Dookoła świata na zachód: Rio de Janeiro, Iguazu, Ciudad del Este, Buenos Aires, Colonia, Hanga Roa, Tahiti, Moorea, Bora Bora, Ile des Pins, Port Villa, Cairns, Bali.
Nasza podroż dookoła świata zbliża się wielkim krokami. Plan ogólny jest… od 04.10 zaczynamy pomału rezerwować miejsca i bilety. Nie będzie to standardowa podroż , na standardowych biletach lotniczych dookoła świata. Będą miejsca z listy marzeń i podroż dla nas jedyna w swoim rodzaju. Zaczynamy już niedługo od Rio de Janeiro..

Zaczynamy z domu o 2.15 w nocy- kierunek Tegel. Po 2 godzinach jesteśmy na lotnisku, i punktualnie o 6 rano odlatujemy do Lizbony liniami Tap Portugal. Dawno nie było tak pustego samolotu. 3,5 h i lądujemy w Lizbonie. 2 godziny przerwy na Śniadanie i kawke, maja tez bardzo fajny sklep tylko z sardynkami. O 10.35 zapakowanym na ful samolotem Tap Portugal odlatujemy w 10,5 godzinny lot w stronę Rio de Janeiro. Tap Portugal to nie Emirates, czy qatar ale żadna europejska linia nie ma co się z nimi równać. Loty były bardzo okey, na czas, jedzenie i picie do woli , uśmiechnięta i mila obsługa. Przestawiamy zegarki -3h i o 18.35 ladujemy w Rio, sszybak odprawa i witamy w Brazylii, odbieramy bagaże, wymieniamy dolce na Reaisy, i taksowka za 100 $R (oficjalna cena 130) jedziemy ok. 45 minut na Copacabane…. W końcu tu jesteśmy, yuppie. Hotel mamy przy samej plaży, także wizyta na Copacabanie: Miramar Hotel by Windsor, kolacja i o 23 czyli o 2 naszego czasu dzieciaczki padaja…




Copacabana: jedna z najsłynniejszych plaz swiata, długa na 4,5km znajdujaca się w dzielnicy Rio o tej samej nazwie. Dzielnica ta należy do najbardziej zaludnionych dzielnic swiata.
My na początek pobytu w Brazyli bez pospiechu, po pysznymi i mega obfitym śniadaniu, wyruszyliśmy na spacerek po promenadzie Copacabany. Słońca niby nie było ale jak sie okazało wieczorem, wszyscy jesteśmy spaleni. Dzieciaczki w drodze powrotnej przez prawie 4km skakały w ocenie w pełnej radości i euforii. W oddali widać pomnik Jezusa… Dobry początek wyjazdu.













Dziś pochmurno i deszczowo. W planie mamy spotkanie ze znajomymi z Zielonej Góry którzy wczoraj przylecieli tez do Rio i mieszkają w hotelu 8km od naszego. Po śniadaniu bierzemy taski i jedziemy do nich. Wesołe spotkanie, dziciaczki w 4 wariują w basenie, my próbujemy brazylijskie ostrygi, potem podjeżdżamy kawałek autobusem w stronę Ipanemy i kierujemy się spacerkiem w stronę Copacabany. Spacer co chwile przerywany jest przez dosyć obfite opady, które przeczekujemy w plażowych barach. Ok. 18 docieramy wspólnie docieramy do naszego hotelu i ostatecznie taksówkami jedziemy na Ipaneme na najlepsze steki w Rio… Dzieciaczki po wczorajszych 9 km na pieszo i dzisiejszych 11,5 po powrocie do hotelu po prostu padają.












Dziś pogoda znacznie lepsza, słonce świeci, Malo chmur. Trzeba zobaczyć Jesusa (Corcovado) z bliska i klika innych rzeczy. Znajomi przyjeżdżają do nas o 11 i ruszamy 2 taksówkami w strone Jesusa. Po drodze dogadujemy się z taksówkarzem ze będzie dzis z nami jeździł i pokaże to co chcemy za 150$R. Uderzamy najpierw na taras widokowy na Rio de Janerio, niedaleko Jezusa, widoki powalają. Potem już sam Jezus. Trzeba jeszcze zapłacić za autobus, który podwozi na sama gore po 28$R, dzieci free. Figura robi większe wrażenie, niz nasz pobliski Jezus ze Świebodzina i widoki na cele Rio powalają dalej 🙂 Przejeżdżamy przez fawele pilnowane przez uzbrojone wojsko… Następnie jedziemy do zabytkowej dzielnicy St Teresa: zabytkowe tramwaje, nastepnie kolorowe schody- jedna z atrakcji Rio. Jemy tam obiad w lokalnej knajpce. Następnie jedziemy na Sugar Loaf, gdzie za 80$R wjeżdżamy gondola na gore z której można podziwiać panoramę całego Rio i Jezusa górującego nad całym miastem…. Widoki cały cza powalają. Widokowo Rio robi mega wrażenie. Wieczorem wracamy do hotelu i dzieciaczki wskakują do basenu. Wyjątkowo udany dzionek.


























Większość dnia na Copacabanie, chillout, gry i zabawy, obiad z owoców morza, spacerek, wieczorem basen. Zegnamy się ze znajomkami, my jurto zmieniamy miejscówkę…



Rano się ogarniamy jeszcze śniadanie z szampanem i bierzemy taksówkę na lotnisko tym razem70R$ bez targowania. Dziś ruch na Copacabanie ustawiony tylko w jedna stronę, jakby wylotowa z miasta, jak oni się nie gubią jeżdżąc de facto pod prąd? Jakoś dają rade. Na lotnisku elektroniczny check-in, lecimy linia Latam za ok. 60 euro/ osoba w jedna stronę plus bagaże za które maszyna nie przyjmuje płatności, kolejna kolejka, walizki za ciężkie, chcą liczyć razy 2, przepakowanie jakoś jest trochę lżej, ale tez nie mogą przyjąć płatności, wysyłają nas w kolejne miejsce, tam znowu kolejka a czasu do odlotu coraz mniej, dostajemy Priority Line i udaje się w końcu zapłacić i dostać nowe bording passy. Ostatecznie dopłata za bagaże to jeden dodatkowy bilet ale zamieszanie na 1,5h. Do odlotu pol godziny, przechodzimy przez kontrole, biegiem do bramki i o czasie odlatujemy 11:45. 1,4h lot i spokojnie lądujemy w Iguassu Falls po stronie brazylijskiej. Bagaże dojechały również 🙂 Ogarniamy szybko transfer do Argentyny za 120 $R: 17km, szybko tajnymi kierowcy ścieżkami przez granice, brazylijska celniczka pozwala naszym grzdylom powbijać pieczątki do paszportów, także pełnia szczęścia i logujemy się w pięknym hotelu w Dżungli nad brzegiem rzeki Iguazu. Obiad, dzieci wyczekiwany basen i chillout do wieczora. Znacznie cieplej i wilgotniej niż w Rio ok. 32 stopnie. W Argentynie czas dodatkowo minus 1h, razem -4.













