.






























Dzisiaj nurkujemy w najsłynniejszym miejscu na Rangiroa, czyli Tiputa Pass. W planie mamy dwa nurkowania, więc już o 8:30 jedziemy do centrum nurkowego. Przygotowujemy sprzęt i ruszamy łodzią.
Po wejściu do wody zaczynamy pierwsze nurkowanie. Spędzamy pod wodą ponad godzinę, schodząc na około 20 metrów. Spotykamy ogromne ławice różnych gatunków ryb, mnóstwo barrakud i kolorowych rybek. Momentami czujemy się jak w ogromnym akwarium. Na zakończenie nurkowania spotykamy jeszcze pięknego, dużego delfina.
Większość nurkowania odbywa się jako drift dive, czyli pozwalamy, aby prąd niósł nas przez przesmyk między laguną a otwartym oceanem.
Po pierwszym nurkowaniu mamy około dwóch godzin przerwy. Wracamy na drugie nurkowanie. Tym razem głównymi bohaterami są barrakudy. Delfinów już nie spotykamy, ale samo nurkowanie jest równie piękne.
Dzień nurkowy kończymy około 16:00. Wracamy do naszego domku, gdzie na 18:00 mamy zamówioną pyszną, lokalną kolację.
Rangiroa jest uznawana za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie. Najsłynniejszym miejscem jest właśnie Tiputa Pass – przesmyk łączący lagunę z otwartym oceanem, gdzie odbywają się spektakularne nurkowania z prądem. Regularnie można tu spotkać delfiny, rekiny rafowe, manty, żółwie morskie, barrakudy i ogromne ławice ryb. Drugim znanym miejscem nurkowym jest Avatoru Pass, również słynący z mant i dużych drapieżników.
To jedno z tych miejsc, które większość nurków ma na swojej liście marzeń. My właśnie to marzenie spełniliśmy 🙂

































Kolejny dzień nurkowania w Tiputa Pass na Rangiroa. To, co wydarzyło się dzisiaj, było totalnym odlotem.
O 8:30 jedziemy do diving center i zaczynamy pierwsze nurkowanie. Spotykamy rekiny, dwa delfiny i mnóstwo innych ryb. Jak zwykle jest też bardzo dużo barrakud. Później przepływamy przez cały Tiputa Pass, niesieni przez silny prąd. To właśnie za takie drift dive kocha się Rangiroa.
Po przerwie na lunch wracamy na drugie nurkowanie. I to jest już całkowity odlot.
Po zaledwie pięciu minutach spotykamy grupę ponad dwunastu delfinów. Płyną razem, spokojnie, mijając nas jak gdyby nigdy nic. Dosłownie chwilę później pojawiają się kolejne dwa, a zaraz po nich następne dwa.
Kiedy spokojnie oglądamy rafę i małe rybki, nagle przypływają trzy delfiny. Zaczynają się z nami bawić, podpływają bardzo blisko, przyglądają się nam, patrzą prosto w oczy i pływają razem z nami. Trwa to około 10–15 minut.
Później jeszcze kilka razy spotykamy po dwa lub trzy delfiny, ale już nie podpływają tak blisko. Na sam koniec, dosłownie pięć minut przed wynurzeniem, jeszcze dwa razy mijają nas po dwie sztuki, spokojnie płynąc i zerkając w naszą stronę.
To była nurkowa przygoda życia, której nigdy nie zapomnimy. Widzieliśmy w oceanach naprawdę wiele, ale to, co spotkało nas dzisiaj na Rangiroa, było czymś absolutnie wyjątkowym. Takich chwil nie da się opowiedzieć – trzeba je po prostu przeżyć.
To właśnie jest fenomen Tiputa Pass. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie dzikie delfiny regularnie same szukają kontaktu z nurkami. Powodów jest kilka. Tiputa Pass to prawdziwa autostrada życia. Każdego dnia podczas przypływu i odpływu przez przesmyk przepływają ogromne ilości ryb. Za nimi podążają rekiny, tuńczyki, barrakudy i właśnie delfiny, które mają tutaj stały dostęp do pożywienia. W Tiputa Pass od wielu pokoleń żyje stałe stado delfinów butlonosych. Są przyzwyczajone do obecności ludzi i od kilkudziesięciu lat niemal codziennie spotykają nurków. Delfiny to niezwykle inteligentne i ciekawskie zwierzęta. Często podpływają bardzo blisko, patrzą nurkom prosto w oczy, okrążają grupę albo wykorzystują prąd, żeby wspólnie z nimi „surfować”. Wygląda to jak zabawa, choć naukowcy określają takie zachowanie jako naturalną ciekawość i zachowanie społeczne.
Na Rangiroa obowiązuje też jedna bardzo ważna zasada – to delfiny decydują o kontakcie. Dzięki temu zwierzęta nie traktują ludzi jako zagrożenia i same wybierają, czy chcą podpłynąć.
To właśnie dlatego Tiputa Pass jest uznawana za jedno z najlepszych miejsc na świecie do obserwacji dzikich delfinów. Nie ma jednak żadnej gwarancji spotkania. Każdego dnia to one decydują, czy poświęcą chwilę nurkom, czy zajmą się polowaniem.
Patrząc na to, co przeżyliśmy dzisiaj, mieliśmy naprawdę ogromne szczęście. Tak bliskie i długie spotkanie z delfinami nie zdarza się każdemu, nawet po wielu nurkowaniach na Rangiroa. To bez wątpienia jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie przeżyliśmy pod wodą.



























































Kolejny dzień wyprawy. Kolejny dzień na Rangiroa i kolejne dwa nurkowania.
Dzisiaj delfinów było troszkę mniej niż wczoraj, ale i tak było super. Mnóstwo ryb, mnóstwo barrakud, jeszcze więcej rekinów, kilka delfinów i sporo żółwi. Naprawdę bardzo przyjemne, spokojne nurkowania dla całej naszej czwórki.
Między nurkowaniami i po nurkowaniach chillujemy u siebie w domu. Jedziemy też na plażę, odpoczywamy i po prostu cieszymy się tym miejscem. Na koniec dnia zamawiamy lokalną kolację z dostawą do domu.
Pogoda zrobiła się dosyć wietrzna. Co chwilę mocniej pada, mocniej wieje, za chwilę znowu świeci słońce. Taki typowy tropikalny klimat. Cały dzień bardzo fajny, bardzo przyjemny i kolejny świetny dzień na Rangiroa.
Kolejne dwa dni również nurkujemy. Cały czas spotykamy delfiny, grupy rekinów, barrakudy i mnóstwo kolorowych ryb. Pod wodą jest tutaj naprawdę pod dostatkiem wszystkiego. Jest wyjątkowo kolorowo i cudownie.
Przez cały pobyt nurkujemy z centrum Raie Manta Club Rangiroa. Wszystko działa bardzo sprawnie, czujemy się świetnie zaopiekowani, a spoty nurkowe są dobierane naprawdę bardzo dobrze. To najstarsze centrum nurkowe na Rangiroa, działające od 1985 roku i mające ogromne doświadczenie w nurkowaniu w Tiputa Pass. Wszyscy jesteśmy mega zadowoleni i szczęśliwi.
Na ostatnie dwie noce zmieniamy również domek. Przenosimy się do Vahaui Paradis. Tym razem śpimy dosłownie przy samym oceanie. Nie ma tutaj nawet klasycznej podłogi – zamiast niej są muszle i pokruszony koral, dokładnie jak na plaży. Po prostu wchodzi się z plaży do domu. Klimat jest naprawdę wyjątkowy i bardzo polinezyjski.
Jesteśmy tutaj sami. Dookoła spokój i cisza. Śpi się rewelacyjnie przy huku oceanu i rozbijających się falach. Jeśli ktoś szuka miejsca, żeby naprawdę się wyciszyć, odciąć od świata i poczuć odrobinę dzikości, to zdecydowanie możemy polecić właśnie to miejsce.
I tak powoli dobiega końca nasz pobyt na Rangiroa. Jutro lecimy dalej.
Łącznie zrobiliśmy tutaj 9 nurkowań, a wcześniej 1 nurkowanie na Bora Bora. Statystycznie wyszedł naprawdę świetny wyjazd nurkowy, a Rangiroa na długo zostanie w naszej pamięci jako jedno z najlepszych miejsc do nurkowania, w jakich kiedykolwiek byliśmy.



























































































Ostatni poranek na Rangiroa. Zbieramy się, pogoda jest piękna, a kolory oceanu jak zawsze robią niesamowite wrażenie. Czujemy już lekki smutek, że to koniec naszego pobytu na tej wyjątkowej wyspie.
Jemy ostatni lunch i próbujemy zatankować samochód. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Na wyspie jest tylko jedna stacja benzynowa, czynna od 9:00 do 11:00 oraz od 14:00 do 16:00. Rano nie zdążyliśmy, więc wracamy o 14:00. Na miejscu czeka już spora kolejka i wszystko odbywa się bardzo spokojnie. Nikomu nigdzie się nie spieszy. Ostatecznie udaje nam się zatankować. Przez cały pobyt przejechaliśmy naszym małym Suzuki 325 kilometrów.
Jedziemy na lotnisko, oddajemy samochód i czekamy na lot. Planowo mieliśmy odlecieć o 15:00, później lot przesunięto na 16:20, a ostatecznie startujemy dopiero o 17:20 liniami Air Tahiti.
Po około poł godzinie lotu, już po zmroku, lądujemy na Fakarava.
Na wyspie praktycznie nie ma wypożyczalni samochodów, więc z lotniska do naszego lodge jedziemy busem. Być może uda nam się zdobyć auto dopiero jutro.
Docieramy do naszego lodge i robimy check-in. Domek jest bardzo prosty, ale taki jest klimat Fakaravy. Dużej infrastruktury tutaj nie ma, a większość noclegów to niewielkie, kameralne pensjonaty.
Ruszamy na kolację. Nasza gospodarz podwozi nas swoim pick-upem do restauracji. Około 21:30 wracamy i kończymy kolejny dzień naszej wyprawy.
Rangiroa i Fakarava to dwa największe i najbardziej znane atole archipelagu Tuamotu, ale bardzo się od siebie różnią. Na Rangiroa mieszka około 2 800 osób, dzięki czemu jest tam więcej restauracji, sklepów, pensjonatów i centrów nurkowych. Fakarava jest znacznie spokojniejsza – mieszka tu niespełna 1 000 osób. To miejsce zachowało bardziej dziki i autentyczny charakter, a cały atol jest częścią Rezerwatu Biosfery UNESCO. Dzięki temu tutejsza przyroda i rafy koralowe należą do najlepiej zachowanych w całej Polinezji Francuskiej.





















Pierwszy pełny dzień na Fakarava i szalony drift dive na północnej przełęczy. Już o 9:30 meldujemy się w centrum nurkowym i zaczynamy nasze pierwsze nurkowanie na Fakarava. Dla nas to kolejna niesamowita przygoda i coś zupełnie innego niż do tej pory. Nurkujemy w północnej przełęczy. Prąd jest naprawdę bardzo silny i praktycznie przez całe nurkowanie driftujemy, niesieni przez wodę. Po drodze oglądamy mnóstwo rekinów, ogromne ławice ryb i przepiękny podwodny świat. Ale największą atrakcją jest sam drift. Kilka dni temu na Rangiroa przeżyliśmy swój pierwszy naprawdę mocny drift, ale ten na Fakarava jest jeszcze lepszy. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyliśmy. Energia i adrenalina na full.
Po krótkiej przerwie wracamy o 15:30 na drugie nurkowanie. Tym razem płyniemy na rafę. Jest spokojniej, ale nadal pod wodą dzieje się bardzo dużo. Mnóstwo kolorowych ryb, ogromne ławice, rekiny, a na sam koniec spotykamy jeszcze mantę.
To był dzień pełen emocji i adrenaliny. Fakarava naprawdę zasługuje na miano królestwa nurków.
Jeśli chodzi o codzienne życie, nadal nie mamy samochodu i poruszamy się głównie licząc na podwózki. Sklepów jest bardzo mało i są otwarte tylko przez dwie–trzy godziny rano oraz dwie–trzy godziny po południu. Z zaopatrzeniem też bywa ciężko, a wielu podstawowych produktów po prostu nie ma.
Lunch był niestety bardzo słaby, a na kolację w jedynej otwartej restauracji na wyspie czekaliśmy prawie półtorej godziny. Tutaj nigdzie nikomu się nie spieszy i trzeba po prostu przestawić się na lokalne tempo życia.
Nasz domek również jest bardzo prosty. Tak prosty, że nie ma nawet ciepłej wody. Nie jest to jednak nic niezwykłego na Fakavara. Ale jeśli chodzi o sama wodę słodką to zarówno na Rangiroa, jak i na Fakarava słodka woda jest bardzo cennym zasobem. Mieszkańcy korzystają głównie z deszczówki i bardzo ją oszczędzają. Na Rangiroa dodatkowym źródłem są dwie studnie, natomiast na Fakarava podstawą jest właśnie zbieranie wody deszczowej.
Fakarava jest wpisana na listę Rezerwatów Biosfery UNESCO. To jeden z najlepiej chronionych atolów na świecie, dzięki czemu życie pod wodą zachowało się tutaj w niemal nienaruszonym stanie.
Atol ma około 60 kilometrów długości, ale zamieszkuje go niespełna tysiąc osób, dlatego panuje tutaj wyjątkowy spokój i cisza. Najważniejszymi miejscami do nurkowania są dwie przełęcze:
North Pass (Garuae Pass) – największa przełęcz w całej Polinezji Francuskiej i jedna z największych na świecie. Ma około 1,6 kilometra szerokości i kilkadziesiąt metrów głębokości. Podczas przypływu i odpływu przepływają przez nią miliony metrów sześciennych wody. Powstają bardzo silne prądy, które niosą nurków przez przełęcz, tworząc słynne drift dive. To tutaj odbywają się spektakularne drift dive z ogromnymi ławicami ryb, rekinami, mantami i żółwiami.
South Pass (Tumakohua Pass) – jest znacznie węższa, ale dla wielu nurków jeszcze bardziej spektakularna. To właśnie tutaj znajduje się słynna Wall of Sharks – ściana rekinów. W okresie tarła ryb, szczególnie w okolicach czerwca i lipca, w jednym miejscu potrafi zgromadzić się kilkaset, a nawet ponad 700 rekinów szarych rafowych. To jedno z najbardziej niezwykłych zjawisk podwodnych na świecie i marzenie wielu nurków.
Przełęcze działają jak bramy między otwartym oceanem a laguną. W czasie przypływu i odpływu przez wąskie kanały przepływają ogromne masy wody, tworząc bardzo silne prądy. To właśnie one przyciągają ogromne ilości ryb oraz największe drapieżniki oceanu.
Po pierwszym dniu już rozumiemy, dlaczego Fakarava uchodzi za jedno z najlepszych miejsc nurkowych na świecie. Jest bardziej dzika, spokojniejsza i jeszcze mniej turystyczna niż Rangiroa, a pod wodą oferuje naprawdę wyjątkowe przeżycia.









































Kolejny dzień i kolejne dwa świetne nurkowania na Fakaravie, oczywiście w North Pass.
Pierwszy dive to jeszcze bardziej dynamiczny drift niż wczoraj. Tym razem zwierząt jest trochę mniej, ale prędkość, z jaką niesie nas prąd, jest po prostu niesamowita. To właśnie takie nurkowania sprawiają, że Fakarava jest tak wyjątkowa. Po południu wskakujemy na drugi dive. Tym razem jest znacznie spokojniej. Nurkujemy na pięknej rafie pełnej życia. Mnóstwo kolorowych ryb, ogromne ławice, sporo rekinów i przepiękne koralowce. Naprawdę fantastyczne miejsce do nurkowania.
Rano udaje nam się w końcu dostać samochód. To dla nas mega plus, bo odzyskujemy tak zwaną wolność. Na pewno nie oddamy go już do końca pobytu na wyspie. Jeszcze nie wiemy, ile dokładnie zapłacimy, ale wychodzi na to, że będzie to około 90–100 dolarów za dobę, żadnych papierów, kontraktów, kaucji itp.
Bez auta naprawdę ciężko się tutaj poruszać. Trudno dojechać do restauracji, sklepu czy po prostu zobaczyć wyspę. Samochód na Fakaravie to praktycznie konieczność.
Po południu robimy więc pierwszą przejażdżkę po wyspie. W końcu możemy na spokojnie odkrywać Fakaravę we własnym tempie i zatrzymywać się tam, gdzie tylko mamy ochotę. Pogoda dziś lekko pochmurna i deszczowa nie standardowa jak na ta porę roku.
