Dziś oglądamy wodospady od strony Argentyny. Po śniadaniu zamawiamy taksowke i za 780 Peso w obie strony jedziemy na wodospady. Pogoda piękna 32 stopnie i słonce. Wyciągamy Peso z bankomatu, kupujemy wejściówki dorośli po 500 i Luizka 130, Vinio do 6 roku życia included. Uwaga: chcą sprawdzać dokumenty dzieci czy faktycznie wiek się zgadza. Wchodzimy i od razu kierujemy się kolejka na Gargantua del Diablo. Spektakularny wodospad… Następnie 2 pozostałe trasy.. Jest pięknie, widoki nie do opisania, przeżycia również, dzicieczki przeszczęśliwe… przemoczone od wody z wodospadów. Schodzi nam ponad 6 godzin. To 3 nasz w tym roku z 7 nowych cudów natury




























Dziś jedziemy na wodospady po stronie Brazylijskiej, ta sama taksówką za ta sama kasę. Zajeżdżamy jeszcze na granicy do Duty Free, po okulary przeciwsłoneczne dla tatusia bo dziś kolejny raz rozwalił swoje. Na granicy bez kolejki, po stronie brazylijskiej znowu samodzielne wbijanie pieczątek przez dzieciaczki u tej samej celniczki i jesteśmy znowu w Brazylii. Strona brazylijska wodospadów jest trochę spokojniejsza, trochę mniej spektakularna., duzo mniej trzeba chodzic. Wodospady widać na wprost a nie jak po stronie argentyńskiej najczęściej z dołu albo z góry. Tak czy inaczej kolejny dzień z uczta dla zmysłów, z pięknymi widokami i szumem spadającej wody. Dziś tez tak bardzo nie zmokliśmy od spadającej wody. Czas potrzebny tutaj jest znacznie krótszy, wsysaczy ok. 3-4 godziny. Nam zeszło 5 z obiadem nad brzegiem rzeki i widokiem na początek Diabelskiego wodospadu. W drodze powrotnej wydajemy ostatnie Reale na pyszne brazylijskie kokosy, spotykamy tez ku uciesze przede wszystkim Viniego jego ulubionego Transformersa i wracamy do hotelu na basen w którym dzieciaczki siedzą do ciemnego.
Wodospad Iguazu znajduje się na granicy argentyńsko-brazylijskiej. 80% obszaru wodospadu jest na terytorium Argentyny, natomiast pozostałe 20% na obszarze Brazylii. Wodospad ma szerokość około 2 km i składa się z 275 odrębnych progów skalnych. Średni przepływ wody wynosi 1756 m³/s. Szum wody słyszany jest w promieniu 20 km.
Granica argentyńsko-brazylijskiej przebiega centralnie przez Diabelską Gardziel (hiszp. Garganta del Diablo), największą kaskadę wodospadu Iguazu. Woda w tym miejscu spada aż z 82 m, a więc z wysokości większej niż wodospad Niagara.



















Rano ta samą taksówką za ta sama cenę co zwykle jedziemy do Paragwaju. Steplowanie paszportow po stronie Argentyny i Brazylii , krotka przejazdzka prze Foz Iguazu i wjazdzamy do Paragwaju. Zadnych sprawdzanek paszportow czy czegokolwiek i po stronie brazylijskiej jak i paragwajskiej. Za to od samej granicy pelen chaos i korek.
Miasteczko Ciudad del Este to jeden wielki chaos i handel wszystkim i niczym najczęściej z Chin. SA mega wypasione centra handlowe, w stylu europejskich Mall a na ulicach handel uliczny stragany, tłumy ludzi i samochodów, waluty obowiązujące to tak naprawdę wszystko co ma jakąś wartość: dolary, euro, peso, reale czy paragwajskie Guarani. Kręcimy się trochę tu i tam, kupujemy koszulki, spodniczki itp., itd., pijemy kawkę, ogarniamy się trochę i po 4 godzinach kierujemy się w stronę Brazylii. Tam zajezdzmay na tradycyjny brazylijski grill Churrascaria, przekraczamy ostatni raz brazylijsko argentynska granice i wieczorem jedziemy jeszcze na punkt Tres Fronteras gdzie na połaczeniu rzeki Parana i Iguazu można zobaczyc jednoczesnie: Argentyne, Paragwaj i Brazylie.


























Ostatni dzień w Iguazu relax na basenie. Dziś 35 stopni i pełnia słońca. Dzieciaczki przez 9h prawie w ogóle nie wychodziły z basenu w pięknych okolicznościach dzungli. Jutro lecimy do Buenos..







W Brazylii do wszystkiego i wszędzie doliczają jeszcze 10% za serwis bez dodatkowych pytań. Za to ludzie bardzo mili i uprzejmi oraz weseli. W Argentynie jeśli płaci się zagraniczna karta, nie płaci się Vatu czyli 21%- dużo
06.12.17
Dziś po śniadaniu cały czas ta sama taksówka kierujemy się na lotnisko już po stronie argentyńskiej i linami LAN, bilety za ok. 70 euro lecimy do Buenos Aires. Znowu mamy za ciężkie walizki i tym razem dopłacamy 300 peso czyli ok. 60PLN, mogli by już sobie darować… 1,5h lotu i lądujemy w Buenos na lotnisku Jorge Newbery prawie w centrum miasta. Bierzemy taksówkę co nie było łatwe bo z naszą ilości ludzi i bagaży nie mieścimy się do standardowych taksówek z butla gazu w bagażniku. W końcu jednak się udaje i jedziemy 7km do hotelu za 150 peso wg wskazań licznika. Jest już 17 także uderzamy na jedzenie: steki argentyńskie, pierożki empanadas, chorizo… jeszcze spacer po dzielnicy Palermo i wieczorem padamy
07.12.17
Mieszkamy w dzielnicy Palermo. Dziś zupełnie na luzie, na początek dajemy ciuchy do pralni niedaleko hotelu- nazbierało się już trochę, Potem krotki spacerek i jedziemy metrem w stronę przystanku Catedral, dzielnica San Nicolas i Puerto Madero, spacerek po centrum Buenos, jedzenie, lody Dulce de Leche. Kupujemy jeszcze bilety na ferry do Urugwaju, jak się okazuje w porcie taniej prawie 200USD niż w internecie. Dodatkowo jeszcze jakieś zakupki i wieczorem metrem wracamy do Palermo i kolacja w Miranda. Metro jest mega tanie 7,5 Peso za przejazd, jest fajna reguła ze ustępuje się miejsca dzieciom- i ludzie robią to natychmiast.

