Dzisiaj spełnienie jednego z naszych największych nurkowych marzeń – South Pass i słynna Wall of Sharks.
Zaczynamy wcześnie. Już o 8:00 wypływamy z naszego diving center i przez około półtorej godziny płyniemy łodzią do południowej przełęczy Fakaravy.
Po dotarciu na miejsce wskakujemy do wody. Przez ponad godzinę nurkujemy na głębokości około 20–25 metrów wśród setek rekinów. Czegoś takiego nie da się opisać ani opowiedzieć. To jest po prostu coś niesamowitego. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiej liczby rekinów w jednym miejscu. Energia, euforia i emocje są nie do opisania.
Po pierwszym nurkowaniu robimy przerwę na malutkim motu Tetamanu, gdzie jemy lunch i spacerujemy po tej dzikiej, maleńkiej wysepce. To jedno z najbardziej odizolowanych miejsc, w jakich kiedykolwiek byliśmy.
Po lunchu wracamy na drugie nurkowanie. Ponownie ponad godzina pod wodą. Znowu setki rekinów, niesamowite rafy i kolejne niezapomniane chwile. Po 62 minutach kończymy nurkowanie i wracamy na łódź.
Po kolejnych około godzinie i 10 minutach rejsu wracamy do naszej bazy nurkowej. Około 15:30 kończy się jeden z najlepszych dni nurkowych w naszym życiu.
Wall of Sharks
South Pass (Tumakohua Pass) to najsłynniejsze miejsce nurkowe Fakaravy i jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na świecie. W ciągu dnia w przełęczy odpoczywają ogromne grupy rekinów szarych rafowych, które ustawiają się w prądzie niemal jeden obok drugiego, tworząc słynną Wall of Sharks – Ścianę Rekinów. W zależności od pory roku można zobaczyć ponad 300, a według szacunków w całym rejonie żyje nawet około 700 rekinów szarych, co jest jedną z największych koncentracji tych zwierząt na świecie.
Wieczorem rekiny opuszczają przełęcz i ruszają na polowanie, natomiast w dzień spokojnie unoszą się w silnym prądzie, oszczędzając energię. To właśnie dlatego nurkowie mogą obserwować je z tak bliskiej odległości.
Dla porównania North Pass (Garuae Pass) to największa przełęcz w całej Polinezji Francuskiej – ma około 1,6 kilometra szerokości. Słynie z potężnych drift dive, ogromnych ławic ryb, delfinów, mant, żółwi i rekinów. Z kolei South Pass jest węższa, ale właśnie dzięki temu prądy są jeszcze bardziej skoncentrowane, a liczba rekinów robi niewiarygodne wrażenie.
Po tylu latach nurkowania na całym świecie możemy śmiało powiedzieć jedno – Wall of Sharks na Fakaravie to jedno z najbardziej spektakularnych miejsc nurkowych, jakie kiedykolwiek widzieliśmy.





















































Po wczorajszych wymagających dive’ach dzisiaj robimy dzień przerwy od nurkowania. I dobrze się składa, bo zmieniamy również miejscówkę.
Opuszczamy nasz Auorotini Beach House, położony praktycznie w centrum wioski, i przenosimy się do Fakarava Pacific Lodge, na sam koniec wyspy, tuż przy wejściu do North Pass. Jest tutaj znacznie bardziej dziko, ciszej i zdecydowanie jeszcze bardziej spokojniej.
Dzień mija bez pośpiechu. Kręcimy się jeszcze po wiosce, jemy lunch, a około 15:00 jedziemy do naszego nowego miejsca.
Tam okazuje się, że jest naprawdę świetnie. Mamy domek tuż nad laguną. Po krótkim odpoczynku robimy spacer brzegiem oceanu do jednej z najbardziej znanych plaż na Fakaravie – PK9.
Od dwóch dni pogoda jest trochę gorsza. Cały czas utrzymuje się lekkie zachmurzenie, nie ma pełnego słońca i dosyć mocno wieje. Nadal jest jednak bardzo ciepło, więc resztę popołudnia spędzamy w oceanie.
Około 19:00 jedziemy do wioski na kolację. Na miejscu okazuje się, że wszystkie restauracje są dzisiaj zamknięte. Sklepy również. Na szczęście znajdujemy food trucki przy boisku piłkarskim. Zamawiamy burgery i lokalną rybę w mleczku kokosowym.
Około 22:00 wracamy do naszego domku. Jeszcze chwila relaksu na tarasie, szum oceanu w tle i kończymy kolejny piękny dzień na Polinezji Francuskiej.






























Dzisiaj robimy dwa szybkie dive’y. Pierwszy zaczynamy już o 7:30. Nurkujemy na rafie. Prąd jest dzisiaj wychodzący, więc nie ma driftu. Oba nurkowania odbywają się właśnie na rafie. Jak zawsze jest mnóstwo kolorowych ryb, rekinów i pięknego podwodnego świata.
Po nurkowaniach chwilę chillujemy na wiosce, a później wracamy do naszego dzikiego miejsca na końcu wyspy.
Tutaj jest naprawdę cudownie. Pogoda niestety dzisiaj nie dopisuje. Jest bardzo pochmurno, deszczowo i co chwilę lekko kropi. Najbardziej brakuje jednak słońca, które pięknie podkreślało kolory laguny.
O 19:00 jedziemy na kolację do Havaiki Lodge.
Przed 22:00 wracamy do naszego domku. Jeszcze chwila relaksu na tarasie przy szumie oceanu i kończymy nasz ostatni dzień nurkowy na Fakaravie.
Łącznie na Fakaravie zrobiliśmy 8 nurkowań, a podczas całego pobytu w Polinezji Francuskiej zalogowaliśmy 18 dive’ów. To był bez wątpienia jeden z naszych najlepszych wyjazdów nurkowych. Rangiroa zachwyciła nas delfinami i Tiputa Pass, a Fakarava potężnymi prądami oraz legendarną Wall of Sharks.
Z pełnym przekonaniem możemy również polecić Kaina Plongée– Dive Center. Przez cały pobyt wszystko było świetnie zorganizowane bardzo profesjonalni instruktorzy, doskonała znajomość pływów i miejsc nurkowych, bardzo dobra organizacja oraz fantastyczna atmosfera. Dzięki temu mogliśmy w pełni skupić się na nurkowaniu i cieszyć się jednymi z najlepszych dive’ów w naszym życiu. Centrum działa na Fakaravie od 2001 roku i specjalizuje się zarówno w nurkowaniach na North Pass, jak i South Pass.



































Ostatnie dwa dni na Fakaravie spędzamy na południu, w naszej dzikiej i spokojnej części wyspy.
Odpoczywamy, planujemy dalszą część wyprawy i po prostu cieszymy się tym miejscem. Co jakiś czas jedziemy też do wioski, spacerujemy, jemy street food. Naszymi stałymi punktami są budki przy boisku, gdzie zajadamy, burgerami i hot dogami znalezlismy tez pizze.
Pogoda pokazuje, że na tropikach niczego nie da się przewidzieć. Pierwszego dnia jest przepięknie słońce, błękitne niebo i spokojny ocean. Drugiego dnia wszystko zmienia się o 180 stopni. Od rana pada deszcz, nad wyspą wiszą ciemne chmury i praktycznie przez cały dzień nie widać słońca.
Kolejny raz przekonujemy się, że podział na porę suchą i deszczową nie zawsze ma tutaj odzwierciedlenie w rzeczywistości. Teoretycznie powinna być pora sucha, a pogoda potrafi zaskoczyć zupełnie inaczej.
Ale to nic. Fakarava pozostaje tak samo piękna. Wokół panują spokój, cisza i ten wyjątkowy, wewnętrzny luz, dla którego tak bardzo lubimy wracać do takich miejsc.
Warto jeszcze dodać, że na Fakaravie są naprawdę duże problemy z dostępnością produktów i jedzenia. W sklepach czasami nie ma nawet podstawowych rzeczy, takich jak jajka czy mąka. W naszym tygodniu od wtorku nie było również bagietek i miały pojawić się dopiero w następnym tygodniu.
Na całej wyspie są tylko trzy sklepy i z zaopatrzeniem jest różnie. Tak samo z godzinami otwarcia. Najczęściej są czynne rano i zamykają się około 18:00. Podobnie wygląda sytuacja ze stacją benzynową, która również jest otwarta tylko w określonych godzinach. Na szczęście wczoraj udało nam się zatankować.
Jeśli chodzi o restauracje, to jest ich chyba cztery plus jedna hotelowa. We wtorek żadna z nich nie była otwarta poza hotelową, ale tam można było zjeść tylko po wcześniejszej rezerwacji.
Jeżeli więc przyjeżdżasz na Fakaravę, warto wcześniej zrobić zakupy i przemyśleć strategię żywieniową. Jeśli się do tego nie przygotujesz, może być po prostu problem z jedzeniem.
Tak właśnie wygląda życie na jednych z najbardziej odległych wysp świata. Nie ma tutaj pełnych półek, sklepów otwartych do późna ani restauracji na każdym rogu. I właśnie to jest częścią uroku takich miejsc – trzeba zwolnić, dostosować się do lokalnego rytmu i zaakceptować, że tutaj wszystko płynie swoim tempem.
































Dzisiaj przemieszczamy się do Papeete na Tahiti.
Poranek mija spokojnie. Jemy śniadanie bez pośpiechu i około 12:00 jedziemy jeszcze do naszej wioski. Na lotnisko ruszamy około 13:00, ale okazuje się, że nasz lot jest opóźniony o ponad dwie godziny. Wracamy więc jeszcze do wioski, kręcimy się po okolicy i jedziemy na lunch.
Finalnie samolot ma aż trzy i pół godziny opóźnienia. Zamiast o 14:00 odlatujemy dopiero o 17:30. Na Tahiti lądujemy przed 19:00, więc jest już ciemno.
Po drodze do naszego lodge’a bierzemy jeszcze jedzenie na wynos, poke bowl, tuna teriyaki i surową rybę. Docieramy na miejsce, ogarniamy się i po 18 dniach spędzonych na dzikich wyspach Polinezji Francuskiej wracamy do cywilizacji.
Samochód zostawiamy na lotnisku. Łącznie przejechaliśmy nim 397 kilometrów. Jak to tutaj wygląda: kluczyki zostawiamy po prostu w stacyjce, wyszło 90USD za dobę
To był naprawdę piękny, kolorowy i spokojny czas. Można tutaj całkowicie odciąć się od rzeczywistości i codziennego zgiełku. Zobaczyć zupełnie inne życie, bez pośpiechu, bez presji i bez większych wymagań. Takie miejsca przypominają, że do szczęścia naprawdę nie potrzeba wiele.
Na koniec jeszcze kilka naszych obserwacji po pobycie na Bora Bora, Rangiroa i Fakaravie.
Przede wszystkim na wszystkich trzech wyspach było naprawdę bardzo czysto. Nie widzieliśmy plastikowych butelek, śmieci na wyspach, wokół nich ani w wodzie. Wszystko jest zadbane i uporządkowane, dzięki czemu warunki do zwiedzania, pływania, snorkelingu i nurkowania są po prostu idealne.
Jeśli chodzi o loty wewnętrzne Air Tahiti, to też jest pełen luz. Nie ma prześwietlania bagażu, kontroli płynów, elektroniki ani żadnych skomplikowanych procedur bezpieczeństwa. Po odprawie po prostu idzie się prosto do samolotu. Można zabrać ze sobą praktycznie wszystko, bez stresu związanego z limitami płynów czy elektroniki.
Ciekawostką jest też to, że w lotach wewnętrznych nie są przydzielane miejsca w samolocie. Po wejściu na pokład siada się tam, gdzie jest wolne miejsce albo gdzie po prostu ma się ochotę usiąść. Wszystko odbywa się bardzo spokojnie, bez pośpiechu i bez niepotrzebnych formalności.
To chyba najlepiej podsumowuje całą Polinezję Francuską, pełna swoboda, spokój i luz.






























Po krótkiej, około trzygodzinnej drzemce na Tahiti pobudka wypada w środku nocy. O 1:45 przyjeżdża po nas wcześniej zamówiona, jakimś cudem, taksówka i jedziemy na lotnisko. O 3:55 mamy wylot liniami Air New Zealand do Auckland w Nowej Zelandii.
Lot trwa około sześciu godzin. Większość czasu przesypiamy. Po drodze przekraczamy międzynarodową linię zmiany daty, więc wylatujemy z Tahiti w niedzielę nad ranem 19 lipca, a lądujemy w Auckland o 8:00 rano w poniedziałek 20 lipca. Jeszcze chwilę temu byliśmy 12 godzin za Polską, a teraz jesteśmy już 10 godzin przed Polską. Pogoda zimowa, jest tylko 9 stopni, także jak co roku troche zimy tego lata, dwa lata temu było Perth w Australii, rok temu Alaska, w tym roku Auckland 🙂
Po przylocie idziemy do hotelu Pullman Airport Auckland. Dzięki temu, że jesteśmy w programie ALL – Accor Live Limitless i wcześniej wysłaliśmy prośbę o wcześniejsze zameldowanie, udaje nam się dostać early check-in. To ogromny plus po nocnym locie. Możemy wziąć prysznic, chwilę odpocząć i ogarnąć się przed wyjściem.
Później Uberem jedziemy do centrum Auckland na lunch. Dzisiaj, jakżeby inaczej wybór pada na kuchnię koreańską. Po obiedzie robimy pranie, odwiedzamy fryzjera, spacerujemy jeszcze po centrum miasta i około 19:00 wracamy do hotelu.
Tak kończy się pierwszy etap naszej wyprawy. Zamykamy rozdział Polinezji Francuskiej i od jutra ruszamy dalej…
Na koniec jeszcze kilka praktycznych informacji dla osób lecących do Nowej Zelandii.
Żeby wjechać do Nowej Zelandii, jako obywatel Polski trzeba wcześniej wyrobić NZeTA (New Zealand Electronic Travel Authority). Składa się ją online i jest płatna. Obecnie koszt to 117 NZD przez aplikację lub 123 NZD przez stronę internetową (wraz z obowiązkową opłatą IVL).
To jednak nie wszystko. Przed przylotem trzeba jeszcze wypełnić New Zealand Traveller Declaration (NZTD). To właśnie w niej odpowiada się na pytania dotyczące cła i biosecurity. Deklaracja jest bezpłatna i można ją złożyć online przed podróżą.
Samo wejście do kraju jest już bardzo proste. Obywatele Unii Europejskiej, którzy mają paszport biometryczny, mogą skorzystać ze SmartGate, więc kontrola paszportowa zajmuje dosłownie chwilę. Potem przechodzi się jeszcze przez biosecurity i na końcu bagaże sprawdzają psy szkolone do wykrywania żywności i innych produktów. Nam wszystko poszło bardzo sprawnie. Nie trafiliśmy do dodatkowej kontroli, więc cały proces przebiegł szybko i bez żadnych problemów.






























Pobudka dzisiaj wyjątkowo wcześnie – o 5:45. O 6:30 idziemy już na lotnisku, bo o 8:30 odlatujemy liniami Air New Zealand na wyspę Niue.
Lot przebiega bardzo spokojnie. Przez około trzy i pół godziny lecimy nad bezkresnym Pacyfikiem, aż w końcu pod nami pojawia się niewielka wyspa otoczona ciemnoniebieskim oceanem. Lądujemy na jednym z najbardziej odległych i najmniej odwiedzanych państw świata. Cofamy sie w czasie i teraz mamy -13h do Polski. Wylecieliśmy we wtorek rano z Auckland na Niue jesteśmy we poniedziałek po południu
Już samo lotnisko jest niezwykłe. Hanan International Airport (IUE) to jedno z najmniejszych międzynarodowych lotnisk na świecie. Regularnie obsługuje je tylko jedna linia lotnicza Air New Zealand, wykonująca zaledwie dwa loty tygodniowo z Auckland. Po sezonie liczba połączeń często spada nawet do jednego tygodniowo.
To jedno z niewielu lotnisk na świecie, gdzie przylot samolotu jest wydarzeniem dla całej wyspy. Po wylądowaniu życie na lotnisku trwa zaledwie kilkadziesiąt minut. Później terminal ponownie pustoszeje.
Po wyjściu z samolotu trzeba wypełnić prostą deklarację celną. Dostajemy pieczątkę do paszportu i odbieramy bagaże. Tutaj wygląda to zupełnie inaczej niż na większości lotnisk świata. Walizki nie wyjeżdżają na taśmie bagażowej, pracownicy po prostu wynoszą je z samolotu i układają na podłodze terminala.
To pierwszy sygnał, że na Niue wszystko odbywa się zdecydowanie spokojniej niż gdziekolwiek indziej.
Na parkingu czeka już nasze wcześniej zarezerwowane auto z wypożyczalni Lolotus. Za wynajem zapłaciliśmy 330 dolarów nowozelandzkich. Niestety szybko okazuje się, że samochód jest w fatalnym stanie. Ma przejechane ponad 360 tysięcy kilometrów, jest mocno wyeksploatowany i praktycznie nie nadaje się do dalszej jazdy.
Po zgłoszeniu problemu właściciel bez większego problemu informuje nas, że za około pół godziny podstawi do hotelu inne auto. Kierujemy się do Scenic Matavai Resort Niue, który położony jest na klifie z przepięknym widokiem na ocean. Już pierwsze chwile pokazują, że Niue będzie zupełnie innym doświadczeniem niż Polinezja Francuska. Nie ma tutaj lagun jak na Bora Bora ani ogromnych atolów jak Rangiroa czy Fakarava.
Jest za to dzika natura, spokój i ocean.
Czym właściwie jest Niue?
Niue to jedno z najmniejszych państw świata. Powierzchnia wyspy wynosi zaledwie 261 km², a mieszka tutaj około 1700 osób. Co ciekawe, ponad 20 tysięcy Niueańczyków mieszka obecnie w Nowej Zelandii. Oznacza to, że zdecydowana większość obywateli tego kraju żyje poza swoją ojczyzną.
Formalnie Niue jest samorządnym państwem w wolnym stowarzyszeniu z Nową Zelandią. Mieszkańcy posiadają nowozelandzkie obywatelstwo, używają dolara nowozelandzkiego, a Nowa Zelandia odpowiada za obronność i część polityki zagranicznej.
Największy wyniesiony atol koralowy na świecie. To właśnie tutaj znajduje się największy na świecie wyniesiony atol koralowy.
Większość wysp Polinezji to klasyczne niskie atole z białymi plażami. Niue wygląda zupełnie inaczej.
Miliony lat temu była rafą koralową znajdującą się pod powierzchnią oceanu. W wyniku ruchów tektonicznych została wypchnięta wysoko ponad poziom morza. Dlatego zamiast szerokich plaż znajdziemy tutaj:
wysokie wapienne klify, ogromne jaskinie, naturalne baseny skalne, łuki, szczeliny prowadzące prosto do oceanu.
To właśnie dlatego Niue często nazywana jest The Rock of Polynesia.
Dlaczego woda jest tutaj tak niesamowicie przejrzysta?
To jedna z największych zagadek dla osób odwiedzających wyspę. Sekret jest bardzo prosty. Na Niue:
nie ma rzek, praktycznie nie ma jezior, deszczówka błyskawicznie wsiąka w porowaty wapienny koral.
Do oceanu nie spływa więc błoto ani osady. Efekt? Widoczność pod wodą często przekracza 50 metrów, a podczas idealnych warunków dochodzi nawet do 80–100 metrów. To jedno z najlepszych miejsc na świecie do snorkelingu i nurkowania.
Królestwo humbaków. Od lipca do października Niue zamienia się w prawdziwe królestwo humbaków. Każdego roku wieloryby przypływają tutaj aż z okolic Antarktydy. To właśnie tutaj: rozmnażają się, rodzą młode, wychowują je w ciepłych wodach Pacyfiku. Jedną z największych atrakcji jest fakt, że humbaki można obserwować praktycznie z brzegu. Często przepływają zaledwie kilkaset metrów od klifów.
Już pierwszego dnia pobytu, jeszcze z hotelowego tarasu, udaje nam się dostrzec charakterystyczne fontanny wyrzucanej wody i sylwetki wielorybów wynurzających się na powierzchnię.
Delfiny przez cały rok. Podczas gdy humbaki pojawiają się sezonowo, delfiny są mieszkańcami tych wód przez cały rok. Najczęściej spotyka się tutaj delfiny butlonose oraz długoszczękie. Ocean bardzo szybko staje się głęboki już kilka metrów od brzegu, dlatego zwierzęta często podpływają niezwykle blisko wyspy.
Pierwszy kraj Dark Sky na świecie
Jedną z najbardziej niezwykłych ciekawostek jest fakt, że Niue zostało pierwszym państwem na świecie, którego całe terytorium otrzymało certyfikat Dark Sky Place. Praktycznie nie istnieje tutaj zanieczyszczenie światłem.
W bezchmurne noce można podziwiać: Drogę Mleczną, tysiące gwiazd, planety, a przy bardzo dobrych warunkach nawet odległe galaktyki gołym okiem. To prawdziwy raj dla miłośników astronomii.
Dlaczego na wyspie jest tyle opuszczonych domów?
To jedna z pierwszych rzeczy, które rzucają się w oczy. Spacerując po wyspie można odnieść wrażenie, że całe miejscowości są opuszczone. Powód jest bardzo prosty. Od lat 60. tysiące mieszkańców wyjechały do Nowej Zelandii za: lepszą pracą, studiami, opieką zdrowotną, większymi możliwościami dla swoich dzieci. Domów jednak nie sprzedawano. Dla wielu rodzin są one symbolem rodzinnych korzeni. Przyjeżdżają do nich raz na kilka lat, ale pozostają ich właścicielami. Dodatkowo w 2004 roku wyspę nawiedził potężny Cyklon Heta, który zniszczył znaczną część zabudowy. Wiele budynków nigdy nie zostało odbudowanych, ponieważ ich właściciele mieszkali już na stałe za granicą. To właśnie dlatego Niue sprawia momentami wrażenie opuszczonej wyspy.
Po krótkim odpoczynku ruszamy na pierwszy objazd wyspy zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
Niue ma tylko jedną główną drogę okrążającą całą wyspę. Jej długość wynosi około 64 kilometrów, więc całość można objechać w nieco ponad 2 godziny .
Nie ma tutaj sygnalizacji świetlnej, korków ani transportu publicznego. Po drodze zatrzymujemy się na lunch i zaczynamy odkrywać kolejne niezwykłe miejsca. Pierwsze wrażenie? To zupełnie inny świat niż Polinezja Francuska.
Bardziej surowy. Bardziej dziki. Znacznie spokojniejszy.
Tutaj przyjeżdża się po ciszę, krystalicznie czystą wodę, wieloryby, delfiny, spektakularne klify i poczucie, że znalazło się na prawdziwym końcu świata.
Witamy na Niue.





























