Po śniadaniu ruszamy metrem w stronę portu, bording, szybka odprawa paszportowa, pieczątki z Urugwaju wbija na miejscu w Argentynie i godzinny rejs do Colonii w Urugwaju. Colonia bardzo sympatyczne, spokojne miasteczko. Jakoś tak relaksująco i swobodnie. Robimy sobie spacerek prze oldtown i centrum, odwiedzamy liczne knajpki i restauracje. Na ulicach mnóstwo bardzo starych samochodów na ulicach oraz okazuje się ze można legalnie uprawiać marihuanę i kupić ciasteczka z rozweselającą substancją. Bardzo fajny spokojny dzień chociaż jak zwykle nachodziliśmy się…



































Gorąco 36 stopnie i pełne słonce
09.12.17 Rano odbieramy pranie i kierujemy się metrem do Dzielnicy Recoletta
Jest to jedna z najbogatszych dzielnic w mieście, z jedną z najdroższych nieruchomości w mieście. Odwiedzamy Cmentarz La Recoleta. Zawiera groby znanych osób, w tym Evę Perón , prezydentów Argentyny , laureatów Nagrody Nobla . W 2011 r. BBC uznało go za jeden z najlepszych na świecie cmentarzy a w 2013 r. CNN wymienił go wśród 10 najpiękniejszych cmentarzy na świecie. Cały cmentarz rozplanowany jest w odcinkach takich jak miejskie bloki, z szerokimi drzewami, głównymi chodnikami rozgałęziającymi się w chodniki pełne mauzoleów. Te mauzolea wciąż są używane przez bogate rodziny w Argentynie, które mają swoje własne krypty i trzymają tam swoich zmarłych. Podczas gdy wiele mauzoleów jest w dobrym stanie i dobrze utrzymanych, inne popadły w ruinę. Kilka można znaleźć w potłuczonym szkle i zaśmieconych śmieciami.
Następnie kierujemy się do dzielnicy LaBoca: dzielnicy cieszącej się nie do końca dobra sława. W recepcji hotelu ostrzegali żeby uważać i jechać tylko taksówka nie metrem, taksówkarz od razu ostrzegał ze w po ciemku nie ma co tu chodzić, a kelner w restauracji odradzał spacery po 18.30 i prosił o wzięcie taksówki i przemieszczenie się do innej dzielnicy… generalnie nie odczuliśmy jakiegoś niebezpieczeństwa, jednak dla pewności ok 18.30 odjechaliśmy taksówka w stronę Pałacu Prezydenckiego.
Na La Boca- oprócz typowo turystycznych kolorowych domków, znajduje się tez jeden z najsłynniejszych stadionów świata na prawie 50.000 ludzi LaBoca Junior klubu w którym grał kiedyś Diego Maradona. Kupujemy tez koszulkę z Diego czy oryginalna piłkę. Wieczorem metrem wracamy do hotelu.
10.12.17 Już totalnie na luzie- basen i najlepsze na świecie argentyńskie steki i lody.
Jutro całkowicie zmieniamy miejscówkę…







































Po śniadaniu ruszmy taksówka w stronę lotniska, zatrzymujemy się jeszcze przy muralu Fridy Cahlo. Na lotnisku mega tłok, dziś lecimy liniami Latam. Po check-in okazuje się ze mamy podwójnie wydrukowany jeden bilet za to innego nie mamy wcale, wracamy, dłuższa chwila tłumaczeń i mamy 4 bordnigpassy tyle tylko ze każdy siedzi na innym miejscu w samolocie. Ciężkie zamiany miejsc i jakoś udało sie skompletować pary. Bagaże maja lecieć od razu na Wyspę Wielkanocna. 2h lotu, przelatujemy nad Andami, piękne widoki ale tez większe nasilenie turbulencji. W Santiago mamy ponad 3h przerwy, ale kolejka paszportowa na 2h czekania, przebijamy się na Prioryty Line i po pól godziny jesteśmy oficjalnie w Chile. Przechodzimy w okolicy karuzeli z bagażami z Buenos i widzimy nasze kręcące się walizy. Pytamy czy maja transfer czy mamy je jednak zabrać, okazuje się ze jednak mamy zabrać. Szybki drop- off bagaży idziemy na szybki obiad i kawkę, wyciągamy jeszcze kase z bankomatu i kolejna kolejka bezpieczeństwa do następnego samolotu. Teraz nowiutki dreamliner, 5,5h lot i lądujemy na Wyspie Wielkanocnej. Hurra. Przestawiamy zegarki dodatkowo -2h , mamy teraz do Polski -6h. Internet ledwo działa…




Wyspa Wielkanocna- Isla de Pascua, Rapa Nui, Easter Island) – wyspa na południowym Oceanie Spokojnym. Jedyna miejscowość to Hanga Roa. Należy do Chile, wchodzi w skład regionu Valparaíso. Wyspa Wielkanocna należy do najbardziej izolowanych miejsc na Ziemi.
Znajduje się na Pacyfiku w odległości 2078 km od najbliższej zamieszkanej wyspy – Pitcairn i 3600 km od brzegów Chile i jest jedną z najbardziej oddalonych od wysp i lądów zamieszkaną wyspą na świecie, ustępując pierwszeństwa jedynie wyspom Tristan da Cunha.
Znana jest przede wszystkim ze znajdujących się na niej wielkich kamiennych posągów przedstawiających głowy – moai.
Obszar Rapa Nui wynosi 163,6 km². Jej długość to ok. 15 km, a szerokość ok. 20 km. Wyspa jest pochodzenia wulkanicznego
Obszar 71,3 km² (43,6% powierzchni wyspy) objęty jest ochroną w ramach Parku Narodowego Rapa Nui (Parque Nacional Rapa Nui). Park utworzono w 1935 roku, a w 1996 roku został on wraz ze znajdującymi się na jego terenie moai wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Miejsce to znane jest przede wszystkim z 887 kamiennych posągów, zwanych moai stawianych na kamiennych platformach ahu. Stanowią one najbardziej znane osiągnięcie cywilizacji polinezyjskich mieszkańców wyspy. Większość z nich została wykuta w tufie wulkanicznym pochodzącym z wulkanu Rano Raraku za pomocą narzędzi z bazaltu. Kamieniołom, w którym obrabiano materiał, porzucono nagle. Świadczą o tym niedokończone posągi. Przeznaczenie tych obiektów nie jest dotychczas znane. Powstało na ten temat wiele teorii, mówiących o posągach jako wyobrażeniu bóstw czy przodków. Nie wiadomo też, jak przemieszczano ciężkie bloki kamienia. Prawdopodobnie używano do tego drewnianych płóz. Moai wycinano kamiennymi narzędziami ze skały wulkanicznej
Jedynym lotniskiem na wyspie jest port lotniczy Mataveri.
Pas startowy został w latach 80. XX wieku wydłużony na podstawie umowy między prezydentem Chile Augusto Pinochetem i prezydentem USA Ronaldem Reaganem. Obecnie ma on 3318 metrów długości i był zapasowym lądowiskiem dla promów kosmicznych. Jedyną linią lotniczą, której samoloty tu docierają, jest LAN.
Luizka na Wyspę Wielkanocna przyleciała swoim 100 lotem 🙂 Po wylądowaniu jest już 22:15 także transfer o hotelu- fajne drewniany domek i idziemy spać. Zostajemy tu na 7 nocek. Rano śniadanie, zamawiamy taksówkę- to numer jeden pod względem najgorszych jakimi do tej pory jeździliśmy- totalnie zasyfiona i zdezelowana i jedziemy do wypożyczalni samochodów- gdzie przez Internet zarezerwowaliśmy Suzuki Jimi 4×4. Płacimy 50.000 pesos chilijskich/ doba , ok. 250PLN- spokojnie na miejscu można wypożyczyć za 35.000 nie ma co rezerwować przez Internet. Jeszcze zakup biletów do Parku Narodowego Rapa Niu za 54.000 peso/ dorosły i ruszamy na podbój wyspy… Co za magiczne miejsce












