Dzisiaj pobudka o 6:45, żeby już o 7:30 zameldować się w naszym diving center – Niue Blue Island Dive.
Już sama procedura wypłynięcia jest tutaj mega śmieszna. Najpierw siadamy do łódki… ale nie płyniemy. Łódka stoi na przyczepie i jedziemy nią za samochodem aż do miejsca wodowania. Pierwszy raz w życiu siedzimy w łódce, która jedzie drogą, a nie płynie po wodzie. Świetne doświadczenie. Po zwodowaniu płyniemy około 15–20 minut i wskakujemy do oceanu.
Już na samym początku mamy nieprawdopodobnego farta. Jeszcze przed nurkowaniem widzimy z łodzi wieloryba. Najpierw pokazuje ogon, później raz cały wyskakuje nad wodę, robiąc piękny bridge. A chwilę później, już podczas zanurzania, widzimy go również pod wodą. Trafiliśmy na tzw. singera, czyli śpiewającego humbaka. Podczas całego nurkowania było słychać jego charakterystyczny śpiew niosący się pod wodą. To było coś absolutnie niezwykłego. Trudno opisać słowami uczucie, kiedy kilka metrów od Ciebie przepływa wieloryb, a wokół rozbrzmiewa jego śpiew. Było w tym coś mistycznego, magicznego i naprawdę wzruszającego. To jeden z tych momentów, których nie da się zapomnieć.
Po nurkowaniu jesteśmy w totalnej euforii. Nasza guide mówi nam, że były nawet dwa wieloryby, drugiego w ogóle nie zauważyliśmy z tych emocji. Kiedy później opowiadamy o tym w diving center, mało kto może uwierzyć, że podczas pierwszego nurkowania na Niue spotkaliśmy pod wodą wieloryba. Podobno takie sytuacje zdarzają się tutaj naprawdę bardzo rzadko.
Samo nurkowanie też jest fantastyczne. Przejrzystość wody jest niesamowita. Po raz pierwszy w życiu widzimy kilka gatunków węży morskich. Wszystko jest bardzo kolorowe i krystalicznie czyste.
Po około 50 minutach wychodzimy na łódź i robimy godzinę przerwy powierzchniowej przed kolejnym nurkowaniem. Świeci piękne słońce, wokół soczysta zieleń i niesamowicie błękitny ocean.
Drugie nurkowanie robimy w Snake Sanctuary. Pływamy tam również około 50 minut. Węży jest naprawdę sporo, do tego kolorowe rafy, groty skalne i bardzo dobra widoczność. Kolejne świetne nurkowanie.
Po wyjściu z wody wracamy łodzią do brzegu. Tam znowu łódka trafia na przyczepę i… wracamy nią ciągnięci za terenówką do diving center.
Mega udany początek pobytu na Niue. Po eagle rays na Bora Bora, delfinach na Rangiroa i rekinach na Fakaravie, teraz do kompletu dochodzą wieloryby na Niue. Po prostu… juhu!
I tak kończy się pierwsza połowa dnia. Jest dopiero 13:00, a my ruszamy dalej zwiedzać wyspę.
Po nurkowaniach wracamy do hotelu, ale praktycznie nie możemy oderwać wzroku od oceanu. Przez kolejne godziny z brzegu obserwujemy pływające wieloryby i delfiny. Dzisiaj ich aktywność jest naprawdę bardzo duża. Co chwilę któryś wieloryb pokazuje ogon albo wyskakuje nad powierzchnię, więc ciężko nam w ogóle ruszyć się z hotelu. Cały czas coś dzieje się na wodzie.
Mimo wszystko robimy krótką przejażdżkę po wyspie, zaglądamy do sklepu i wracamy.
Wieczorem jedziemy jeszcze na plażę. Do końca dnia relaksujemy się w ciepłej wodzie oceanu, ciesząc się spokojem tego miejsca.
Na zakończenie dnia jemy całkiem udaną kolację w naszej hotelowej restauracji i jeszcze przez chwilę wsłuchujemy się w szum oceanu. To był kolejny niesamowity dzień naszej wyprawy.































































































Dzisiejszy dzień na Niue zaczynamy spokojnie. Jemy całkiem niezłe śniadanie, szczególnie biorąc pod uwagę miejsce, w którym jesteśmy. To jedna z najbardziej odległych wysp świata, a statek z zaopatrzeniem przypływa tutaj zaledwie raz w miesiącu.
Po śniadaniu robimy jeszcze krótką rundkę po wiosce, a o 13:00 meldujemy się w naszym diving center. Dzisiaj czeka nas coś, o czym marzyliśmy od bardzo dawna; byc może snorkeling z humbakami. Zawsze jest byc moze… ostatecznie to wild life… 🙂
Cała procedura wygląda tak samo jak wczoraj. Najpierw siadamy do łódki stojącej na przyczepie i jedziemy nią za samochodem do miejsca wodowania. Dopiero tam łódka trafia do oceanu i wypływamy na otwarte morze.
Już po około piętnastu minutach załoga zauważa pierwszą parę humbaków. Wskakujemy do wody.
To, co dzieje się przez następne minuty, jest po prostu nie do opisania. Kilka metrów od nas płyną dwa ogromne wieloryby. Spokojnie wynurzają się, nabierają powietrza i znikają z powrotem w głębi oceanu. Czujemy jednocześnie ogromny respekt, ekscytację i wzruszenie. Pierwsze spotkanie trwa około 40 minut.
Kiedy ta para spokojnie odpływa, praktycznie od razu znajdujemy kolejne dwa humbakii znowu możemy obserwować je z bardzo bliskiej odległości. Łącznie ten pierwszy snorkeling z obiema parami trwa około 60–70 minut. Trudno uwierzyć, że coś takiego dzieje się naprawdę.
Wracamy na łódkę i płyniemy dalej. Po około 45 minutach znajdujemy jeszcze jedną parę wielorybów. Tym razem obserwujemy je trochę krócej, ale emocje są dokładnie takie same.
Humbaki to jedne z największych zwierząt na naszej planecie. Dorastają do 16–18 metrów długości i ważą nawet 40 ton. Najbardziej niesamowite jest jednak to, że wieloryby, z którymi właśnie pływamy, przypływają tutaj z Antarktydy. Latem żerują w bogatych w kryl wodach Antarktyki, a zimą pokonują około 5–6 tysięcy kilometrów w jedną stronę, aby dotrzeć do ciepłych wód wokół Niue i innych wysp Pacyfiku głownie Tonga czy Wysp Cooka. W tropikach prawie nie jedzą żyją głównie z zapasów tłuszczu zgromadzonych podczas antarktycznego lata, a ich celem jest rozmnażanie i wychowanie młodych. Tutaj odbywają gody, rodzą młode i wychowują je w znacznie bezpieczniejszych warunkach niż na lodowatym południu.
Dla nas ma to jeszcze większe znaczenie. Kilkanaście miesięcy temu obserwowaliśmy humbaki w Antarktydzie. Teraz spotykamy je ponownie, ale w zupełnie innym etapie ich życia. Świadomość, że to właśnie stąd i stamtąd prowadzi ich jedna z najdłuższych migracji na świecie, robi naprawdę ogromne wrażenie.
Cała wyprawa trwa około czterech godzin. Kończymy około 17:00, pełni euforii, energii i ogromnej wdzięczności. To było jedno z najbardziej niezwykłych spotkań z dziką przyrodą, jakie przeżyliśmy. Tego dnia nie tylko zobaczyliśmy wieloryby. Przez ponad godzinę mogliśmy być częścią ich świata.
Wieczorem idziemy na kolację. Dzisiaj również jest bardzo smacznie.
Pogoda przez cały dzień jest dosyć pochmurna i dopiero wieczorem zaczyna lekko padać. Paradoksalnie właśnie takie warunki okazały się idealne do pływania z humbakami.
Na zakończenie dnia jedziemy jeszcze przez las deszczowy. Zatrzymujemy się na chwilę, otwieramy okna i po prostu chłoniemy ten niezwykły zapach wilgotnego lasu, którego nie da się poczuć nigdzie w Europie. Cisza, natura i świadomość tego, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, sprawiają, że długo jeszcze nie możemy przestać o tym myśleć.
































Dzisiaj robimy spokojny objazd wyspy. Po śniadaniu około 11:00 ruszamy na zachodnią część Niue. Pierwszym punktem jest Anapala Chasm. Bardzo fajne miejsce, prowadzi tam przyjemna ścieżka przez las, a na końcu schodzi się stromymi schodami do wapiennego wąwozu z niewielkim źródłem słodkiej wody.
Następnie jedziemy do Togo Chasm. To zdecydowanie jedna z najbardziej wymagających atrakcji na całej wyspie. Najpierw przechodzi się przez ostre skały koralowe, później schodzi stromą drabiną, aż na końcu dociera się do ukrytej, piaszczystej plaży otoczonej wysokimi skałami. Jeśli chodzi o poziom trudności, to ta trasa spokojnie zasługuje na 10/10. Zdecydowanie nie jest to zwykły spacer.
Po tych emocjach jedziemy do Matapa Chasm. To jedno z najbardziej znanych miejsc na Niue. Wysokie wapienne ściany tworzą naturalny kanion prowadzący do krystalicznie czystej wody. To idealne miejsce na krótką przerwę i chwilę odpoczynku.
Następnie ruszamy dalej przez las do Talava Arches. To kolejne przepiękne miejsce. Około półgodzinny spacer przez dżunglę prowadzi do imponujących wapiennych łuków skalnych i jaskiń z widokiem na ocean. Naprawdę robi ogromne wrażenie.
Na koniec dnia odwiedzamy jeszcze Limu Pools. Wskakujemy na chwilę do wody. To niezwykłe miejsce, gdzie krystalicznie czysta woda morska miesza się z wodą słodką wypływającą z wapiennych skał. Powstaje charakterystyczny efekt migotania i „mielenia” wody, który wygląda naprawdę niesamowicie.
Przed zachodem słońca jedziemy jeszcze do Palaha Cave. Bardzo fajna, duża jaskinia z pięknymi formacjami skalnymi i wyjątkowym klimatem.
Ostatnim punktem dnia jest The Biggest Little Yacht Club in the World – Niue Yacht Club. Obowiązkowy przystanek na wyspie i bardzo klimatyczne miejsce tuż nad oceanem.
Przed 18:30 wracamy do hotelu na zamówioną wcześniej kolację. Dzisiaj próbujemy lokalnego kraba z Niue. Mięso jest bardzo delikatne, lekko słodkie, soczyste i wyjątkowo świeże. W połączeniu z lokalnymi dodatkami smakuje rewelacyjnie. To był kolejny dzień pełen niesamowitych miejsc. Niue cały czas nas zaskakuje. Ta niewielka wyspa jest dzika, spokojna i zupełnie inna od wszystkiego, co do tej pory widzieliśmy na Pacyfiku.
Niue jest niesamowicie czystą wyspą. Wokół domów wszędzie jest krótko przystrzyżona trawa, wszystko jest zadbane i uporządkowane. Nawet porzucone samochody stoją w taki sposób, że nie sprawiają wrażenia bałaganu, a przy opuszczonych domach trawniki są regularnie koszone. Widać, że mieszkańcy naprawdę dbają o swoje otoczenie.
Przez cały pobyt nie znaleźliśmy ani jednej wyrzuconej plastikowej butelki, puszki czy innych śmieci. Przy drogach i atrakcjach turystycznych ustawione są kosze na śmieci i widać, że ludzie z nich korzystają.
Przy praktycznie każdej atrakcji, gdzie można wejść do oceanu, znajdują się prysznice ze słodką wodą, bardzo czyste toalety oraz kosze na śmieci. Wszystko jest przygotowane tak, żeby można było komfortowo korzystać z tych miejsc i jednocześnie zostawić je w takim samym stanie dla kolejnych osób.
Wyspa robi na nas ogromne, bardzo pozytywne wrażenie. Ludzie są uśmiechnięci i życzliwi, wszędzie panuje spokój, jest wyjątkowo czysto, a ruch drogowy jest niewielki i bardzo spokojny. Wszystko tutaj działa bez pośpiechu, ale jednocześnie jest bardzo dobrze zorganizowane. To jedno z tych miejsc, w których od pierwszych chwil po prostu dobrze się człowiek czuje.

























































Ostatni dzień na Niue zaczynamy od wczesnego śniadania, ponieważ check-out z hotelu jest tutaj bardzo wcześnie. Hotel mówi, że nawet o 8:00, chociaż według naszej rezerwacji pokój mamy do 9:00.
Check-in na samolot otwarty jest już od 8:00 i zamykany o 12:00, natomiast security zamykane jest o 12:30, mimo że odlot zaplanowany mamy dopiero na 14:00. No ale okej, takie są tutaj zasady.
Po śniadaniu i opuszczeniu hotelu około 10:00 ruszamy jeszcze na ostatnią, małą przejażdżkę po wyspie. Najpierw jedziemy do jednej z jaskiń, w której znajdują się szczątki pierwszych osadników Niue.
Następnie zatrzymujemy się przy Anaana Lookout. Podziwiamy ogromne fale rozbijające się o klify. Woda wylatuje znacznie powyżej skał i momentami oblewa nawet nas. Piękne widoki, niesamowite kolory oceanu i tworzące się w rozpryskującej wodzie tęcze. Niue żegna nas naprawdę wspaniale.
Jedziemy jeszcze na chwilę do wioski na kawkę, później oddajemy bagaże i robimy ostatnią krótką rundkę po Alofi.
O 12:15 jesteśmy z powrotem na lotnisku, żeby przejść kontrolę bezpieczeństwa. Oddajemy auto, przejechaliśmy 250 km. Czekamy do 14:00 na samolot, ale mamy lekkie opóźnienie i ostatecznie odlatujemy około 14:30, w piątkowe popołudnie, liniami Air New Zealand do Auckland.
Po niecałych czterech godzinach lotu lądujemy w Auckland, ale jest już sobota, około godziny 18:00. Po drodze przekroczyliśmy międzynarodową linię zmiany daty i praktycznie cały jeden dzień nam uciekł. Na Niue mieliśmy minus 13 godzin różnicy w stosunku do Polski, a po przylocie do Nowej Zelandii mamy już 10 godzin do przodu względem Polski.
Na dzisiejszą noc mamy zarezerwowany hotel Novotel Auckland Airport. W międzyczasie otrzymaliśmy propozycję bezpłatnego upgrade’u do Pullmana, w którym byliśmy kilka dni wcześniej. Tym razem chcieliśmy jednak zobaczyć Novotel, więc zostajemy przy naszej pierwotnej rezerwacji i robimy check-in.
Następnie jedziemy Boltem do miasta, oczywiście na nasz ulubiony koreański grill. Po kolacji, około 22:00, wracamy do hotelu i ogarniamy jeszcze kilka spraw administracyjnych związanych z dalszą częścią wyjazdu.
Z pokoju mamy widok bezpośrednio na pas startowy, więc na zakończenie dnia oglądamy lądujące i startujące samoloty.
Skąd bierze się woda pitna na Niue? Bo jej akurat nie brakuje…
Na Niue nie ma rzek ani jezior. Woda pitna pochodzi głównie z ogromnej podziemnej soczewki słodkiej wody znajdującej się pod wyspą. Deszcz przenika przez bardzo porowate, wapienne podłoże i gromadzi się pod ziemią nad cięższą wodą morską. Wapień działa przy tym jak naturalny filtr. Z tej podziemnej soczewki woda jest pompowana i dostarczana mieszkańcom. Dlatego na Niue można normalnie pić wodę z kranu. Jest ona bardzo czysta i smakuje naprawdę dobrze. To ogromny plus wyspy, szczególnie że na wielu innych małych wyspach Pacyfiku woda pitna jest znacznie większym problemem.
Polacy na Niue. Niue odwiedza rocznie około 10 tysięcy turystów, z czego zdecydowana większość to mieszkańcy Nowej Zelandii i Australii. Goście z Europy stanowią tylko niewielki odsetek wszystkich odwiedzających, a statystyki nie są prowadzone dla poszczególnych krajów, takich jak Polska. Praktycznie każda osoba, z którą rozmawialiśmy na Niue, od pracowników lotniska, przez wypożyczalnię samochodów, pracowników hotelu czy aż po mieszkańców mówiła nam, że najprawdopodobniej jesteśmy pierwszymi Polakami podróżującymi z polskimi paszportami, których spotkali na wyspie. Nie wiemy, czy rzeczywiście byliśmy pierwsi, ale biorąc pod uwagę, jak rzadko odwiedzają ją Europejczycy i jak niewielu turystów dociera tu każdego roku, jest to całkiem możliwe.
Internet i eSIM na Polinezji Francuskiej oraz Niue
Jeśli chodzi o internet, to zarówno na Polinezji Francuskiej, jak i na Niue wszystko działało nam bez zarzutu.
Na Polinezji Francuskiej kupiliśmy eSIM bezpośrednio na stronie lokalnego operatora Vini, ponieważ oferty dostępne w aplikacjach z eSIM-ami były totalnie mega drogie. Po zakupie otrzymaliśmy kod QR, który wystarczyło zeskanować telefonem. Oficjalna oferta Vini pozwala kupić turystyczny eSIM przez internet jeszcze przed przyjazdem i aktywować go po dotarciu na Polinezję Francuską. Internet działał naprawdę dobrze na Tahiti, Bora Bora, Rangiroa i Fakaravie. Momentami był nawet znacznie szybszy i stabilniejszy niż niektóre hotelowe Wi-Fi.
Na Niue w podstawowych aplikacjach, z których zazwyczaj korzystamy, nie znaleźliśmy żadnego eSIM-a. Udało się jednak kupić dostęp do internetu po przylocie, skanując kod znajdujący się na lotnisku. Lokalnym operatorem jest Telecom Niue, który oferuje specjalne pakiety internetowe dla odwiedzających wyspę. Tutaj również internet działał bez zarzutu.
Tak kończymy nasz pobyt na Niue. Wyspa zrobiła na nas mega pozytywne wrażenie. Jest dzika, spokojna, niesamowicie czysta i zupełnie inna niż pozostałe miejsca, które odwiedziliśmy na Pacyfiku. Spotkanie z wielorybami, nurkowanie przy ich śpiewie, jaskinie, klify, krystaliczna woda i niezwykle spokojna atmosfera sprawiły, że Niue zdecydowanie zostanie w naszej pamięci na długo.



































Pobudka w Auckland miała być dzisiaj o 8:00, ale się nie udało. Ostatecznie ledwo wstajemy o 9:00, a zanim się ogarnęliśmy, zrobiła się 10:00. Na 9.00 mieliśmy zarezerwowany samochód w SIXT Auckland Airport, więc na spokojnie ruszamy w stronę wypożyczalni.
Na miejscu okazuje się jednak, że SIXT wcale nie znajduje się na lotnisku. Najpierw trzeba przejść około 10 minut, zadzwonić po busa, a później jeszcze kolejne 10 minut jechać do wypożyczalni. To już średnio nam pasowało. Dodatkowo nie można było zwrócić samochodu po godzinie 19:00, ponieważ nie mają skrzynki na pozostawienie kluczy. Na szczęście rezerwację mogliśmy bezpłatnie odwołać. Bus podrzucił nas z powrotem na lotnisko, gdzie po prostu wypożyczyliśmy samochód tej samej klasy, w praktycznie tej samej cenie, w Avis.
Jeszcze szybkie śniadanie i dopiero około 11:30 ruszamy w stronę Putaruru Blue Springs. To około 170–180 kilometrów od Auckland. Droga mija bardzo spokojnie. Jedziemy około godziny i 50 minut.
Warto wiedzieć, że do wypożyczenia samochodu w Nowej Zelandii potrzebne jest międzynarodowe prawo jazdy albo oficjalne tłumaczenie polskiego prawa jazdy, które można zrobić online za około 70 dolarów nowozelandzkich. Na szczęście mieliśmy ze sobą jakies nasze międzynarodowe prawo jazdy, więc wszystko przebiegło w miarę bez problemów.
Na miejscu wybieramy się na około sześciokilometrowy spacer wzdłuż przepięknej rzeki Blue Springs. Woda ma niesamowity, turkusowy kolor i jest krystalicznie czysta, a całość otacza bujna, intensywnie zielona roślinność. Mimo że było zaledwie około 10°C i od czasu do czasu siąpił deszcz, miejsce robi ogromne wrażenie. Spacer zajął nam około dwóch i pół godziny.
Zajeżdżamy jeszcze na kawę w pobliskiej miejscowości i ruszamy z powrotem do Auckland. Przed nami kolejne dwie godziny spokojnej jazdy. Ostatni odcinek pokonujemy już po zmroku. Jedziemy prosto do restauracji Boda, polecanej przez Michelin. Dzisiaj czeka nas prawdziwa uczta. Wszystko smakuje wyśmienicie, wszyscy są mega zadowoleni, a dodatkowo z restauracji rozciąga się bardzo fajny widok na centrum Auckland.
Po kolacji zostaje jeszcze około pół godziny jazdy do naszego Novotel Auckland Airport. Oddajemy samochód do wypożyczalni, przejechaliśmy dokładnie 400km i tak kończy się nasz kolejny dzień w Nowej Zelandii.
Putāruru Blue Springs (Te Waihou Walkway) to jedno z najpiękniejszych miejsc na Wyspie Północnej Nowej Zelandii. Rzeka wypływa z podziemnych źródeł, a woda przesącza się przez warstwy skał wulkanicznych nawet przez kilkadziesiąt lat, zanim pojawi się na powierzchni. Dzięki temu jest niezwykle czysta i przejrzysta – widoczność sięga kilkudziesięciu metrów, a intensywny turkusowo-niebieski kolor wygląda wręcz nierealnie.
Temperatura wody przez cały rok utrzymuje się na poziomie około 11°C, dlatego pozostaje ona idealnie przejrzysta niezależnie od pory roku. Blue Springs są również bardzo ważnym źródłem wody pitnej dla Nowej Zelandii – szacuje się, że stąd pochodzi nawet około 70% komercyjnie butelkowanej wody w kraju.
Spacer prowadzi drewnianymi pomostami i leśnymi ścieżkami wzdłuż krystalicznie czystej rzeki, otoczonej bujną, soczyście zieloną roślinnością. To miejsce zachwyca przede wszystkim spokojem, niezwykłymi kolorami i bliskością natury. Co ważne, aby chronić ten wyjątkowy ekosystem i zachować nieskazitelną czystość wody, w Blue Springs obowiązuje całkowity zakaz wchodzenia do rzeki i pływania.




























































Dzisiaj pobudka mega wcześnie, bo już o 4:30. O 5:00 jesteśmy na lotnisku w Auckland, ponieważ o 7:00 mamy zaplanowany lot liniami Air New Zealand do Królestwa Tonga.
Wszystko idzie bardzo sprawnie aż do momentu wejścia na pokład. Nagle okazuje się, że samolot ma jakiś problem techniczny. Czekamy kilkanaście minut, później kolejne i kolejne. Ostatecznie w samolocie spędzamy jeszcze około dwóch godzin i z takim opóźnieniem w końcu startujemy.
Lot trwa około 2 godziny i 20 minut. Po wylądowaniu na Tonga jak zwykle trzeba wypełnić bardzo ważne karteczki wjazdowe. Odbieramy bagaże i przechodzimy przez wspólną kontrolę bezpieczeństwa oraz biosecurity. Jak to często bywa na wyspach Pacyfiku, nikt nawet specjalnie nie zwraca uwagi na wypełnione wcześniej formularze.
Na lotnisku czeka już na nas samochód z wypożyczalni Star Rentals. Ceny wynajmu są tutaj wysokie. Za duży samochód płacimy 110 dolarów amerykańskich za dobę. Formalności trwają dosłownie chwilę i ruszamy w stronę stolicy na lunch. Trafiamy do świetnej restauracji, Young’s Kitchen, jednej z najlepiej ocenianych restauracji na Tonga. Z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie, ale jedzenie okazuje się rewelacyjne. Wszystko jest świeże, porcje duże, a obsługa bardzo miła. To zdecydowanie jedno z tych miejsc, do których chętnie wrócilibyśmy jeszcze raz. Po pysznym lunchu ruszamy dalej na drugi koniec wyspy do naszego wyjątkowego noclegu Tukulolo Treehouses, położonego na terenie Tukulolo Grounds.
Tym razem będzie naprawdę wyjątkowo. Zamieszkamy w Tree House, czyli domkach zbudowanych na drzewach.
Miejsce od pierwszej chwili robi na nas ogromne wrażenie. Domki położone są w środku tropikalnej dżungli, są bardzo klimatycznie urządzone i świetnie wkomponowane w otaczającą przyrodę. Cały teren jest zadbany, spokojny i ma niesamowity klimat. Już po kilku minutach wiemy, że będzie nam się tutaj naprawdę dobrze mieszkało.
Na kolację zamawiamy wcześniej przez WhatsApp pizzę przygotowywaną na miejscu, więc resztę dnia spędzamy już praktycznie tylko tutaj. Rozmawiamy z właścicielami, którzy opowiadają nam bardzo ciekawe historie o swoim życiu przed przeprowadzką na Tonga, o tym, dlaczego wybrali właśnie to miejsce, a także o podwodnych wulkanach ukrytych w Oceanie Spokojnym i wielu innych ciekawostkach dotyczących życia na wyspach.
Wieczór mija niezwykle spokojnie. Do późna pali się ognisko, nad nami świeci prawie pełny Księżyc, a niebo jest pełne gwiazd. Wokół słychać tylko odgłosy dżungli. To jedno z tych miejsc, w których od razu można poczuć prawdziwy spokój i klimat odległych wysp Pacyfiku. Dzień kończymy około 22:00, ciesząc się tym wyjątkowym miejscem.








































































W naszym domku na drzewie, w środku dżungli, spało się po prostu wybornie. To był najlepszy sen, jaki do tej pory mieliśmy podczas tej podróży. Było chłodno, dookoła słychać było różne odgłosy natury, ale to był naprawdę głęboki i prawdziwy odpoczynek. Coś pięknego.
Budzimy się dopiero o 10:00. Dawno sobie tak dobrze nie pospaliśmy. Na spokojnie się zbieramy. Musimy dzisiaj zmienić miejscówkę, ponieważ niestety nie ma tutaj już wolnych terminów. Wiedzieliśmy o tym jednak już wcześniej.
Około 12:30 ruszamy sobie spokojnym tempem na północno-wschodnią część wyspy. Dzisiaj totalnie leniwie, bez pośpiechu. Zaglądamy na kilka plaż i do kilku jaskiń. W jednej z nich wstęp jest płatny, więc odpuszczamy i jedziemy dalej. Generalnie spokój i cisza. Plaże są dosyć ładne i piaszczyste, ale wejście do wody jest najczęściej skaliste. To, co najbardziej odróżnia Tongę od wszystkich wysp, na których byliśmy do tej pory, to ilość śmieci. Na plażach leży szkło, plastik, pocięte puszki i różne inne odpady. Sporo śmieci widać też przy drogach. Nie jest to jeszcze jakiś dramat, ale różnica jest już wyraźnie widoczna. Jest też znacznie tłoczniej niż na wszystkich wcześniejszych wyspach. Samochodów jest dużo więcej, trafia się nawet korek i jedzie się zdecydowanie wolniej. Średnia prędkość wychodzi około 20 km/h, więc przemieszczanie się po wyspie jest dosyć utrudnione.
Po południu przenosimy się na drugą stronę wyspy do Little Italy Hotel Tonga, gdzie od 31 lat prowadzony jest ten ośrodek. Warunki są w porządku. Jesteśmy praktycznie przy plaży z widokiem na morze, ale niestety bez możliwości wejścia do wody. Kręcimy się jeszcze trochę po okolicy, jemy lokalny street food, pijemy kawkę, a wieczorem wracamy do hotelu na włoską pizzę. O 22:00 na spokojnie kończymy ten wyluzowany dzień na Tonga.
Tongatapu ma powierzchnię około 260 km², czyli praktycznie tyle samo co Niue. Różnicę czuć jednak od razu. Na Niue mieszka około 1,5 tysiąca osób, natomiast na Tongatapu ponad 74 tysiące mieszkańców, czyli blisko trzy czwarte całej populacji Tonga. To właśnie dlatego ruch na drogach jest znacznie większy, częściej trafiają się korki i cała wyspa sprawia wrażenie dużo bardziej zatłoczonej. Jest tu również bardzo dużo kościołów różnych wyznań praktycznie każda większa miejscowość ma ich co najmniej kilka. Na samej wyspie działa także kilkadziesiąt szkół podstawowych i średnich oraz kilka uczelni wyższych, z University of the South Pacific i Tonga National University na czele. Jak na wyspę o tej wielkości, infrastruktura edukacyjna jest naprawdę dobrze rozwinięta.







































Kolejny dzień na Tonga. Dzisiaj miało być nurkowanie z firmą Blue Dive Tonga. O 8:30 meldujemy się w diving center, ale od samego początku nie wygląda to za dobrze i pojawiają się pierwsze problemy. Pierwsza sprawa to pieniądze. Mimo że rezerwację robiliśmy dwa miesiące wcześniej a dodatkowo mamy jeszcze drugą rezerwację z zaliczką, to jeszcze przed nurkowaniem chcieli od razu pełną płatność. Nawet zanim sprawdziliśmy sprzęt czy cokolwiek przygotowaliśmy. To był pierwszy raz na świecie, kiedy spotkaliśmy się z czymś takim. Wszędzie, gdzie do tej pory nurkowaliśmy, również na innych wyspach Pacyfiku, rozliczaliśmy się dopiero po zakończeniu wszystkich nurkowań. Tutaj od razu chcieli pieniądze z góry. Sprzęt też nie zrobił na nas dobrego wrażenia. Nie było długich pianek, mimo że temperatura wody miała wynosić około 23°C, co dla nas jest już dosyć chłodne przy krótkim wetsuicie. Pletwy bardzo podstawowe Na koniec okazało się jeszcze, że nie mają nawet śrubokręta, żeby zmienić konektory naszych automatów do butli które zawsze ze względów bezpieczeństwa używamy własne.
Po około godzinie przygotowań usłyszeliśmy z ich strony, że może jednak lepiej zrezygnować z nurkowania. Przystaliśmy na tę propozycję, bo bezpieczeństwo jest dla nas zawsze najważniejsze.
Nie wiedzieliśmy jednak, że później odwołają nam również drugą atrakcję zaplanowaną na następny dzień i jednocześnie odmówią zwrotu wpłaconej zaliczki. Uznaliśmy, że w takim razie rezygnujemy całkowicie z ich usług i poprosiliśmy o zwrot pieniędzy.
Zamiast tracić dzień, postanowiliśmy dokończyć objazd całej wyspy. W międzyczasie cały czas kontaktowaliśmy się z nimi mailowo. Niestety atmosfera tej rozmowy była bardzo nieprzyjemna. Cały czas próbowali nam udowodnić, że anulują jutrzejszą atrakcję i nie zamierzają oddać naszych pieniędzy.
My natomiast spokojnie objechaliśmy całą wyspę. Po drodze odwiedziliśmy Pua-ko-Fanongo-Talanoa, gdzie mogliśmy zobaczyć latające lisy, czyli ogromne owocożerne nietoperze. Później pojechaliśmy do Abel Tasman’s Landing Site. Zatrzymaliśmy się również przy Tsunami Rock, charakterystycznej skale stojącej na plaży, odwiedziliśmy słynne Mapu’a Vaea Blowholes, gdzie fale oceanu z ogromną siłą wystrzeliwują wodę przez otwory w skałach, a na koniec dotarliśmy na klify Hufangalupe, jedne z najpiękniejszych miejsc na całej wyspie.
Dopiero później zorientowaliśmy się również, że centrum nurkowe, z którego usług mieliśmy korzystać, nie posiada certyfikacji PADI ani SSI. To tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że rezygnacja z nurkowania była dobrą decyzją i że w kwestii bezpieczeństwa nie warto iść na żadne kompromisy.
Wieczorem znaleźliśmy inną firmę na jutrzejszą atrakcję. Co ciekawe, udało się zarezerwować ją nawet w lepszej cenie niż wcześniej. Na koniec wysłaliśmy jeszcze wiadomość z żądaniem zwrotu wpłaconych pieniędzy do Blue Dive Tonga.
To był lekko nerwowy dzień, ale czasami tak po prostu bywa w podróży. Na szczęście zamiast go stracić, objechaliśmy całą wyspę dookoła i zobaczyliśmy praktycznie wszystkie najważniejsze miejsca na Tongatapu.

































Na 7:30 jesteśmy umówieni z Belindą z firmy Tanoa Expeditions Tonga, którą znaleźliśmy po wczorajszych problemach Jedziemy do miejsca zbiórki. Wszystko jest już elegancko przygotowane i czeka na nas. Mierzymy wetsuity, maski i po chwili idziemy na łódkę. Jeszcze rano zauważyliśmy maila od wczorajszego centrum nurkowego z informacją, że jednak zwrócą nam pieniądze. Chwilę później zwrot pojawił się również na Revolucie. Po całym wczorajszym dniu pełnym niepotrzebnych nerwów i negatywnej energii cieszymy się, że ostatecznie jednak doszli do rozsądku i zachowali się tak, jak powinni od samego początku. Dzięki temu mogliśmy już całkowicie zamknąć ten temat i skupić się na tym, co najważniejsze, dzisiejszym spotkaniu z humbakami. Łódź jest w bardzo dobrej kondycji, a cały rejs jest kameralny. Płyniemy we czwórkę, do tego cztery dziewczyny i załoga. Wszystko od początku wygląda bardzo profesjonalnie i bez żadnych problemów. Po około czterdziestu pięciu minutach rejsu znajdujemy pierwszego humbaka. Wskakujemy do wody we czwórkę, ponieważ przepisy na Tonga pozwalają, aby z jednym przewodnikiem pływały jednocześnie maksymalnie cztery osoby. Trafiamy na pięknego wieloryba na dosyć płytkiej wodzie, około 7–10 metrów. Spędzamy z nim kilka naprawdę niesamowitych chwil. Po wyjściu z wody przez około godzinę szukamy kolejnego wieloryba dla dziewczyn. W końcu się udaje i one również mogą wskoczyć do wody. Później znajdujemy już więcej humbaków i na zmianę snorkelujemy z kolejnymi zwierzętami.
To są naprawdę piękne i bardzo emocjonujące chwile. Cieszymy się na maksa. Co ciekawe, woda jest dzisiaj cieplejsza niż powietrze. Na zewnątrz mocno wieje i jest około 21°C, natomiast woda ma około 23–25°C. Za każdym razem po wejściu do oceanu czujemy wręcz ulgę. Około 15:00 dopływamy na małą, bezludną wyspę Nuku, gdzie robimy sobie przerwę na lunch i chwilę odpoczynku. O 16:30 wracamy do naszej miejscowości i do hotelu.
Po powrocie okazuje się, że na wyspie są problemy z prądem. Nasz hotel działa dzięki generatorowi, ale duża część okolicy, a nawet spora część stolicy, jest bez zasilania. Pojawia się też problem z zatankowaniem samochodu, bo większość stacji nie działa. Na szczęście udaje nam się znaleźć jedną otwartą stację i uzupełniamy paliwo.
Wieczorem jemy kolację. Trochę w niemieckich klimatach, bo w menu jest sznycel i kilka innych niemieckich dań.
Później jeszcze długo siedzimy i rozmawiamy z właścicielem naszego hotelu w jego restauracji, Włochem, który mieszka na Tonga już od 31 lat. Opowiada nam o wybuchu podwodnego wulkanu, tsunami i huraganie piątej kategorii i trzęsieniu ziemi, które przeżył na tej wyspie. Mówi też, że kilka lat temu przez prawie dwa miesiące na całej wyspie nie było prądu. To pokazuje, z jakimi wyzwaniami mierzą się mieszkańcy tych, wydawałoby się, rajskich wysp. Zresztą podobne historie słyszeliśmy już wcześniej na Karaibach, Malediwach i wielu innych wyspach świata.
Kończymy ten dzień pełni radości i uśmiechu. Kolejne spotkania z humbakami były czymś niesamowitym. To zdecydowanie jedne z naszych ulubionych zwierząt i za każdym razem takie spotkanie dostarcza nam ogromnych emocji.

