Imprezka zaczyna się już w trakcie naszej nocy… buczenie telefonu z przychodzącymi whatsapp z życzeniami. Rano 145 nieprzeczytanych wiadomości… może nie wszystkie z życzeniami ale sporo…
Przed śniadaniem prezenty, sto lat sto lat, tort na Wyspie Wielkanocnej i party przez cały dzień, zakończony wg życzenia Luizki sushi na plaży i skakaniem na flach w południowym Pacyfiku wśród majestatycznych Moai.
Na 8 urodziny Luizka ma na swoim koncie 100 lotów i 94 odwiedzone kraje… Cala naprzód ku nowej przygodzie








Wyspa wielkanocna – wyspa niezwykła, wyspa odległa..
Przez 7 dni pobytu zrzylismy się trochę z tym niezwykłym miejscem, mięliśmy tez na tyle czasu, żeby spokojnie bez pospiechu zobaczyć wszystkie miejsca. Ludzie sa przyjacielscy i bardzo dbają o swoja wyspę. Jest czysto, porządnie i bezpiecznie. Pogoda jest idealna ok. 26 stopni w dzień 19 w nocy. Padało tylko raz prze 10 minut. Słonce zachodzi ok. 22
Przejechaliśmy naszym Jimmi 390km odwiedziliśmy wszystkie miejsca. Byliśmy na zachodzie słońca na Motu Tautara i na wschodzie przy 15 posagach Tongariki. Najbardziej spektakularne miejsce to Orongo na wulkanie Rano Kau najlepiej odwiedzać w słoneczny dzień. Weszliśmy na najwyższy szczyt Rapa Nui 507m npm w 1:25, zejście 1: 12, dystans 12,7km. Widok 360 stopni na cała wyspę otoczona oceanem. Plaża Anakena to jedna z najpiękniejszych plaż świata. Rano Raku to największe skupisko Moai na wyspie. Załapaliśmy się na Party Świąteczne gdzie wszystkie dzieci na wyspie dostawały prezenty dopasowane do swojego wieku i nasze tez dostały. Wyspa pełna spokoju, magii i przede wszystkim z mała ilości ludzi… Kto wie może jeszcze kiedyś tu wrócimy…

















































Samochód zostawiamy na lotnisku a kluczki w stacyjce, check-in dostajemy 2 rzędy siedzeń żeby dzieci mogły sobie spokojnie pospać i liniami Latam dokładnie o północy odlatujemy Dreamlinerem na Tahiti. Cena przelotu wręcz masakryczna- nasz najdroższy przelot ever, po locie z Buenos na Wyspę Wielkanocna. Na tej trasie Latam sobie szaleje… Po pięciogodzinnym locie dokładnie o północy lądujemy na Polinezji Francuskiej. Różnica czasu do Polski – 11h. Marzenia się spełniają- tutaj chcieliśmy być od dawna, gadaliśmy o tym latami i w końcu tu jesteśmy- nie możemy do końca w to uwiezyc Yuchu. Cale szczęście gostek z naszego apartamentu na nas czeka na lotnisku, jedziemy 10 minut do naszej miejscówki i w zasadzie padamy ale mamy dodatkowe 5h na dospanie. Zostajemy tu na 3 noce. Dzieciaczki budzą się ok. 5 czasu lokalnego, po malu się zbieramy, przyjeżdża wlascicel i wiezie nas do wypożyczalni. Pożyczamy małego Renault Twingo za 35 euro za dobę, przez Internet były oferty po 90 euro albo nie było wcale. Jedziemy do downtown, spacerujemy sobie uliczkami Pepette, odwiedzamy miejscowy market, oglądamy perly- jest tutaj wiele producentów, obiad, zakupy w Cerefour, plaża i zachód słońca, kolacja w apartamencie i o 20 dzieciaczki padają… Pierwszy, za to długi dzień na Polinezji Francuskiej minął…
Tahiti – wyspa w południowej części Oceanu Spokojnego w archipelagu Wysp Towarzystwa (Wyspy Na Wietrze); największa wśród wysp Polinezji Francuskiej, polityczne, gospodarcze i kulturalne jej centrum
Tahiti to wulkaniczna wyspa otoczona rafami koralowymi. Dwie zasadnicze górzyste części wyspy: większa Tahiti-Nui (Wielka Tahiti) z kulminacją wygasłego wulkanu Mont Orohena (2241 m n.p.m.) i Tahiti-Iti (Mała Tahiti), inaczej Taiarapu, połączone są wąskim nizinnym przesmykiem Taravao. Znaczna część powierzchni pokryta gęstą roślinnością, stoki górskie poprzecinane są głębokimi, wąskimi wąwozami z licznymi wodospadami. Klimat zwrotnikowy, morski.






















Dziś przejażdżka dookola Tahiti w kierunku wskazówek zegara. Ruszmy w stronę Papette- tutaj duży ruch i korki. Kierujemy się w stronę Venus Point, ruch ustępuje i jedzie się całkiem swobodnie. Zatrzymujemy się tu i tam, widoki ładne ale nie spektakularne, plaże z czarnym piachem albo z kamieniami, duże fale, duże serwerów. Zero barów czy restauracji, nie ma nawet gdzie się napić kawy. Tereny znacznie spokojniejsze niż Pepette. Malo zabudowań, mało ludzi. Po środku wyspy piękna, zieleń. Dojeżdżamy do miejsca gdzie łącza się mała wyspa z duża, robimy tam zakupki i po paru kilometrach piknik nad brzegiem morza, chwila chilloutu i relaksu- nawet tylko dla tego warto było tu jechać. Jest mnóstwo kościołów, w zasadzie co 10km trafia się kościół. Pomału widać ze zbliżamy się do Papette- ruch coraz większy, ludzi więcej. Jeszcze plaża i tu trzeba powiedzieć ze wyspa jest piękna ale na Tahiti nie ma spektakularnych plaż- sa fajne z białym piaskiem i krystaliczna woda ale widzieliśmy dużo lepsze na Karaibach czy ocenie indyjskim. Zajeżdżamy tez do mariny na obiadokolacje i znajdujemy jacht który przypłynął tutaj ze Świnoujścia… szybko bo o 19 robi się ciemno.






