Dzisiaj pobudka o 3:00 rano. O 3:30 wyjeżdżamy na lotnisko, do którego mamy około 40 minut jazdy. O 5:40 mamy zaplanowany lot liniami Fiji Airways do Samoa z przesiadką w Nadi na Fidżi. Zostawiamy auto, przejechaliśmy ok 250 km.
Ku naszemu zaskoczeniu samolot odlatuje już o 5:20, czyli 20 minut przed planowanym czasem. Jeszcze po ciemku wylatujemy z Tonga i po około godzinie lądujemy na Fidżi. Czas pozostaje praktycznie ten sam, ponieważ przestawiamy zegarki o godzinę do przodu. Na Fidżi czeka nas tranzyt. Samo przejście przez kontrolę bezpieczeństwa zajmuje ponad godzinę, bo kolejka do skanerów jest naprawdę długa. Później mamy jeszcze około dwie i pół godziny oczekiwania na kolejny lot. Jemy lekkie śniadanie, chwilę odpoczywamy i o 10:15 lecimy dalej do Apii na Samoa. Lot trwa około półtorej godziny.
Po przylocie trzeba wypełnić bardzo ważne karteczki wjazdowe, a następnie przejść kontrolę paszportową i biosecurity. Paszporty sprawdzają bardzo sprawnie. Na kontroli biosecurity proszą nas o otwarcie jednej walizki i po chwili możemy jechać dalej.
Mieliśmy zarezerwowany samochód w Blue Pacific Cars Hiere, które współpracuje z Hertzem. Niestety po raz kolejny podstawiają nam chyba jeden z największych rzęchów w całej wypożyczalni. Samochód jest zniszczony zarówno z zewnątrz, jak i w środku, brudny i zakurzony. Nawet nie wkladamy bagaży i od razu mówimy, że nie bierzemy tego auta. Musimy czekać około półtorej godziny, aż ktoś w ogóle zajmie się naszą sprawą, ale ostatecznie dostajemy praktycznie nowego Hyundaia z przebiegiem około 2,5 tysiąca kilometrów. Tago właśnie oczekiwaliśmy.
Po tych wszystkich przygodach jedziemy na szybki lunch nad oceanem. Tym razem bardzo na luzie: wrapy i kebaby. Później ruszamy do hotelu, który zarezerwowaliśmy jeszcze przed przylotem.
Na Samoa obowiązują trochę inne zasady niż na większości wysp Pacyfiku. Żeby legalnie prowadzić samochód, trzeba posiadać samoańskie prawo jazdy. W praktyce wyrabia się je na miejscu przy odbiorze auta w wypożyczalni. Cała procedura trwa kilka minut i kosztuje około 20 tala, czyli mniej więcej 30 zł.
Mieliśmy tutaj również pierwszą kontrolę policyjną podczas całej naszej podróży po wyspach Pacyfiku. Na drodze ustawiony był tzw. road block i policja zatrzymywała wszystkie samochody jadące z obu kierunków. Zatrzymały nas dwie bardzo sympatyczne policjantki. Sprawdziły przede wszystkim, czy mamy samoańskie prawo jazdy, po czym z uśmiechem życzyły nam miłego dnia i mogliśmy jechać dalej. To pokazuje, że pod względem kontroli drogowych Samoa działa trochę inaczej niż pozostałe wyspy, które do tej pory odwiedziliśmy.
Po około 50 minutach jazdy jesteśmy na miejscu i niestety spotyka nas kolejne rozczarowanie. Hotel okazuje się totalną speluną. Dawno nie trafiliśmy na tak słabe miejsce. Mimo bardzo dobrych opinii w internecie jest brudno, nieprzyjemnie pachnie i od razu wiemy, że nie chcemy tam zostać. Rezygnujemy z noclegu. Mieliśmy zarezerwowany również kolejny dzień, ale właścicielka, widząc nasze niezadowolenie, sama zaproponowała zwrot wszystkich pieniędzy. Nawet nie musieliśmy o to prosić. Na szczęście udaje nam się znaleźć lepszy hotel dosłownie obok i szybko się przeprowadzamy Tanoa Tusitala Hotel, jest znacznie lepiej ale nie najlepiej.
Wieczorem jedziemy do włoskiej restauracji Paddles Restaurant na kolację. Jest zdecydowanie drożej niż do tej pory, ale za to jedzenie jest naprawdę bardzo dobre. W końcu porządny kawałek mięsa.
Około 22:00 wracamy do hotelu.
Zauważamy, że z internetem na Samoa może być spory problem. Nasza karta eSIM działa, ale zasięg to praktycznie cały czas H+, o LTE można zapomnieć. Do tego regularnie występują przerwy w dostawie prądu. Ciężko nawet napisać vloga, a o przesyłaniu zdjęć czy filmów nie ma mowy. Na Tonga internet nie był najlepszy, ale tutaj wygląda na to, że będzie jeszcze trudniej.






































Dzisiaj wstajemy sobie na spokojnie totalnie o dziesiątej, w końcu wszyscy w miarę wyspani. Zanim się ogarniamy, już jest jedenasta, nawet jedenasta piętnaście. Nawet dzwonią do nas, czy pamiętamy, że dzisiaj mamy check out. Tak, pamiętamy. Około jedenastej czterdzieści pięć opuszczamy i idziemy sobie spacerkiem do centrum Apia. Tam ogarniamy sobie pyszne śniadanko u siostry tego kolesia z Paddles Restaurant, u którego byliśmy wczoraj na kolacji. Pyszna kawa, dobre śniadanie, także tego nam było trzeba. Milani Caffe.
Około dwunastej trzydzieści, trzynastej ruszamy na wschód, kierując się tak naprawdę na południe wyspy, ale stroną wschodnią idziemy sobie na spokojnie i zwiedzamy wyspę. Wyspa jest piękna, tropikalna, z bujną, dorodną, naprawdę żywą przyrodą, zielenią. Kolory są oszałamiające. Po drodze mijamy małe wioseczki i im dalej od Apii, tym lepiej. Wszystko wygląda schludnie i w miarę czysto. Posesje dookoła domów są poogarniane i czyste, chociaż widać po drodze powywalane i porozsypywane śmieci. Co jest charakterystyczne dla wyspy to duże tarasy, większe niż domy, całkowicie otwarte, gdzie tak naprawdę toczy się życie. Tam sobie leżą, odpoczywają, jedzą, spotykają się z ludźmi, a domy są jednoizbowe, czyli kwadrat lub prostokąt bez wewnętrznych ścian. Te otwarte tarasy i domy nazywają się fale. To tradycyjny samoański sposób budowania. Dzięki temu przez cały czas jest przewiew, a większość codziennego życia toczy się właśnie na tych otwartych tarasach.
Około szesnastej dojeżdżamy na nasze zarezerwowane miejsce, gdzie zostaniemy przez cztery noce. Jest to Saletoga Sands Resort na południu części wyspy. Domki w tropikalnej dżungli leżące tuż nad oceanem, także co najważniejsze jest czysto i przestrzennie. Także jest super. Idziemy sobie na lunch, robimy spacer po okolicy trochę przy oceanie. Później jeszcze dzieci pluskają się do późna w basenie i jedziemy wieczorem na kolację do Sinalei Reef Resort, gdzie jest również mega pysznie.
Wracamy około dwudziestej drugiej trzydzieści. Przejażdżka nocą po cichej, lekko podświetlonej wyspie z małą ilością światła i zanieczyszczeniem nieba światłem jest niesamowita. Ta cisza, ta przyroda i te gwiazdy na niebie, plus szumiący ocean to jest po prostu coś niesamowitego i coś pięknego.






















































































Miały być wakacje na wakacjach i nic nierobienie. Tylko chillowanie na plaży i moczenie dupy w oceanie czy w basenie. Ale jednak nie daliśmy rady. Przez dwa kolejne dni wybieramy się na przejażdżki po południowej części wyspy. Jest mega pięknie, mega bujna roślinność, mega kolorowo. Po drodze jemy dobre jedzenie w hotelach, które znajdujemy. Pierwszego dnia robimy małe kółko na sam wschód wyspy. Przejeżdżamy przez wiele różnych resortów, które mają tak zwane fale, czyli domki bez ścian, w których można chillować przy plaży i które są normalnie wynajmowane na noc. Fajnie to wygląda. Mieliśmy nawet taki plan, ale jednak taka forma nocowania w tym kraju nie jest dla nas. Odwiedzamy tez kościół bo jest niedziela, ciekawe doświadczenie, radosne bardzo.
Drugiego dnia jedziemy w przeciwną stronę na zachód i snorkelujemy z wielkimi klemami. Pierwszy raz w życiu widzimy tak ogromne klemy. To też jest coś niespotykanego. Podziwiamy giant clams, woda jest bardzo czysta, wszystko świetnie widać i całe to miejsce jest takim sanktuarium klem.
Po drodze jemy jeszcze kolację w Coconuts Beach Club Resort & Spa. Mega dobre, świeże jedzenie i świetne miejsce.
Około 22:00 wracamy do hotelu.
Tak mijają nam dwa dni spokojnych przejażdżek po wyspie. Ten zapach lasu deszczowego, ta roślinność, ten spokój i ten brak pośpiechu… właśnie tego nam było trzeba.



















































































Dzisiaj pobudka o 5:45, żeby o 6:30 wyjechać na lotnisko. W planie około półtorej godziny jazdy i praktycznie tyle nam schodzi. Za piętnaście ósma jesteśmy na lotnisku.
Na dzisiaj mamy zaplanowany lot liniami Talofa Airways do Pago Pago na Samoa Amerykańskim na wyspę Tutuila. Bilety od Talofa Airways kupiliśmy, można powiedzieć, przez komunikację mailową. Nie dało się kupić ich przez stronę internetową ani zapłacić online. Pewnie dlatego, że wylot mieliśmy zaplanowany na 4 sierpnia, a powrót dzień wcześniej, czyli 3 sierpnia, ponieważ w planie było ponowne przekroczenie Międzynarodowej Linii Zmiany Daty. Komunikacja z Talofa Airways była jednak super szybka i bardzo profesjonalna. Wszystko udało się załatwić bardzo sprawnie.
Drugim wyzwaniem było załatwienie permitów na Samoa Amerykańskie. To coś na zasadzie wizy. Tutaj wymagany jest permit i nie interesuje ich ani amerykańska wiza, ani ESTA. Tego również nie dało się załatwić online, jeśli nie planuje się noclegu, bo we wniosku trzeba podać dokładnie, gdzie i u kogo będzie się spało. Udało się jednak wszystko załatwić mailowo z urzędem imigracyjnym Samoa Amerykańskiego. Bardzo szybko i bardzo profesjonalnie. Wysłali nam cztery gotowe permity.
O 9:00 lecimy liniami Talofa Airways. Samolot jest naprawdę malutki, tylko na dziesięć osób. Pasażerów sadzają według wagi. Mamy bardzo sympatycznego, młodego pilota z Australii. Luizka dostaje miejsce obok pilota, Vini siedzi w drugim rzędzie, a my zajmujemy pozostałe miejsca.
Lot trwa zaledwie 25 minut i po raz kolejny przekraczamy Międzynarodową Linię Zmiany Daty. To właśnie tutaj znajdują się dwa najbliżej siebie położone zamieszkane miejsca na świecie, które dzieli aż 24 godziny różnicy czasu Apia na Samoa i Pago Pago na Samoa Amerykańskim. Fizycznie dzieli je tylko 125 kilometrów i około 25 minut lotu, a kalendarz pokazuje różnicę całej doby. Lądujemy o 9:25 ale 3 sierpnia.
Na lotnisku w Pago Pago pełen chillout. Na dziesięciu pasażerów czeka dwóch oficerów. Sprawdzają permity, wbijają pieczątki do paszportów i witamy na Samoa Amerykańskim.
Idziemy do wypożyczalni, gdzie mamy zarezerwowanego SUV-a w World Wide Car Rental. Szybkie przekazanie samochodu i ruszamy na objazd wyspy. Obowiązuje tutaj ruch prawostronny, a kierownica jest po lewej stronie. To pierwszy raz od czasu Polinezji Francuskiej, kiedy znowu jeździmy autem w takim układzie. Ciekawe uczucie, bo jednego dnia prowadzimy samochód z kierownicą po prawej stronie i jeździmy lewą stroną drogi, a następnego dnia przesiadamy się do auta z kierownicą po lewej stronie i wracamy do ruchu prawostronnego. Mózg przez chwilę naprawdę musi się przestawić.
Pogoda robi się taka sobie. Jest dosyć pochmurno, ale przez pierwszą połowę dnia jest jeszcze całkiem przyjemnie. Jedziemy wzdłuż wybrzeża. Od razu widać wpływy amerykańskie i widać pieniądze. Czujemy się trochę jak na Hawajach, trochę jak na Guam. Jest mega zielono, wszędzie pełno amerykańskich pick-upów, wybrzeże jest zadbane, marina wygląda bardzo dobrze. Jedziemy też do parku narodowego, przejeżdżamy przez dżunglę, odwiedzamy Pago Pago, wcześniej pijemy dobrą kawę i jemy śniadanie w kawiarni, a później lunch w wietnamskiej restauracji. Na koniec dnia robimy jeszcze małe zakupy.
Około 15:00 meldujemy się z powrotem na lotnisku, żeby o 16:00 odlecieć tymi samymi liniami z powrotem do Apii. Oddajemy bez problemu auto, przejechaliśmy ok 40 mil. Na lotnisku przed wylotem z Pago Pago również pełen luz. Nikt nie prześwietlał nam bagażu, nikt nawet nie sprawdzał ponownie biletów. Po prostu ze strefy oczekiwania przeszliśmy prosto do samolotu. Bardzo luźne i fajne doświadczenie, zupełnie inne niż na większości lotnisk, z których do tej pory korzystaliśmy. Lecimy z tym samym pilotem. Tym razem Vini siedzi obok pilota. Dzieci dostają podczas lotu krótkie szkolenie z pilotażu, także to był naprawdę mega fajny experience.
Po 25 minutach lądujemy z powrotem w słonecznej Apii i ruszamy do naszego hotelu. Po drodze zaczyna jednak mega lać i pada już praktycznie do samego wieczora.
Zatrzymujemy się jeszcze na kolację w Sinalei Reef Resort, gdzie jedliśmy już kilka razy podczas pobytu na Samoa. Jak zwykle jest bardzo smacznie. Około 21:00 jesteśmy z powrotem u nas.
Dzień był mega intensywny, ale też mega energetyczny. Same przeloty były świetnym przeżyciem, a możliwość znalezienia się po zaledwie 25 minutach lotu 24 godziny wcześniej robi naprawdę niesamowite wrażenie. Fajna nowa wyspa, fajny nowy klimat i kolejne miejsce, które mogliśmy poznać. Także dynamiczny i bardzo udany dzionek.
Samoa Amerykańskie to jedno z najbardziej niezwykłych terytoriów Stanów Zjednoczonych. Formalnie jest nieinkorporowanym terytorium USA, co oznacza, że należy do Stanów Zjednoczonych, ale nie jest jednym z 50 stanów.
Mieszkańcy około 45–50 tysięcy mieszkańców, ponad 90% stanowią Samoańczycy, języki urzędowe: angielski i samoański. Osoby urodzone na Samoa Amerykańskim są US Nationals, a nie automatycznie obywatelami USA.
Mogą: mieszkać i pracować w USA, podróżować z amerykańskim paszportem, ale np. nie mogą głosować w wyborach prezydenckich, dopóki nie przejdą procesu naturalizacji.
Największym pracodawcą przez wiele lat była jedna z największych na świecie fabryk przetwórstwa tuńczyka. Tuńczyk do dziś pozostaje jednym z najważniejszych produktów eksportowych.















































































Po wczorajszej wyprawie na Samoa Amerykańskie dzisiaj znowu śpimy do 10:00. Na spokojnie się ogarniamy, robimy check-out z hotelu i przemieszczamy się na północ wyspy, już w okolice lotniska.
Jedziemy sobie mega spokojnie, totalny chillout. Po drodze zajeżdżamy na Coastal Walk. Robimy około godzinny spacer przez tropikalny las. Ścieżka prowadzi wzdłuż klifów nad oceanem, a po drodze co chwilę otwierają się przepiękne widoki na wybrzeże, rozbijające się o skały fale i bujną, tropikalną roślinność. Jest niesamowicie zielono, ale też straszna duchota. Po godzinie jesteśmy cali mokrzy, ale taki spacer był naprawdę fajny i bardzo orzeźwiający.
Jedziemy dalej na lunch do Sinalei Reef Resort. To już nasz ostatni lunch na południu wyspy.
Później myjemy auto po przejażdżce do klifów, bo całe jest w błocie, tankujemy do pełna i ruszamy dalej.
Około 16:00 dojeżdżamy do Samoa Beach Resort, dosłownie przy samym lotnisku. To dawny Sheraton Samoa Beach Resort, który od tego roku działa już pod nazwą Samoa Beach Resort i jest zarządzany przez władze Samoa.
Chillujemy trochę nad oceanem, jemy kolację i ani się obejrzeliśmy, a jest już 22:00.





