O 11 opuszczamy nasz apartament na Tahiti, który kosztował 100 euro/doba-całkiem nieźle jak na Tahiti. Oddajemy samochód bez żadnych problemów- polecamy Eco Cars Rental. Przejechaliśmy 190km, samochód zużył 10 litrów benzyny. Dziś lecimy na Moorea liniam Air Tahiti. Lot trwa cale 7 minut i jest to nasz najkrótszy przelot, 11 mil- ciężko będzie chyba już to pobić. Bagaże wjeżdżają do terminala traktorem. Na miejscu czeka na nas starsza sympatyczna Pani która już 40 lat jest kierowca taksówki właśnie na Moorea. Pani cały czas gada i opowiada ciekawostki związane z wyspa ale mam szczęście ze na nią trafiliśmy. Po drodze wyspa wygląda pięknie, jest kolorowa i bardzo spokojna. Po 20 minutach dojeżdżamy do naszego wynajętego domku na plaży (250 euro/doba) i aż płakać chce nam się ze szczęścia. Jest po prostu pięknie- słonce, piękna laguna z krystaliczna i ciepła woda i bardzo malo ludzi- prawdziwa Polinezja. Do wieczora zostajemy już w wodzie. Potem zakupki i kolacja. Kolejny cały dzień spędzamy w naszym miejscu ciesząc się każdą chwila… jest Pięknie, wow, wow,wow…
Moorea – wyspa wulkaniczna w archipelagu Wysp Towarzystwa, wchodząca w skład Polinezji Francuskiej, położona 17 km na północny zachód od Tahiti. Wyspa ma powierzchnię 134 km²
Kształt wyspy przypomina szeroki widelec, z dwoma niemal symetrycznie położonymi zatokami na północnym wybrzeżu: zatoką Cooka (Paopao) oraz Oponohu. Moorea, podobnie jak pozostałe wyspy archipelagu, powstała w wyniku działalności wulkanicznej.
Posiada połączenia promowe z nabrzeża w miejscowości Vaiare ze stolicą Polinezji Francuskiej Papeete na Tahiti. Znajduje się tutaj lotnisko Moorea Temae, o znaczeniu lokalnym, obsługujący połączenia z Papeete i pobliskimi wyspami.







































O 10 przywożą samochód z Avis za 80 euro/doba bez znaczenia czy przez Internet czy na miejscu. Drogo ale jutro zostawimy go na lotnisku to chociaż odpadnie za taksówkę, które tutaj tez nie są tanie. Papierologia i ruszamy na przejażdżkę w koło wyspy. Na początek punkt Belveder z którego sa piękne widoki na szczyty i dwie zatoki. Przyroda jest tutaj piękna bujna i wyrazista. Zajeżdżamy tez na pola ananasowe, i do destylarni. Zatrzymujemy się to tu to tam na jakie drobne zakupki. Wyspa jest bardzo spokojna i czysta. Na obiad trafiamy do restauracji w jacht klubie- a tutaj jakby inna rzeczywistość, enklawa. Śmietanka towarzyska z Polinezji, dosyć ekskluzywnie, w miedzy czasie jest pokaz pereł, gdzie modelki przechodzą się wśród stolików a przygrywa im dj oczywiście wszystko z widokiem na Pacyfik. Towarzystwo ostro łupie wino… W sumie śmieszna akcja. Później lody, wianek z kwiatów i ok. 17 wracamy do naszego domku i od razu do wody. Droga wokół wyspy 65km i w całości jest bardzo blisko ocenau.






























Po śniadaniu jedziemy na lotnisko, szybki wręcz expressowy check-in i oddajemy samochód. Przejechaliśmy 109km zużyliśmy 10litrow paliwa. Nie ma tutaj żadnej kontroli bezpieczeństwa, żadnych skanerów czy sprawdzania. 40 minutowy lot Air Tahiti i lądujemy na Bora Bora. Na 4 nocki zostajemy na wyspie głównej. Prom z lotniska na wyspe w cenie, plynie ok. 20 minut. Widoki piękne, laguna robi piorunujące wrażenie- nasuwają się porównania do laguny Aitutaki.
W pocie czaka na nas chłopaki i jedziemy do naszego Lodge na kilka przyszłych dni. Cena 150 euro za domek w ogrodzie. Załapujemy się tez na wigilijnego dziś złowionego marlina: mniam. O 13.30 przyjeżdża Avis i bierzemy Fiata Pande z 10% rabatem od naszego gospodarza ale i tak cena 122$/ doba- im dalej tym drożej :). Jedziemy na pierwsze zakupki: sa dwa markety: Super U, i chiński- chiński lepiej zaopatrzony i tańszy maja wszystko i na pierwszy objazd wyspy. Rezerwujemy sobie tez stolik w restauracji obok Intercontinentala na kolacje wigilijna. Zatrzymujemy się na publicznej plazy Bora Bora- widoki powalają.
O 20 kolacja wigilijna wg menu za ok. 85$ czyli całkiem okey i wracamy do lodge. Cos jest zaplatanie pogody, nawiało ciężkie chmury, pada i wieje…
Wesołych Świat i spełnienia Marzen dla wszystkich
Bora-Bora – wyspa na Oceanie Spokojnym, koralowy atol otaczający powulkaniczny stożek, w Polinezji Francuskiej, na Wyspach Pod Wiatrem w archipelagu Wysp Towarzystwa, na północny zachód od Tahiti.
Zamieszkana przez Polinezyjczyków, którzy osiedlili się tu przed wiekami i pozostały po nich ruiny świątyń oraz płaskorzeźby. Na wyspie zamieszkuje prawie 9000 stałych mieszkańców, jej powierzchnia to około 38 km
Na wyspie znajdują się dwa szczyty: Pahia (661 m n.p.m.) oraz Otemanu 727 m n.p.m., a w pobliżu znajdują się dwie mniejsze wyspy koralowe.
Odkryta przez holenderskiego żeglarza Jacoba Roggeveena w roku 1722, później w roku 1769 przepływał obok, a w roku 1777 zakotwiczył angielski żeglarz i odkrywca James Cook. Od roku 1845 wyspa weszła w skład Polinezji Francuskiej.
Obecnie wyspa jest ważnym ośrodkiem turystycznym i centrum hodowli czarnych pereł.




















W nocy przechodzi mega burza z całkowitym oberwaniem chmury i mega wiatrem. Rano jakoś spokojniej. Pierwszy dzień świąt- zaczynamy od wizyty w kościele. Klika minut wystarcza i zakupki u Chińczyka jedynym otwartym sklepie na wyspie i kierujemy się na plaże Matira. CNN uznało tę plaże za najpiękniejsza plaże świata. Okey jak tak to tak- robi wrażenie. Widzimy już pierwsze płaszczki i zostajemy dłuższa chwile. Wracamy do naszego lodge ogarnąć tematy na następne dwa dni i ruszamy dookola wyspy. Są święta jest bardzo spokojnie ale wyspa wygląda na mega biedna… wzdłuż drogi i wybrzeża rozwalające się domki, wygląda to mega słabo, gdzie nigdzie cos lepiej. Przyroda jest piękna zielona i bujna ale widać ze super resorty hotelarskie słabo się dzielą kasa z miejscowymi. Na wyspie głównej są 3 lepsze hotele, reszta upadla, głownie wypasione hotele umieszczone są na motu otaczających Bora Bore. Jeśli mamy porównać Moorea i BoraBora, to Moorea bardziej Reunion czy St Troppez, Bora Bora bardziej Mayotte czy Mozambik ale laguna otaczająca Bora Bora chyba nie ma sobie równych… już niedługo będziemy eksplorować…

















Rano zakupy na śniadanie, oddajemy samochód do Avis- znowu pyknięte 110km 5l benzyny i o 9.15 przyjeżdża po nas facet i jedziemy do przystani i później motorówką na jeden z Motu Bora Bora. Motu Piti Aau. Co za piękne miejsce, z widokiem na Głowna wyspę Bora Bora, laguna zapiera dech w piersiach, ludzi nie ma wcale, pogoda dobra, snurkujemy z płaszczkami, ogladamy podwodne figury zatopione w lagunie, pływamy, relaksujemy się, jemy ciasto kokosowe, mango, arbuza, dzieci bawią się z krabami- kolory powlaja.. mega relaksujący i zajebisty dzionek. Ok. 16 znowu burza…
Wszystkie zdjęcia #NOFILTER, całkowicie bez żadnych przerobek
Motu – wysepka koralowa będąca częścią atolu lub rafy koralowej stanowiącej otoczkę wyspy wulkanicznej. Słowo „motu” pochodzi z języka tahitańskiego, gdzie oznacza ogólnie „wyspę” lub „atol”. Zostało ono przyjęte zwłaszcza ww geografii francuskiej jako termin na oznaczenie wysepek pochodzenia koralowego, zazwyczaj pokrytych roślinnością, w odróżnieniu od ławic piaszczystych. Wielkość motu może się wahać od wielu kilometrów kwadratowych, np. zamieszkane wyspy atolu Rangiroa w archipelagu Tuamotu, po drobne wysepki, na których miejsca wystarcza zaledwie na 2-3 palmy. Korytarze wodne między motu noszą polinezyjską nazwę hoa



































Dziś płyniemy wokół głównej wyspy Bora Bora. Laguna otaczająca wyspę jest na to wygląda Laguną numer 1 na świecie. Piękna krystaliczna woda w rożnych odcieniach niebieskiego i zielonego. Zaczynamy rejs od południowej strony wyspy i płyniemy strona wschodnią. Przepływamy przy luksusowych hotelach domkach na wodzie które trzeba przyznać prezentują się naprawdę dobrze.
Wypływamy na otwarte morze, głębokość wody 10 metrów- pływamy z rekinami, Luizka w pełnej ekscytacji od razu wskakuje do wody. Co za przeżycie… mnóstwo rekinów i my pośród nich na otwartym morzu południowego Pacyfiku 🙂 Wracamy na lagune i snurkujemy z płaszczkami i rekinami. Vincent pierwszy raz z rekinami, dzieciaczki dotykają płaszczkę- niesamowite emocje. Woda i kolory dodatkowo potęgują doznania- jest pięknie. Płyniemy- jeszcze popływać z rybkami do Coral Garden- całkiem fajna rafa i na obiad na jeden z motu przy stolach zanurzonych w lagunie. O 16 zaczyna padać, wracamy na główna wyspę już w deszczu. Dzieciaczka jakby było mało to jeszcze godzina na basenie i gospodarz podwozi nas do downtown, tam kolacja w FoodTrackach i zakupki. W międzyczasie zaczyna mega padać, ale zagadujemy z młodą parka pod sklepem i Ci swoim pickapem podwożą na pod Lodge. O 21 dzieciaczki padają


























Jak Bora Bora to domek na morzu tez musi być. Przenosimy się dziś do hotelu: Conrad Bora Bora Nui, super resort, bardzo luksusowy i ekskluzywny, całkowicie nowy, po pełnej przebudowie Hiltona. Zostaniemy tu do 3 stycznia czyli 6 nocek. Mamy wypasiona ville na morzu widok na lagune i prywatny basen… dzieciaczki jak i rodzice z entuzjazmem przywitali nowe miejsce. Kolejne marzenie spełnione. Jest pięknie…






















Czas płynie błogo na snurkowaniu i pływaniu z płaszczkami, rekinami i rybkami które żyją sobie wokół naszego domku. Na kąpielach w basenie, na masażach, na piciu jedzeniu, plażowaniu na totalnym chillowaniu. Pogoda idealna, deszczu zero.
Nowy rok przychodzi do nas 11 godzin później niż w Polsce i dokładnie 24 godziny później niż na Kiribati i jest to najpóźniej witany Nowy Rok na świecie. 2017 był dla nas wyjątkowo udany, w podróżach zagranicznych spędziliśmy 133 dni, lecieliśmy 36 razy samolotami. Byliśmy w Azji, na Bliskim Wschodzie,w Afryce, w Ameryce Południowej i Ocenaii. Spełniliśmy wiele podróżniczych Marzen. Oby Nowy nie był gorszy…
Happy New Year…!!!








































Żegnamy ze smutkiem Bora Bora i ona zresztą chyba tez nas bo od rana pada… O 9 tylko nasza czwórka odpływamy wypasnym jachtem w stronę lotniska i o 10.25 odlatujemy Air Tahiti bezpośrednio na Tahitii. Bierzemy z EcoCar Dacie Logan i bookujemy się do Motelu przy lotnisku- bardzo przyzwoite warunki- ale na wzniesieniu i nie da się z bagażami podejść a za taksi 18 euro , także bardziej opłaca się wynająć samochód za 45 i mieć całkowita swobodę. Jedziemy do downtown, na obiad i mały shopping, później w druga stronę do cearfura i do yacht clubu na kolacje. Dziś kładziemy się wcześniej bo jutro o 7 rano odlatujemy do…
No właśnie może ktoś ma jakieś pomysły gdzie będzie nasz następny przystanek? Dla ułatwienia nie będzie to póki co Australia ani Nowa Zelandia…???
