Żegnamy Samoa. Pobudka o 9:00, krótka rundka po hotelu, śniadanie i o 10:00 jedziemy w stronę lotniska. Oddajemy auto. W wypożyczalni nikogo nie ma, więc kluczyki zostawiamy po prostu w informacji. Przejechaliśmy łącznie 450 kilometrów. Robimy check-in na lot liniami Fiji Airways do Nadi. Wypełniamy bardzo ważne karteczki wyjazdowe, w które nikt nie zagląda i lecimy turbośmigłowym ATR-em, więc lot trwa trochę dłużej niż Boeingiem. Wychodzi równo trzy godziny. Samolot jest mniej więcej w połowie pusty. Teraz musmiy wypelnic bardzo wazne karteczki wjazdowe do Fiji. Przylatujemy około 15:00. Cofamy zegarki o godzinę do tyłu wiec mamy 14 i spacerkiem idziemy do Gateway Hotel, który znajduje się dosłownie pięć minut pieszo od lotniska.
Warunki są znacznie lepsze niż na Samoa. Jest czysto, pachnąco, więc szybko się ogarniamy i idziemy na lunch. Po lunchu chwilę chillujemy przy basenie, a wieczorem jedziemy taksówką do miasta na koreańską kolację.
Około 22:00 kończymy ten dzień.
Jeśli chodzi o Samoa, to jest piękne, zielone, tropikalne i pełne kolorów. Ludzie są uśmiechnięci i szczęśliwi. Cały czas ze sobą rozmawiają. Dzieci grają w piłkę, krykieta czy palanta. Nikt nie siedzi z głową w telefonie. Fajnie było zobaczyć jedną z ostatnich oaz takiej prawdziwej wolności. To coś pięknego, że ludzie stoją obok siebie i po prostu rozmawiają albo nawet razem milczą, zamiast patrzeć w ekran telefonu. Szczególnie dzieci, które bawią się razem, chodzą do szkoły i po prostu cieszą się dzieciństwem. Mimo dosyć ciężkich warunków życia wszyscy są mega uśmiechnięci. Dzieci machają do nas, dorośli praktycznie za każdym razem również.
Jedynym dużym minusem jest zupełnie inne podejście do czystości i higieny. Niestety jest to jeden z najbrudniejszych krajów, w których do tej pory byliśmy jeśli chodzi o takie zwykłe sprzatanie. W wielu miejscach było po prostu brudno. Nie ma tutaj nawyku mycia podłóg czy odkurzania. Sprzątanie najczęściej polega na szybkim zamieceniu podłogi i tyle. Jedynie Saletoga Sands Resort trzymał naprawdę wysoki poziom pod względem czystości. W pozostałych miejscach warunki sanitarne i higieniczne były już naprawdę bardzo podstawowe.
Mimo tego wszystkiego Samoa zapamiętamy jako kraj niezwykle zielony, spokojny i pełen serdecznych ludzi. To właśnie oni są największą wartością tej wyspy.



















Witamy na Kiribati- Boże co tu sie wyprawia….
Dziś pobudka o 5:00, żeby o 5:30 być już na lotnisku, bo w planie mamy lot Fiji Airways o 8:30 na Tarawę, na Kiribati.
Wszystko idzie zgodnie z planem do momentu, kiedy nie wsiadamy do samolotu. Okazuje się, że ktoś zostawił powerbank w bagażu nadawanym i obsługa musi odnaleźć konkretną walizkę. Schodzi na to ponad godzina.
Lot jest totalnie zapchany. Pełno ludzi, pełno bagaży, aż trudno w to uwierzyć. Niektórzy chrapią bezlitośnie, zarzucają ręce i nogi na współpasażerów. Wygląda to momentami dosyć komicznie, a stewardzi nie są w stanie nic z tym zrobić. Lot trwa niecałe trzy godziny i jest dosyć męczący przez ścisk i hałas.
Lądujemy już ponad równikiem, czyli na półkuli północnej, na wyspie Tarawa w Kiribati.
Tutaj trzeba wypełnić aż dwie bardzo ważne karteczki, na które jak zwykle mało kto później patrzy. Ponad godzinę czekamy na bagaże, a później jeszcze około pół godziny stoimy w kolejce do ich skanowania. Jak zwykle można odnieść wrażenie, że im mniejsze i biedniejsze państwo, tym więcej formalności.
Na lotnisku czeka już zamówiony bus do Mary’s Motel oraz nasza zamówiona Toyota z wypożyczalni 60 AUD za dobe. Dziewczyny jadą busem, chłopaki autem. Po ponad 50 minutach dojeżdżamy na miejsce. Niestety już po chwili wiemy, że nie chcemy tam zostać. Hotel kompletnie nam nie odpowiada.
Na szczęście gdzieś obiło nam się o uszy, że pod koniec czerwca został otwarty nowy hotel na Tarawie. Jedziemy go szukać. Po około godzinie udaje się go znaleźć. Okazuje się, że mają jeszcze wolne pokoje, co jest wręcz niewiarygodne, bo podczas rezerwacji wszystko było pełne. Hotel jest zupełnie nowy, prowadzony przez chińskich właścicieli, z restauracją na miejscu. Cena też nam odpowiada, więc decyzja jest szybka. Bierzemy. To dosłownie 180 stopni różnicy w porównaniu z poprzednim miejscem Grand Maris Hotel.
Jemy szybki lunch i jedziemy jeszcze raz przez South Tarawę po nasze bagaże.
Niestety już pierwszego dnia Kiribati i South Tarawa nie robią na nas dobrego wrażenia. Całość wygląda momentami jak jedno wielkie wysypisko śmieci. Wszędzie leży plastik, puszki i różnego rodzaju odpady. Ludzie mieszkają, żyją i bawią się dosłownie pośród tych śmieci. W wielu miejscach unosi się bardzo nieprzyjemny zapach gnijących odpadów i ścieków. Miejscami nie da się nawet jechać z otwartymi oknami, mimo że jesteśmy na tropikalnej wyspie.
Nie możemy uwierzyć, że można w takich warunkach normalnie funkcjonować. Widzimy też na własne oczy, jak dzieci rzucają puszki i śmieci prosto do oceanu i nikt nie zwraca na to uwagi. To niestety robi bardzo przykre pierwsze wrażenie.
Po drodze praktycznie nie ma restauracji. Udaje nam się natomiast bez problemu odwołać wcześniejszą rezerwację w Mary’s Motel. Właściciele rozumieją naszą decyzję i anulują pobyt bez dodatkowych kosztów.
Jedziemy jeszcze na sam koniec South Tarawy. Niestety tam sytuacja wygląda jeszcze gorzej.
Wieczorem około 21:00 wracamy do naszego nowego hotelu. Jemy kolację. To chyba jedno z niewielu miejsc na całej wyspie, gdzie można zjeść w naprawdę dobrych warunkach.
Tak mija nam pierwszy dzień na Kiribati.
Kiribati to jedno z najbardziej niezwykłych państw świata. Składa się z 33 atoli i wysp koralowych, rozrzuconych na ogromnym obszarze środkowego Pacyfiku. Mimo że powierzchnia lądu wynosi zaledwie około 811 km², kraj rozciąga się na ponad 3,5 miliona km² oceanu, co czyni go jednym z największych państw świata pod względem wyłącznej strefy ekonomicznej. Na Kiribati mieszka około 135 tysięcy ludzi, z czego ponad połowa żyje na atolu Tarawa, a największe zagęszczenie ludności występuje właśnie na South Tarawa. Sam pas lądu ma miejscami zaledwie kilkadziesiąt metrów szerokości, a mimo to mieszkają tam tysiące ludzi. W wielu miejscach zagęszczenie przekracza 3 000 mieszkańców na kilometr kwadratowy, co jest jednym z najwyższych wyników na całym Pacyfiku.
Kiribati jest również jednym z krajów najbardziej zagrożonych podnoszeniem się poziomu oceanów. Większość wysp wznosi się zaledwie 1–3 metry nad poziomem morza, dlatego od wielu lat mówi się, że w przyszłości część kraju może znaleźć się pod wodą.
Kiribati jest jedynym państwem, którego terytorium leży jednocześnie na wszystkich czterech półkulach. W 1995 roku Kiribati przesunęło przebieg Międzynarodowej Linii Zmiany Daty, dzięki czemu cały kraj znalazł się w tej samej dacie. To właśnie dlatego Wyspa Bożego Narodzenia (Kiritimati) jako jedno z pierwszych zamieszkanych miejsc na świecie wita Nowy Rok.
Gospodarka Kiribati opiera się głównie na rybołówstwie, sprzedaży licencji połowowych, pomocy zagranicznej oraz przekazach pieniężnych od mieszkańców pracujących za granicą. Turystyka nadal odgrywa tutaj bardzo niewielką rolę. Właśnie dlatego infrastruktura turystyczna jest bardzo ograniczona, a standard usług często znacznie odbiega od tego, do czego przyzwyczailiśmy się w innych częściach świata.





























Dzisiaj zaczynamy lekkim śniadaniem, które mamy included w hotelu. Jest całkiem okej, jest bekon, są jajka i wiele innych rzeczy, także całkiem nice, dobre naleśniki. Więc jak na hotel z tak zwanej łapanki i z tym wszystkim, to jest ekstra. Przede wszystkim jest higienicznie w miarę i jest czysto.
Ruszamy najpierw troszkę dookoła lotniska, powolnym tempem. No ten śmietnik i ten syf, to wszystko jest trochę przytłaczające w dalszym ciągu. Objeżdżamy dookoła lotnisko, jest trochę lepiej, robimy fotki przy pasie startowym. Po czym jedziemy przez taką wioskę, która wygląda jak jeden wielki slums. Wjeżdżamy też na teren lotniska, jeździmy przy pasie startowym. Także kolejny fajny experience i ruszamy w stronę North Tarawa.
Jest całkiem nowy most łączący South Tarawę z North Tarawą. Wjeżdżamy na North Tarawę i tam klimat zmienia się całkowicie. Jest znacznie ciszej. Droga jest piaskowa, nie ma już asfaltu, ale też jest tak bardziej naturalnie i bardziej tradycyjnie. Domki są jeszcze biedniejsze, ale nie ma tak dużo śmieci, także to jest duży plus. Jedziemy powoli, dzieci do nas machają radośnie, dorośli zresztą też, także jest przyjemnie. Pogoda jest idealna.
Dojeżdżamy do końca wyspy, bierzemy małą łódeczkę na przeciwną wyspę. Tam jest pięknie. Jest spokój, cisza i piękne kolory oceanu. Chociaż nawet jeden napotkany miejscowy, który, jak się okazuje, był nawet w Polsce, w Gdańsku, odradza nam kąpiel w lagunie. Mówi, że lepiej iść od strony otwartego oceanu, gdzie są większe fale. Pewnie dlatego, że są tak duże zanieczyszczenia wokół wyspy. Ale tak czy inaczej jest pięknie.
Po około dwóch godzinach na North Tarawa jedziemy sobie powolnym tempem wzdłuż Tarawy i dojeżdżamy z powrotem do hotelu na nasz rocznicowy lunch na pomoście. No generalnie jest naprawdę fajnie, widoki są bardzo ładne, jest kolorowo. Poza tymi śmieciami, które zaburzają wszystko, jest całkiem okej.
Po lunchu jedziemy zrobić coś szalonego na naszą 18. rocznicę ślubu. O 18:00 zdobywamy najwyższy szczyt Kiribati, czyli całe 3 metry nad poziomem morza. Cieszymy się, spotyka nas grupka dzieci, która nas po prostu dotyka i nie może się nadziwić, że tutaj jesteśmy. Głaszczą nas jak aksamit i całują nasze dzieci.
Później jedziemy jeszcze na małe zakupy do marketu. Udaje się znaleźć jedną butelkę szampana, jakimś cudem. Mimo że jest prohibicja i po 18:00 już nie sprzedają alkoholu, nam jednak go sprzedają, pakując butelkę do worka po ziemniakach, żeby nie zauważyła policja. Jedziemy otworzyć go na naszą rocznicę już przy późnym zachodzie słońca.
Także 18 lat małżeństwa świętujemy szampanem na Kiribati, po wcześniejszym zdobyciu najwyższego szczytu kraju – całych 3 metrów nad poziomem morza. Tego raczej nie dało się zaplanować.
Około 21:00 wracamy na późną rocznicową kolację. Jedzenie jest tylko w tym jednym miejscu, które jest w miarę higieniczne, czyli w naszym hotelu, więc tylko i wyłącznie jadamy tutaj.
Tak nam minął kolejny dzień na Kiribati, który równocześnie był naszą 18. rocznicą ślubu.































































Ostatni, trzeci dzień na Kiribati. Kręcimy się trochę po okolicy, głównie po North Tarawa. Robimy też ostatnią przejażdżkę po South Tarawa.
Nasze doświadczenia są jednymi z najgorszych, jakie do tej pory mieliśmy na całym świecie. No, być może dlatego, że jest bardzo duże zaludnienie na małej przestrzeni. Jest wiele pewnie powodów, ale jeden dzień w tym miejscu, żeby to zobaczyć, albo dwa spokojnie wystarczą. Albo nawet są o dwa za dużo… nie wiem.
Po pierwsze, no jeden wielki śmietnik, jedno wielkie wysypisko śmieci na oceanie. Niesamowity smród smieci, kanalizacji, odchodów i wszystkiego, wymieszany ze spalinami. Dzieci biegające samopas, bawiące się razem, czasami nawet totalnie nago, razem ze świnkami, kurami, szczurami, myszami i karaluchami.
Do tego wiele dzieci z kurzajkami i zmianami skórnymi na całym ciele, również na twarzy, i to wieloma, wszawica również na całego. No wygląda to bardzo źle. Wszyscy chodzą bez jakichkolwiek butów czy klapek, można powiedzieć, że 90% społeczeństwa chodzi tutaj boso. Naprawdę są to kiepskie, kiepskie widoki. No to jest widok, który po prostu męczy psychicznie. I ten wszechobecny śmietnik.
Także Kiribati zostawia po sobie jak najgorsze wrażenie. Pierwszy raz mamy tak negatywne odczucia co do miejsca, w którym się znajdujemy, i chcemy jak najszybciej z niego wyjechać.
Dzisiejszy dzień poświęcamy głównie na pracę i ogarnianie dalszego etapu podróży. Siedzimy w tym jednym, po prostu jak w enklawie, czystym miejscu na całej wyspie. No może poza ambasadami Australii, Nowej Zelandii i Chin. Ale w naszym hotelu jest naprawdę czysto, biała pościel i dobre, w miarę higieniczne jedzenie, więc jesteśmy jakby w enklawie na wysypisku śmieci.
No współczujemy przede wszystkim ludziom, ale też wszystkim innym stworzeniom: zaniedbany, po uszkadzanym psom, kotom i innym zwierzętom, które znalazły się na tej zapomnianej przez wszystko i wszystkich wyspie, bo tutaj warunki do życia są naprawdę tragiczne.
Nie ma też totalnie nic do jedzenia ani do picia. Nie ma nawet wody gazowanej w żadnej postaci, czy to woda sodowa, czy woda gazowana w puszce, w butelce, czy w jakimkolwiek plastiku. Woda niegazowana również jest słabo dostępna. Za to Coca-Cola, Fanta, Heineken plus Corona w ilościach nielimitowanych.
Ale żeby nie było Coca-Cola Zero czy wszystkie inne napoje bezcukrowe też nie są dostępne. Także cukier na full i tylko totalnie przetworzona żywność. Więc w ten sposób żyją i żywią się mieszkańcy Kiribati.
Także cieszymy się, że stąd wyjeżdżamy. Lądujący samolot, którym mamy odlecieć z tej wyspy, jest dla nas naprawdę dużą radością.
Jutro zmieniamy miejscówkę.










Lecimy na Nauru, a właściwie Republic of Naoero
Oddajemy auto: razem przejechane 250km. Lecimy na Nauru. Także nasz samolot, całe szczęście, przyleciał o czasie na Kiribati i lecimy na Nauru liniami Nauru Airlines. Ten lot Nauru Airlines jest częścią jednego z najbardziej ikonicznych island hopperów na Pacyfiku, obok słynnego United Island Hoppera, którym lecieliśmy rok temu. Trasa Nauru Airlines łączy Brisbane z wyspami środkowego i północnego Pacyfiku, prowadząc przez Nauru, Kiribati, Wyspy Marshalla, Mikronezję aż do Palau, a następnie wracając podobną trasą w kierunku Australii. W drodze powrotnej z Palau samolot przelatuje przez Pohnpei w Mikronezji, Majuro na Wyspach Marshalla, Tarawę na Kiribati i Nauru, a następnie leci do Brisbane.
Rok temu zaliczyliśmy legendarny United Island Hopper, a w tym roku dokładamy do kolekcji kolejny: lecimy jednym z odcinków Nauru Airlines Island Hopper: Tarawa → Nauru. Kolejny wyjątkowy lot przez środek Pacyfiku
Nauru jest jednym z nielicznych krajów na Pacyfiku, do którego wymagana jest wiza i proces wizowy jest mega skomplikowany i wymaga wiele dokumentów oraz potwierdzeń rezerwacji i kosztuje 50AUD za osobę. Trzeba napisać maila do konsulatu w Brisbane i oni odsyłają wytyczne, które trzeba spełnić.
My tak zrobiliśmy. 12 czerwca wysłaliśmy zapytanie do konsulatu w Brisbane dotyczące wiz. 16 czerwca dostaliśmy wykaz dokumentów, które należy dostarczyć. 22 czerwca wysłaliśmy wszystkie wymagane dokumenty i na tym jakby kontakt się urwał. Nie wiadomo było, czy dokument został złożony poprawnie, czy w ogóle został złożony, czy czegoś brakuje. W połowie Lipca wysyłaliśmy maile z zapytaniem, co tam się dzieje z naszym procesem wizowym. Dostaliśmy informację, że dokumenty są procesowane i 28 lipca dostaliśmy na maila gotowe wizy.
Także dzisiaj lecimy do jednego z najrzadziej odwiedzanych krajów na świecie, a nasze wizy mają numery zaczynające się od 359. Także tylko ok 360 wiz w tym roku zostało przyznanych turystom, więc jest to naprawdę wyjątkowo mała liczba.
Godzinny lot z Tarawy i lądujemy na lotnisku w Nauru. Pół godziny czekania do oficera imigracyjnego. Bardzo miło i przyjemnie sprawdza paszporty, wbija pieczątki na całą stronę plus dodatkową obok i witamy w Nauru.
Mamy zamówiony transfer do Menen Hotel, który został zbudowany w 1969 roku i przeżył już swoje przygody.
A cała historia Nauru naprawdę jest totalnie zwariowana i skomplikowana.
Nauru, a właściwie od kilku dni Republic of Naoero
Trafiamy tutaj akurat w naprawdę historycznym momencie. Nauru właśnie oficjalnie zmieniło nazwę na Republic of Naoero. Naoero to miejscowa nazwa kraju używana w języku nauruańskim. Zmiana ma podkreślać lokalną tożsamość i powrót do własnej nazwy zamiast tej utrwalonej przez cudzoziemców.
Także jesteśmy tutaj dosłownie kilka dni po zmianie oficjalnej nazwy państwa.
Cały kraj ma tylko około 21 km² i mieszka tutaj około 12 tysięcy ludzi. To trzecie najmniejsze państwo świata pod względem powierzchni, po Watykanie i Monako.
Co ciekawe, Nauru nie ma klasycznej oficjalnej stolicy. Za centrum administracyjne uznaje się Yaren, ponieważ właśnie tam znajdują się parlament, urzędy państwowe i lotnisko.
Wyspa podzielona jest na 14 dystryktów i w zasadzie nie ma tutaj jednego klasycznego miasta. Zabudowa ciągnie się dookoła wybrzeża i można powiedzieć, że całe państwo jest jedną małą społecznością rozłożoną wokół jednej wyspy.
Historia, która jest wręcz niewiarygodna. Najważniejsze słowo dla zrozumienia Nauru to fosforyty.
Przez tysiące lat na wyspie gniazdowały ogromne ilości ptaków morskich. Nagromadzone przez bardzo długi czas osady bogate w fosfor stworzyły ogromne złoża niezwykle wartościowego surowca wykorzystywanego przede wszystkim do produkcji nawozów. Na początku XX wieku rozpoczęto tutaj przemysłowe wydobycie.
Nauru było kolejno pod wpływem Niemiec, Australii, Wielkiej Brytanii i Nowej Zelandii, a podczas II wojny światowej zostało zajęte przez Japonię.
31 stycznia 1968 roku Nauru uzyskało niepodległość. I wtedy zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Po przejęciu kontroli nad fosforytami do państwa zaczęły płynąć gigantyczne pieniądze. W latach 70. Nauru należało pod względem dochodu na mieszkańca do absolutnie najbogatszych miejsc na świecie. Państwo inwestowało pieniądze za granicą, kupowało nieruchomości, hotele i różnego rodzaju aktywa. Problem polegał na tym, że fosforyty były zasobem skończonym, a ogromna część pieniędzy została źle zainwestowana albo po prostu wydana. Jednocześnie wydobycie dosłownie zniszczyło wnętrze wyspy.
II wojna światowa. Nauru ma również bardzo ciekawą i tragiczną historię z okresu II wojny światowej.
Japonia zajęła wyspę w 1942 roku. Powstało tutaj lotnisko, bunkry, stanowiska artyleryjskie i cały system obronny.
Duża część mieszkańców została deportowana przez Japończyków na Truk, dzisiejsze Chuuk w Mikronezji. Wielu z nich nie przeżyło wojny. Amerykanie bombardowali Nauru, ale w przeciwieństwie do Tarawy nie przeprowadzili tutaj wielkiej inwazji lądowej. Wyspę ominęli i odcięli. Dlatego do dzisiaj w interiorze można znaleźć pozostałości japońskich instalacji wojskowych.
I jeszcze Australia. Nauru przez lata było również bardzo mocno związane z australijską polityką migracyjną.
Australia finansowała tutaj Regional Processing Centre, do którego kierowano część osób próbujących dostać się drogą morską do Australii. Dla Nauru oznaczało to ogromne pieniądze, ale jednocześnie cały system wywoływał wielkie międzynarodowe kontrowersje.
Także przed nami naprawdę ciekawy kraj.
21 km², około 12 tysięcy mieszkańców, gigantyczna historia fosforytów, jedno z najbogatszych miejsc świata w latach 70., późniejsza katastrofa gospodarcza i środowiskowa, okupacja japońska, australijskie centrum migracyjne i teraz jeszcze zmiana nazwy kraju na Republic of Naoero.
Plaże widzieliśmy już na Pacyfiku naprawdę piękne. Tutaj najbardziej interesuje nas historia tego miejsca i zobaczenie na własne oczy, co tak naprawdę wydarzyło się z Nauru.






