Rano pobudka o 4.15. Jest prawdziwe oberwanie chmury, dobrze ze mamy samochód. Jedziemy na lotnisko, check-in, oddajemy samochód i o 7.00 4 stycznia liniami Air Tahiti Nui lecimy do Nowej Kaledonii- kolorowe fajne linie, było śniadanie i napoje. Przekraczamy międzynarodowa granice zmiany czasu- połowa wycieczki za nami i po 6,5 h lotu lądujemy ale już 5 stycznia o 10.30. Czyli przestawiamy zegarki +21 godzin i teraz do Polski mamy z minus 11, mamy plus 10 godzin. Telefony w Orange nie maja tu sygnału GSM ;(. Bagaże sa, wypłacamy kasę z bankomatu- to działa i szukamy jakiejś taksówki żeby przedostać się na drugie lokalne lotnisko ale nic nie ma. Okazuje się ze sa tylko Busy w astronomicznych cena ale nie ma wyjścia płacimy prawie 90 USD i jedziemy 45km na lokalne lotnisko gdzie operuje Air Calednonie. Czekamy niestety prawie 3h, w okolicy prawie nic nie ma sklepów ani restauracji, najbliższa 10minut jazdy samochodem. Na check-in znowu czepiają się bagaży, maksymalna waga to 23kg i każą przepakowywać a najlepsze jest to ze biorą ten nadbagaż tez do luku i to bez dopłaty tylko w dodatkowej torbie. Lecimy nowiutkim ATR 70 20 minut na Ile des Pines i jest to 100 lot Vincenta. Podobno najpiękniejsza z wysp Kaledonii, porośnięta sosnami. Pogoda słoneczna sucha, podobno nie padało już 4 miesiące i wg prognoz raczej padać nie będzie. Na kolacje idą miejscowe ślimaki…
Île des Pins (oznacza: Wyspa Sosen) – wyspa położona na Oceanie Spokojnym, w archipelagu Nowej Kaledonii, terytorium zamorskiego Francji. Wyspa, z powodu wyjątkowych walorów turystycznych, jest nazywana l’île la plus proche du paradis („wyspą najbardziej zbliżoną do raju”)
Wyspa ma ok. 15 km długości i ok. 13 km szerokości. Leży na południowy wschód od Grande Terre, głównej wyspy Nowej Kaledonii i w odległości ok. 100 km od stolicy Nouméa. Ma jedno lotnisko (kod ILP) z 1097 m pasa startowego. Otacza ją pas raf koralowych. Płaskie, częściowo bagniste wybrzeża, chociaż z licznymi zatokami
Zatoka Oro (Baie d’Oro) na północnym wchodzie wyspy, nad która mieszkamy, ze słynną Piscine naturelle („naturalnym basenem”), określanym jako „najpiękniejsze naturalne kąpielisko świata”. Jest to zatoka o dnie z białych skał koralowych, otoczona pierścieniem kontrastowych, czarnych skał bazaltowych oraz lasem araukariowym. W zatoce o przejrzystej, lazurowo-błękitnej wodzie, występują liczne gatunki barwnych ryb tropikalnych. Jutro ocenimy…













Trzy pełne dni minęły dosyć szybko. Na całej wyspie jest tylko 6 samochodów do wypożyczenia i wszystkie zajęte, także zostają nam tylko spacery i łódki.
W pierwszy dzień ogarniamy zatokę Oro Bay super przeprawa przez dżungle i płytką rzekę wśród sosen i palm i naturalny basen z rybkami, wygląda jak sztuczne akwarium- całkiem fajnie ale nie spektakularnie, ale Nemo znaleźliśmy.
Drugi dzień: wyprawa łódką: widzimy żółwie, piękne płaszczki, bezludne wysepki z pięknymi piaskowymi plażami i krystaliczna woda i pierwszy raz pływające na wolności delfiny- piękne wręcz metafizyczne przeżycie. Kolor wody zwala z nóg. Spokojnie laguna wokół wyspy trafia na miejsce nr 3 po Bora Bora i Aitutaki. Snurkujemy tez z rybkami na dosyć dużej głębokości a kolor, wody i przejrzystość jest jednym z najlepszych.
Trzeci dzień: chilout na plaży, nauka, i praca- chociaż z praca to dosyć słabo bo Internet ledwo zipie a GSM nie ma wcale…
Nowa Caledonia z Isla des Pins zaskoczyły nas bardzo pozytywnie swoim pięknem, przyroda, życiem morskim i kolorami. Niemile zaskoczyli nas natomiast ludzie, którzy sa wyjątkowo niemili, bez uśmiechu, naburmuszeni i problemowi oraz wolni i leniwi. Pod tym względem duzy minus. Jako rasa sa bardziej czarni niż Polinezyjczycy, bardziej podobni do Afrykańczyków. Pogoda za to nas rozpieszczała, słonecznie, bez chmurnie, pięknie.
Raz przez przypadek dostaliśmy do jedzenia Cleme i jest to w zasadzie pierwsza rzecz której mimo chęci nie udało się przełknąć przez jej konsystencje…








































Dziś dzień całkowicie bez pospiechu, Luizka szkoła, Vincent układanki, rodzice luz. Każdy sobie cos tam działał, bez napinki. O 16.30 Air Calednnie lecimy na Numea Magenta. Kapitan robi lot widokowy nad atolami a na koniec dzieciaczki robią sobie zdjęcia w kokpicie i z pilotami. Na lotnisku czeka na nas zamówiony transport i jedziemy 45 minut do całkiem świetnego apartamentu przy lotnisku Numea-La Tontouta. Jutro rano lecimy…. Na…