Pobudka około 9:00. No, hotel nam się nie podoba. Jest straszny syf i dodatkowo ostro śmierdzi.
A przy okazji około północy wbiło się do nas do pokoju dwóch typków. Jak nas zobaczyli, to coś tam ściemniali, że są niby z obsługi, bo dostali zgłoszenie, że cieknie z sufitu i że nie powinno nas być w pokoju. Także trochę lewa akcja. Ostatecznie nie wiadomo, kto to był. Musieliśmy zaryglować drzwi walizką i meblami, bo klamka od drzwi ledwo co zipie. Musimy mieć auto, wiec poszukiwania. Całe szczęście bus z hotelu podwozi nas do Capelle & Partner, tutaj dużej firmy, która prowadzi między innymi supermarket, Ewa Lodge oraz Ewa Car Rental. Udaje nam się załatwić Toyotę Hilux za 110 dolarów australijskich za dobę, najważniejsze ze jest. Tym bardziej, że od rana pada, więc bez auta ani rusz. Pytamy też, czy mają wolne pokoje w Ewa Lodge, bo pisaliśmy do nich wcześniej, ale nie dostaliśmy odpowiedzi. Mówią, że mają, więc chcemy zobaczyć. Jest znacznie lepiej niż w Menen. Przede wszystkim bardziej czysto i pachnąco. Także postanawiamy, że przy okazji zmieniamy również hotel i przenosimy się do Ewa Lodge.
W Menen poinformowaliśmy o tej sytuacji w nocy, ale jakby nie za bardzo się tym przejęli. Powiedzieliśmy też, że się wyprowadzamy. Powiedzieli, że okej, żebyśmy zapłacili tylko za tę jedną noc. Jedziemy jeszcze na lunch i później meldujemy się w Ewa Lodge.
Pogoda dzisiaj jest mega słaba. Przez większość dnia pada, ale robimy pierwszą rundkę po wyspie. Ogarniamy też pocztówki na poczcie. Jedziemy również na Anibare Bay, widzimy Anibare Boat Harbour oraz japoński bunkier, czyli jedną z pozostałości po II wojnie światowej.
Wybrzeże Nauru jest dosyć specyficzne. Wzdłuż plaży i praktycznie całego wybrzeża jest dosyć, można powiedzieć, igliście. Z wody i przy samym brzegu wychodzą takie ostre, iglaste skały. Mało kto w ogóle tutaj się kąpie ze względu na tak ciężkie i skomplikowane wybrzeże. My właśnie na Anibare Bay znajdujemy miejsce, gdzie nie ma aż tak dużo skał i kamieni, więc jako jedni z nielicznych dajemy radę pomoczyć tutaj tyłki. Przez około godzinę siedzimy sobie w oceanie. Przejeżdżamy również wzdłuż, a w zasadzie dookoła lotniska. Podczas naszej jazdy widzimy lądujący samolot Nauru Airlines. Przejeżdżamy również przez część lotniska, przez którą dzień wcześniej przejeżdżał samolot, którym wylądowaliśmy. Także tutaj też jest to fajnie skonstruowane i wygląda zupełnie inaczej niż w Europie czy gdziekolwiek indziej. Normalna droga i życie wyspy są tutaj praktycznie połączone z międzynarodowym lotniskiem.
Później robimy jeszcze jedną rundkę dookoła wyspy i jedziemy na kolację do azjatyckiej restauracji.
































Drugi dzień na Nauru – Topside, fosforyty i spotkanie z ambasador Izraela
Od rana dzień zaczynamy od odbioru prania w okolicach hotelu Menen. Pranie super zrobione, więc jesteśmy super happy.
Wracamy przez Anibare Bay. To właśnie tutaj najlepiej widać te niesamowite, ostre skały wystające z morza, które zwróciły naszą uwagę już wczoraj. Całe Nauru otoczone jest rafą koralową, a te wystające z wody iglice to przede wszystkim wapienne, dolomityzowane pozostałości dawnej rafy koralowej, przez miliony lat wypiętrzanej i erodowanej przez wodę. Powstały charakterystyczne ostre wapienne pinnacles, czyli iglice. W Anibare Bay część z nich znajduje się bezpośrednio na platformie rafowej i podczas odpływu oraz niższego poziomu wody wystają ponad powierzchnię oceanu. Wygląda to niesamowicie, ale jednocześnie powoduje, że wejście do oceanu jest tutaj dosyć skomplikowane.
Następnie jedziemy zobaczyć pozostałości infrastruktury fosforytowej. Stare instalacje przemysłowe i ogromne konstrukcje służące do ładowania fosforytów na statki są materialnym śladem dawnego bogactwa Nauru.
Wszystko powoli niszczeje i wygląda totalnie surrealistycznie. Jesteśmy na maleńkiej wyspie pośrodku Pacyfiku, a przy samym oceanie stoją potężne, rdzewiejące instalacje przemysłowe, które kiedyś obsługiwały jeden z najbardziej dochodowych biznesów na świecie. Te ogromne konstrukcje wychodzące daleko w ocean służyły do ładowania fosforytów bezpośrednio na statki.
Widzimy również kolejny lądujący samolot Nauru Airlines i tym razem stoimy na zamkniętym przejeździe, żeby przepuścić samolot. Kolejny raz wygląda to świetnie. Samolot ląduje obok normalnej drogi, ruch zostaje zatrzymany, samolot przejeżdża i za chwilę wszystko wraca do normalnego życia.
Następnie jedziemy zobaczyć Buada Lagoon, małe słodkawe jezioro otoczone palmami, znajdujące się wewnątrz wyspy. Nauru nie ma żadnych rzek. Sama laguna powstała prawdopodobnie przez rozpuszczanie wapienia w okresie niższego poziomu morza, a następnie zapadnięcie się terenu. Fajne jeziorko, ładne palmy i jest droga prowadząca dookoła niego.
A następnie jedziemy zobaczyć najważniejsze, co tutaj jest na Nauru, czyli Topside i dawne tereny wydobycia fosforytów. To jest naprawdę surrealistyczny widok i dopiero tutaj można zobaczyć, jak bardzo ta wyspa została eksploatowana. Po wydobyciu fosforytów pozostały ogromne wapienne iglice i praktycznie kompletnie zniszczony teren. W ten sposób zdegradowana została ogromna część wnętrza wyspy.
Co ciekawe, eksploatacja wcale się całkowicie nie skończyła. Widzimy tutaj mnóstwo ciężkiego sprzętu i cały czas podejmowane są różne działania. Kruszone są pozostałości jeszcze głębiej, praktycznie do gołego podłoża, wszystko jest mielone, sortowane i wywożone. Widzimy również transportowane ogromne bloki skalne.
Jak się okazuje, Nauru nadal prowadzi wtórne wydobycie fosforytów. Pierwsze, najbogatsze złoża zostały w ogromnej części wyeksploatowane, ale później rozpoczęto odzyskiwanie fosforytów z materiału pozostawionego po wcześniejszym wydobyciu. Według rządu Nauru wznowienie wydobycia i eksportu nastąpiło w 2005 roku, a wtórne złoża nadal są eksploatowane. Także to, co widzimy na własne oczy, to nie tylko rekultywacja. Tutaj cały czas trwa działalność związana z fosforytami. To wszystko wygląda jeszcze bardziej niesamowicie, kiedy człowiek pomyśli, że właśnie ten surowiec zrobił kiedyś z tej maleńkiej wyspy jedno z najbogatszych miejsc świata, a jednocześnie doprowadził do zniszczenia ogromnej części jej powierzchni.
Na koniec naszej przejażdżki przez środek wyspy zajeżdżamy również do muzeum. Bardzo ciekawe miejsce pokazujące pełną historię tej niesamowitej wyspy od tradycyjnego życia mieszkańców, przez fosforyty, II wojnę światową, aż po współczesne Nauru.
Oglądamy również parlament i budynki rządowe. Tutaj cały czas trzeba sobie przypominać, że jesteśmy w niezależnym państwie, które ma zaledwie 21 km². Nie ma nawet oficjalnej stolicy, a właśnie okolice Yaren pełnią funkcję centrum administracyjnego kraju.
U nas w hotelu, jak się okazuje, mieszka również ambasador Izraela na Fidżi. Izrael dopiero w czerwcu tego roku otworzył nową ambasadę w Suvie, więc jest to naprawdę świeża misja dyplomatyczna. Spotykamy panią ambasador na lunchu ze swoim asystentem, a później kolejny raz na kolacji w restauracji The Bay.
Zagadujemy przy wyjściu, co tam słychać i że cały czas jadamy w tych samych miejscach. Kończy się na około półgodzinnej pogawędce. Są mega zainteresowani naszymi podróżami i wyspami, które odwiedziliśmy. Także bardzo fajna i miła pogawędka na Nauru.
Jeśli chodzi o jedzenie, to koniec końców nie ma tutaj za dużego wyboru. Jest chińska restauracja, w której jedliśmy wczoraj kolację. Jest The Bay, gdzie wczoraj jedliśmy lunch, a dzisiaj kolację. Jest też restauracja w hotelu Menen raczej burgery, fast food i tego typu jedzenie gdzie pierwszego wieczoru jedliśmy kolację, a dzisiaj lunch.
Także trzy miejsca, które są w miarę okej i właściwie na tym kończy się nasz większy wybór.
Po całym dniu, przejażdżce przez środek wyspy, Topside, Buada Lagoon, muzeum, parlamencie i kolejnej rundce po tym maleńkim państwie jedziemy na kolację i wracamy do hotelu.
Nauru jest naprawdę totalnie inne od wszystkich wysp, które odwiedziliśmy do tej pory. Tutaj najciekawsza jest historia tej wyspy i to, co człowiek zrobił z nią przez ostatnie ponad 100 lat.
























































































Ostatni dzień na Nauru i lecimy na Fidżi
Dzisiaj pobudka mega leniwie, chyba koło 11:00. Zbieramy się na spokojnie coś zjeść.
Ewa Lodge i Capelle & Partner są mega wyluzowani i pozwalają nam zostać do 17:00 w pokojach i oddać samochód dopiero na lotnisku, kiedy będziemy jechali na check-in. Mamy po prostu zostawić kluczyki w aucie i tyle. Przejechaliśmy łącznie 230km. Takie bardzo fajne podejście do klienta pod każdym względem.
Jedziemy jeszcze na jedną rundkę wokół wyspy, jedziemy na pocztę wysłać jedną kartkę i jemy lunch na spokojnie u Chińczyka. Dzisiaj leje od rana, więc pogoda mega kiepska.
Około 17:00 kierujemy się na lotnisko, a tam stoi wielki wojskowy samolot z Australii, który, jak mówią, podobno przywiózł nowy wóz strażacki. Stoi zaparkowany na środku pasa startowego, z otwartymi drzwiami, chodzą tam jacyś ludzie, ale po około 20 minutach odlatuje i widzimy start tej potężnej maszyny prosto przed naszymi oczami.
Idziemy na check-in. Dzisiaj lecimy liniami Nauru Airlines do Suva na Fidżi. Leci z nami również nasza nowa znajoma VIP. W samolocie wszystkich jest raptem 28 osób. Odlatujemy o czasie o 19:45 i o 23:00 lądujemy w Suva.
Tam nie wiemy, co się dzieje, czy jakaś awaria, czy w ogóle o co chodzi, ale dla około 20 osób przejście kontroli paszportowej zajmuje ponad godzinę. Czeka na nas koleś z wynajętego Airbnb i jedziemy do naszego apartamentu 50 Apartments, około 10 minut od lotniska. No jakość, jak to zwykle, nie jest za dobra, ale nie mamy wyjścia. Zostajemy tutaj na dwie noce. Idziemy spać około 3:00 nad ranem.
Tak kończymy nasz pobyt na Nauru.





















Lecimy na Tuvalu – czwarty najmniejszy kraj świata.
Dziś pobudka o 6:45 i o 7:30 ruszamy taksówką na lotnisko. Dzisiaj lecimy liniami Fiji Airways na Tuvalu, czwarty najmniejszy kraj świata. Wylot miał być o 9:45, niestety przesuwa się na 10:30. Dwie i pół godziny lotu i jesteśmy na Tuvalu. Lądujemy na jednym z najbardziej unikalnych lotnisk na świecie. Funafuti International Airport ma jeden pas startowy o długości około 1524 metrów i jest jedynym międzynarodowym lotniskiem w całym kraju.
Podczas lądowania lotnisko nawet nie jest normalnie odgrodzone od życia wyspy. Po prostu wstrzymywany jest ruch samochodowy, motorowy i pieszy, samolot ląduje, a później pas startowy znowu jest użytkowany przez mieszkańców do normalnego funkcjonowania wyspy. Jeśli chodzi o Tuvalu, to zaczyna się od przygód, bo mieliśmy zarezerwowany nocleg, ale nikt nie odzywał się do nas już od wczoraj. Nikogo też nie ma na lotnisku.
Ale najpierw idziemy na lunch do Sue’s Kitchen na fish and chips. Z restauracji oglądamy też odlot naszego samolotu z powrotem na Fidżi, także fajne rozpoczęcie pobytu na Tuvalu.
Rozmawiamy z miejscowymi i mało kto w ogóle słyszał o naszej akomodacji, więc zaczyna wyglądać to chyba słabo.
Zostawiamy dzieci z bagażami i idziemy przejść się po wyspie. Znajdujemy nasze lokum, ale tam jakby nikt nie wie, że mamy coś wynajęte. Poza tym mówią, że mają jeden pokój, ale warunki są tragiczne, także może dobrze, że tam się nie udało. Idziemy do kolejnego miejsca. Tutaj lokalnemu człowiekowi jest bardzo przykro, ale mówi, że jest full. Ma fajny lodge, ale ciężko będzie coś znaleźć. Mówi jednak, żebyśmy przyszli za godzinę, to zobaczy, co da się zrobić.
Idziemy dalej, szukamy i przy pasie startowym znajdujemy Lilah’s Lodge. Mają jeden wolny pokój dwuosobowy. Mówimy, że jesteśmy we czwórkę, więc pokazują nam jeszcze większy pokój, tylko że ktoś w nim mieszka. Mówią, że zapytają, czy ta osoba może przenieść się do mniejszego pokoju i wtedy nie będzie problemu, żebyśmy zostali.
Tam jest jakaś strasznie nerwowa Chinka ze złą energią, która zaczyna krzyczeć i wyzywać właściciela, czego on w ogóle od niej chce i tego typu rzeczy. Straszy, że się wyprowadzi, więc on mówi, żeby się w takim razie wyprowadziła, oddaje jej pieniądze i ostatecznie przyjmują nas.
Koniec końców mamy nawet dwa pokoje, więc jest spoko. Jakość jest okej. Nie ma ciepłej wody, ale chyba nigdzie nie ma tutaj ciepłej wody w tych pensjonatach, więc akceptujemy. Zresztą Lilah’s Lodge jest oficjalnie opisywany jako mały, trzy-pokojowy guesthouse położony właśnie przy pasie startowym.
Właściciel od razu podwozi nas swoim pick-upem do sklepu, więc robimy szybkie zakupy, bo jutro jest niedziela i wszystko będzie zamknięte. Rozmawiamy też, czy nie ogarnie nam skuterów. W międzyczasie załatwia nam dwa skutery. Przyjeżdżamy po zakupach, a dwa skutery już stoją. Także pełen serwis. 😁
Wprowadzamy się, zostawiamy wszystkie graty, bierzemy skutery i ruszamy zwiedzać wyspę.
Jeździmy wzdłuż pasa lotniska, później w głąb wyspy i na samo południe. Sam fakt jeżdżenia skuterem praktycznie przy pasie międzynarodowego lotniska jest tutaj czymś zupełnie normalnym. Tak schodzi nam do około 21:00. Jemy jeszcze na szybko kolację u Chińczyka. Jest już ciemno, więc wracamy do naszego lodge.
Tak zaczyna się nasz pierwszy dzień na Tuvalu
Nie mamy noclegu, którego byliśmy pewni, że mamy. Chodzimy po wyspie i szukamy czegoś z ulicy. Trafiamy na Lilah’s Lodge, koniec końców dostajemy dwa pokoje, właściciel wozi nas na zakupy, organizuje dwa skutery i kilka godzin później jeździmy już po jednym z najmniejszych i najbardziej odległych państw świata.
Tuvalu zaczyna się naprawdę ciekawie.



















Dzisiaj objeżdżamy wyspę wzdłuż i wszerz naszymi skuterami. No właściwie nie ma z tym problemu, bo czasami wyspa ma zaledwie 15 albo 20 metrów szerokości. Wzdłuż jest jej całkiem spory kawałeczek, ale dzisiaj jest niedziela, więc ruch jest mały, ludzi też mało. Jedziemy sobie od jednego końca wyspy do drugiego na spokojnie, zatrzymując się tu i ówdzie.
Wyspa jest też w wielu miejscach zniszczona. Domy i domostwa też są poniszczone. Jest na pewno czyściej niż na Kiribati, ale też jest niezły bałagan.
Po południu integrujemy sie z miejscowymi na lotnisku. Dzieciaczki jeżdżą skuterami wokół lotniska, a my latamy też dronem. To chyba jedyne lotnisko na całym świecie, gdzie można polatać dronem i to jeszcze na dodatek na pasie startowym. Także totalny luz i spokojne życie na jednej z najmniejszych i najbardziej odległych wysp świata.
Atrakcją jest samo Tuvalu i obserwowanie, jak funkcjonuje państwo mające 26 km² lądu.
Tuvalu to 4. najmniejsze państwo świata pod względem powierzchni. Ma tylko około 26 km² lądu, ale ten skrawek jest rozrzucony po ogromnym obszarze Pacyfiku. Kraj składa się z 9 zamieszkanych wysp i atoli.
Ludność jest naprawdę mikroskopijna: najnowsza wartość Banku Światowego to około 9 646 mieszkańców w 2024 r.
Stolicą jest formalnie cały atol Funafuti, a nie jedno miasto. Wysepka, na której jestesmy nazywa się Fongafale. To właśnie tutaj są lotnisko, rząd, sklepy, banki i większość infrastruktury.
Funafuti jest niesamowicie wąskie. Fongafale ma w najszerszym miejscu około 400 metrów szerokości, a miejscami zaledwie około 20 metrów. Z jednej strony mamy ogromną lagunę, z drugiej otwarty Pacyfik.
Laguna Funafuti jest za to gigantyczna: około 275 km². Czyli sama laguna ma powierzchnię ponad 10 razy większą niż cały ląd Tuvalu. To najlepiej pokazuje, czym jest atol: ogromny pierścień oceanu otoczony mikroskopijnymi fragmentami lądu.
Lotnisko jest jednocześnie… placem miejskim. Kiedy nie ma samolotu, pas startowy Funafuti Airport jest normalną przestrzenią publiczną. Ludzie spacerują, dzieci grają w piłkę, jeżdżą motocykle, odbywają się spotkania, jogging czy nawet joga. Nie ma klasycznego ogrodzenia oddzielającego runway od miasta. Kiedy zbliża się samolot, teren musi zostać opróżniony. Lotnisko powstało podczas II wojny światowej. Amerykanie zbudowali je w 1943 r., kiedy Funafuti było bazą operacji przeciwko Japończykom.
Jeden z najbardziej płaskich krajów świata. Tuvalu praktycznie nie ma wzniesień.
Najwyższe naturalne punkty mają tylko kilka metrów nad poziomem morza. I właśnie dlatego zmiany klimatu są tutaj czymś bardzo namacalnym. Podczas king tides woda morska może wdzierać się na ląd również od dołu przez porowaty koralowy grunt. Problemem nie jest więc wyłącznie wizja „fali zalewającej wyspę”.
Dochodzi zasolenie wód gruntowych, erozja, zalewanie infrastruktury i problemy z uprawami. Bank Światowy zalicza Tuvalu do najbardziej podatnych na skutki zmian klimatu państw świata. Ale historia „Tuvalu zaraz zniknie pod wodą” jest zbyt uproszczona To ciekawszy temat, niż często pokazują media. Atol nie jest betonową wyspą. Jest dynamicznym systemem koralowym, który może zmieniać kształt, przesuwać piasek i w pewnych warunkach zwiększać powierzchnię. Dlatego problemem nie jest tylko pytanie: „Kiedy Tuvalu znajdzie się pod wodą?”
Znacznie ważniejsze jest: „Czy będzie można tam normalnie mieszkać?”
Bo nawet zanim wyspa fizycznie zniknie, zasolenie wody, częste powodzie, erozja, upały i uszkodzenia infrastruktury mogą dramatycznie utrudnić życie. Tuvalu ma też wyjątkową umowę z Australią. Australia stworzyła specjalną ścieżkę migracyjną dla mieszkańców Tuvalu. Rocznie może z niej korzystać ograniczona liczba Tuvaluan, którzy otrzymują możliwość życia, pracy i studiowania w Australii.
To jeden z pierwszych na świecie przykładów przygotowywania legalnej migracji całego społeczeństwa zagrożonego zmianami klimatu. Jednocześnie Tuvalu walczy o to, żeby nawet w przypadku zmian fizycznego terytorium zachować państwowość, granice morskie i kulturę. A te granice morskie są warte fortunę
Tuvalu ma 26 km² lądu, ale kontroluje ogromną wyłączną strefę ekonomiczną na Pacyfiku. I tutaj pojawia się tuńczyk. Sprzedaż zagranicznym flotom praw do połowów jest jednym z głównych źródeł pieniędzy państwa. W latach 2015–2018 prawa połowowe dawały ponad połowę dochodów państwa. Czyli gospodarka Tuvalu w dużym stopniu zarabia nie na tym, co znajduje się na wyspach, lecz na tym, co pływa w oceanie wokół nich.
I jest jeszcze słynne .tv To jedna z najlepszych ciekawostek. Kod internetowy Tuvalu to: .tv
A ponieważ „TV” oznacza na całym świecie television, domena stała się niezwykle atrakcyjna dla serwisów streamingowych, telewizyjnych i medialnych. Tuvalu zarabia więc pieniądze na udostępnianiu swojego internetowego oznaczenia kraju. Dochody z .tv, obok rybołówstwa, pomocy międzynarodowej, przekazów od emigrantów i Tuvalu Trust Fund, są elementem nietypowego modelu gospodarczego kraju.
26 km² lądu, a kawałek alfabetu internetowego jest aktywem narodowym.
Bylismy w jednym z najmniejszych i najbardziej odizolowanych państw świata i zobaczyliśmy, jak naprawdę się tam żyje.






































Dziś mamy mega śmieszny poranek, bo właściciele postanowili nas obudzić, puszczając nam muzykę na fulla o 7:30 rano. 😁
O 8:00 dostarczają nam śniadanie do pokoju, także super service. Naprawdę bardzo miło i z zaangażowaniem, aż nawet można by powiedzieć trochę za dużym. Ale nie ma co marudzić, bo naprawdę ten nocleg jest świetny i Ci ludzie, właściciele, są również świetni.
Dziś od rana sprzątanie lotniska, wczoraj nie było lotu wiec dziś przygotowania do lecącego tu samolotu z Fiji Jedziemy jeszcze zrobić rundkę dookoła lotniska i zatankować skutery. Okazuje się, że nie ma dzisiaj paliwa na wyspie, więc nie mamy możliwości zatankować. Jedziemy też na pocztę. Znaczków jest dużo, ale nie możemy zapłacić, bo nie mają gotówki. Nie można też robić fotek. Główny zakaz to właśnie zakaz robienia zdjęć. Nie wiemy, jaki jest w tym cel, ale taki jest. Oddajemy skuterki, przejechaliśmy po 78 km … wow 🙂
O 12:00 robimy check-out, jedziemy na lotnisko, robimy check-in na samolot i jedziemy jeszcze na lunch.
O 15:30, czyli godzinę po terminie, startujemy Fiji Airlines w stronę Nadi na Fidżi. Dwie i pół godziny lotu i lądujemy około 18:00. Poznajemy fajną parkę Polaków, którzy mieszkają w Australii. Przyjechali na Fidżi na nurkowania i zwiedzanie. Umawiamy się z nimi w zasadzie od razu na koreańskiego grilla, na którego jedziemy taksą, a oni, jak się okazuje, mieszkają pięć minut spacerem od niego. Także jeszcze przez dwie godziny fajnie sobie rozmawiamy o życiu i podróżach.
I tak kończymy naszą krótką, ale naprawdę ciekawą przygodę z Tuvalu.
















Po dwóch nockach na Fidżi i krótkim chilloucie ruszamy dalej. Dzisiaj na luzie, pobudka o 10:00, mimo że check-out był właśnie do 10:00. O 11:00 opuszczamy hotel, już nawet do nas dzwonili, i jedziemy na lotnisko.
Dzisiaj mamy w planie lot o 13:40 liniami Fiji Airways do Honiary na Wyspach Salomona.
Dzisiaj taka sytuacja, że dopłaty za bagaż nadawany są tak potężne, że bardziej opłaca nam się zrobić upgrade do business klasy. Więc tak robimy i przy okazji dzisiaj lecimy business class. Mamy salonik na lotnisku, wszystkie linie priority i dodatkowo full pakiet internetu w samolocie.
Dwie i pół godziny lotu i lądujemy na Solomon Islands. Jest godzina do tyłu, więc do Polski mamy teraz już tylko +9 godzin.
Kobieta z naszego Airbnb czeka na nas i jedziemy około 15 minut do apartamentu. Jest całkiem nice, czysto i miło, co najważniejsze, i jest też ciepła woda.
Ale okolica jest dosyć dziwna. Bardzo wysokie płoty, wszystko obwieszone drutem kolczastym i zakratowane. Pytamy więc o bezpieczeństwo. Mówi, że jest bezpiecznie, ale lepiej, żebyśmy po zmroku nie chodzili. No to nie wiem, jak to rozumieć, ale okej. 😁
Idziemy na szybką rundkę po okolicy, trochę nad morze. Plaże są z czarnego piasku i brudne, pełno plastiku.
Ludzie też wyglądają zupełnie inaczej niż ci, których spotykaliśmy do tej pory na Polinezji. Wyspy Salomona należą już do Melanezji, a zdecydowana większość rdzennej ludności to Melanezyjczycy. Widać to od razu ciemniejsza skóra, często mocno kręcone włosy i zupełnie inny wygląd niż na odwiedzanych przez nas wcześniej wyspach Polinezji. I jest jeszcze jedna rzecz, której praktycznie nie da się tutaj nie zauważyć betel nut, czyli orzech areki.
Ludzie żują go praktycznie wszędzie. Sam orzech areki często żuje się razem z liściem pieprzu betelowego i wapnem. Po wymieszaniu tego wszystkiego podczas żucia ślina robi się intensywnie czerwona. I później ludzie po prostu tym plują. Dlatego w wielu miejscach na ulicach, chodnikach czy przy drodze widać charakterystyczne czerwone plamy. Sprzedaż betel nut jest bardzo popularna w Honiarze i odbywa się praktycznie na każdym kroku i przez cały dzień.
Na początku wygląda to dosyć dziwnie, bo człowiek ma wrażenie, że ktoś ma zakrwawione całe usta i pluje krwią, a to właśnie efekt żucia betel nut.
Idziemy też na lunch i kawkę. Trafiamy do całkiem spoko kawiarno-restauracji Cozy Cove Cafe, więc tam sobie spokojnie jemy i pijemy.
Podczas spacerku ludzie mega się na nas patrzą. Rzucamy się w oczy, jesteśmy praktycznie jedynymi białymi. Nikt jakoś wyjątkowo się nie uśmiecha ani nie wita. Czasami do kogoś zagadamy, to normalnie odpowiada, ale nie ma tutaj tej wielkiej radości i machania, które mieliśmy na Samoa, Tuvalu czy innych wyspach. Bardziej siedzą, rozmawiają, żują betel nut i plują tą czerwoną śliną.
Także już po pierwszych kilku godzinach widać, że Melanezja to inny Pacyfik niż Polinezja, którą podróżowaliśmy przez ostatnie tygodnie. Około 19:00 jesteśmy już z powrotem na miejscu i szykujemy się do dalszej drogi jutro.
Przyroda, roślinność i czarne plaże Guadalcanal
Sama przyroda robi tutaj zupełnie inne wrażenie niż na odwiedzanych wcześniej wyspach. Guadalcanal jest wyspą wulkaniczną, a nie płaskim atolem koralowym. Jest górzysta, wilgotna i mega zielona. Wokół jest bardzo bujna tropikalna roślinność, las deszczowy, palmy, ogromne drzewa, paprocie i wszystko rośnie tutaj praktycznie na maksa. Duża ilość opadów, wysoka temperatura i wilgotność powodują, że roślinność jest naprawdę gęsta i żywa.
Charakterystyczne są też ciemne, miejscami praktycznie czarne plaże. To właśnie efekt wulkanicznego pochodzenia Guadalcanal. Skały wulkaniczne przez tysiące lat są rozbijane i ścierane przez ocean, rzeki i pogodę, a powstały z nich ciemny materiał trafia na wybrzeże. Dlatego zamiast białego koralowego piasku, który mieliśmy chociażby na Tuvalu czy wielu wyspach Polinezji, tutaj mamy ciemny, miejscami prawie czarny piasek.
Także krajobraz jest zupełnie inny od razu widać, że jesteśmy już w zupełnie innej części Pacyfiku.
Witaj Przygodo!
Niech będzie zdrowo …niech będzie radośnie !
Niech Świat bedzie Przyjacielem dni…
@ZULA: Ahoj Przygodo :). Pozdrawiamy
Dzień dobry
Od kilku dni usiłuje dodać komentarz, myślę ,że dzisiaj zrobię już dobrze!
Dni nurkowania to bajka i dla mnie także gdy oglądam CUDNE zdjęcia. Świat podwodny piękny.
Życzę samych wspaniałych dni…
@ZULA: Super ze sie udało. Dziękujemy i pozdrawiamy
Dzisiaj przeczytałam Wasz Manifest – tekst bardzo mądry i głęboki. Podziwiam !
Samoa- patrzę i myślę ,że nigdy bym nie oglądała gdyby nie Wasza wyprawa. Uczycie wiele !
A autobusy piękne…dziękuję
Dobrych radosnych dni!
@ZULA dziękujemy. Bardzo nam milo słyszeć Twoje słowa. Cieszymy się i pozdrawiamy serdecznie
Witajcie…tak sobie myślę, że pewno jesteście jedynymi Polakami,którym udało się w te odległe rejony dojechać. Wielkie brawo za pasję i ciekawość Świata! Ciekawe spotkania i dodatkowo dla mnie wspaniała lekcja geografii – bardzo dziękuję!
@Zula: było pewnie już kilka osób z Polski ale nie za wiele. .:) pozdrawiamy
Fantastyczny widok z przylotu…miejsce wyjątkowe.
Życzę dobrych i radosnych dni!
Zdjęcia piękne- usmiech wzbudził kiszony ogórek gdzieś na Bora Bora!
Pozdrawiam
Hahaha, Tak kiszony ogórek musi byc choćby na końcu świata 🙂 Pozdrawiamy serdecznie
Niedzielny poranek z takimi widokami to miód dla oka!
Cudnie tam i wielkie brawa za wszystkie zdjęcia …na brzegu i w wodzie. Natura jest piękna-
Gdybym miała wybrać najpiękniejsze zdjęcie to to na łodzi z bryzą i jeszcze jedno…kieliszek z piaskiem i wodą!! Brawo…no ale wszystkie są fantastyczne.
Pozdrawiam serdecznie
@ZULA: dziękujemy i pozdrawiamy
Kolejne dni w wodzie i z owocami morza …na żywo!
Jestem niestety z tych osób co nie poznał Świata podwodnego. Myślę,że bałabym się. Dobrze ,że są różne zainteresowania. Czytam I oglądam zdjęcia a Wy spełniacie marzenia!
Niech się dzieje…
@ZULA: tak no my kochamy podwodny Świat. Pozdrawiamy
Brawo za metry pod wodę i wspaniałe utrwalenie Świata podwodnego ! Widoków nikt nie zabierze a ja ,,szczur,, lądowy mogę podziwiać.
Dania posiłków urozmaicone a ostatni domek wyjątkowy.
Pies tak jak rudzik z Polski a dostrzegłam także kota!
Niech radość z Was bucha !
Wspaniałych kolejnych dni…
Dziękujemy Zula. Pozdrawiamy
No I pomieszałam !
Anonim to zula!
Pozdrawiam serdecznie…
Wiemy 🙂 Pozdrawiamy
Nowe miejsce , dzikie ale jakże piękne. Zachwyciły mnie widoczne gwiazdy na niebie…w dzień!
Oczywiście podziwiam pasje nurkowania lecz bałabym się stworów morskich :). Kot taki nasz!
Pozdrawiam i życzę moc radości!
@ZULA: Tak piękna, dzika i bardzo spokojna wyspa. Pozdrawiamy serdecznie
Wyspa wyjątkowa podziwiam !
Podziwiam opis i moc wiadomości- dowiaduję się bardzo wiele o tym odległym maleńkim miejscu .
Serdecznie pozdrawiam.
Wyspa wyjątkowa podziwiam !
Podziwiam opis i moc wiadomości- dowiaduję się bardzo wiele o tym odległym maleńkim miejscu .
Serdecznie pozdrawiam.
@ZULA: Niue jest niesamowite. Pozdrawiamy serdecznie
Czytam zapis z wyjątkowej uroczystości rocznicy zawarcia małżeństwa- niech Państwu żyje się zdrowo i szczęśliwie!
A odkrywania Świata będzie zawsze Wam towarzyszyć…wszystkiego najlepszego!
ZULA: Dziękujemy bardzo 🙂
Wyspa szczęśliwa bo I mieszkańcy życzliwi! Wszystko załatwione można więc zwiedzać- pozdrawiam serdecznie !
ZULA@ Tak jest ludzie sa świetni. Jak na całej polinezji w zasadzie 🙂 pozdrawiamy