Rano busik na lotnisko, bardzo szybka i przyjemna odprawa i o 8.45 Air Vanuatu lecimy godzinę dwadzieścia minut ATR 70 do Port Villa. Pierwszy raz na tej wycieczce chcieli zobaczyć kolejne bilety, ze będziemy opuszczać Vanuatu. Facet z Avis gdzie zmawialiśmy samochód przez Internet spóźnia się poł godziny, ale za to szybko dostaje informacje ze my oddamy samochód 2 godziny później bez dodatkowej opłaty i szybko się na to zgadza
Vanutau niepodlegle jest od 1980 roku i od razu to widać, chaos, nieład, bieda… na pierwszy rzut oka jak w dzikiej Afryce. Jedziemy w stronę hotelu, zatrzymujemy się tu i tam na zakupki: ananasy wielkie jak arbuzy, i inne owoce, standardowo odwiedziny na ryneczku musza być. Widać trochę zniszczenia po ostatnim huraganie, ale za to hotele i guesthausy prawie wszystkie nowe. My wybraliśmy zupełnie nowy Ramada Hotel- przy Capitan Cook Ave na uboczu ale 2 minuty do downtown. Wieczorem spacerek po mieście, całkiem fajna promenada i o 20 dzieciaczki maja już dosyć… Dalej nie mamy zasięgu GSM.
Na głównej wyspie nie ma podobno malarii dlatego wybraliśmy ten kierunek, były w planie Wyspy Salomona i Papua Nowa Gwinea ale odpuściliśmy głownie przez malarie i przede wszystkim te cholerne tabletki które dały nam już popalić w Afryce
Republika Vanuatu – państwo w Oceanii. Położone na 83 wyspach Nowych Hebrydów
Vanuatu obejmuje 83 (w tym: 65 zamieszkanych) przeważnie górzystych wysp pochodzenia wulkanicznego, m.in. Espiritu Santo, Malekula, Efate, Ambrim, Erromango. Występują wąskie niziny nadbrzeżne, na trzech wyspach znajdują się czynne wulkany. Największe miasto Port Vila – stolica, na wyspie Efate. Klimat równikowy wilgotny, tutejsze wiecznie zielone lasy równikowe tworzą swoisty mikroklimat wysp.

















Dziś jedziemy na objazd wyspy, najpierw jeszcze chwile w Port Villa i kierujemy się na stronę wschodnia wyspy. Poza miastem wygląda jeszcze bardziej dziko.. domy bez okien itp. Przyroda jest piękna, bujna zielona, ocean dziś z dużymi falami. Dojeżdżamy do fajnej Blue Lagoon, gdzie zatrzymujemy się na dłuższą chwile… chlupiąc się z miejscowymi. Potem jedziemy jeszcze na jadna z plaż ale tutaj zbyt duże fale i chmury na horyzoncie także spokojnym tempem wracamy do Port Villa. Dzieci mimo ze od ponad 45 dni 24h/ dobę razem ciągle nie maja malo zabawy… Pogoda dobra 30 stopni, zachmurzenie, nie pada…

















O 7 rano jedziemy na lotnisko domestic bo dziś lecimy wczoraj zarezerwowanym przelotem na wyspę Tanna. Lecimy liniami Uniti Airlines. Sześcioosobowego Ilsandera pilotuje młoda dziewczyna z Nowej Zelandii. Dokładnie godzinę od startu lądujemy na lotnisku w Tanna. To najmniejsze lotnisko na jakim do tej pory byliśmy a wyspa robi wrażenie naprawdę dalekiej od cywilizacji. Dróg asfaltowych nie ma prawie wcale, ale będą bo Chińczycy zaczęli już budowę, jednak na razie, tylko szuter lub piasek. Miejscowi najczęściej siedzą pod drzewem albo machają przejeżdżającym od czasu do czasu samochodów. Odwiedzamy Eco wioskę i jedziemy ponad godzinę na Wulkan Yasur. Wulkan robi niesamowite wrażenie, wybuchami i strzelająca do góry lawa- cos niesamowitego słyszeć i czuć jak wybucha wulkan.
Mount Yasur – jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie, położony w południowo-wschodniej części wyspy Tanna, w archipelagu Nowych Hebrydów, w Vanuatu. Wznosi się na wysokość 361 m n.p.m., w wyniku czego nazywany jest najprzystępniejszym aktywnym wulkanem na świecie. Erupcje strombolijskie i wulkaniczne towarzyszą mu niemal bez przerwy od momentu zaobserwowania wybuchu w 1774 roku przez kapitana Jamesa Cooka. Stratowulkan ten posiada niewysoki piroklastyczny stożek z prawie okrągłym, szerokim na 400 metrów kraterem. Jest aktywny od wiekόw, wybucha często kilka razy w ciągu godziny, jego erupcje są zazwyczaj bezpieczne do bliskiej obserwacji. Od stycznia 2010 roku aktywność Mount Yasur wzrasta, wulkan wyrzuca z krateru bomby wulkaniczne opadające na szlaki turystyczne stanowiąc zagrożenie dla ludzi
Tanna – wyspa Oceanii należąca do Vanuatu. Ma 40 km długości i 19 km szerokości. Jej całkowita powierzchnia wynosi 550 km².
Była to pierwsza wyspa Nowych Hebrydów, na której rozpoczął swoją działalność szkocki misjonarz John Gibson Paton. Z powodu dzikości nieprzyjaznych mu, ludożerczych mieszkańców musiał uciekać na Nową Południową Walię.
Dzień pełen wrażeń i emocji… wieczorem wracamy do Port Villa…

































Krotko podsumowując Vanuatu- podobało nam się i to bardzo. Wyspy dzikie dalekie od cywilizacji. Nawet wydawało by się ze Efate najbardziej rozwinięta ale jest poza Port Villa bardzo dzika. Nie ma kompletnie służby ratowniczej czy zdrowia. Prywatne linie lotnicze maja w ofercie : Medical Evacuation do Nowej Caledoni gdzie jest nowiutki wypasiony szpital. Ludzie żyją w większości w domkach lub szałasach bez okien, razem z dziećmi w wioskach biegają kuru czy świnki. Tatuś spróbował kavy z miejscowymi w ciemnym, klimatycznym lokalu jako jedyny białas przeżył picie napoju nieznajomego pochodzenia, mieszanego w wielkim garze, wyglądającego jak błoto i paraliżującego jezyk…
Ludzie są wyjątkowo mili, uśmiechnięci i uprzejmi, nie było widać meneli, żebraków ani bezdomnych, nikt ani razu nie poprosił o kasę czy cokolwiek innego… na Vanuatu jeszcze wrócimy….
Ale dziś po wariactwach dzieciaczków w basenie, pakujemy się, tankujemy samochód (przejechaliśmy 175km) i lecimy Virgin Australia 3h do Brisbane. Tutaj mamy zaplanowany 3 godzinny postój. Przejście graniczne to już totalna formalność, nawet nie wbijają pieczątek do paszportów… odbieramy bagaże i idziemy do Bio kontroli. Nas z dziećmi i ilością bagaży dają do obwąchania przez pieska… i piesek zatrzymuj się przy torbie mamusi… chwilowo robi się bardzo poważnie: pytania czy to jej podpis na formularzu, czy rozumie pytania itp. Okazuje się ze piesek wyniuchał pojemnik po kanapkach z szynka na lot dla dzieci, Take wszystko w porządku i możemy iść dalej. Witam w Australii. Oddajemy jeszcze bagaże, jedziemy z 20 minut na terminal domestic… i okazuje się ze w cywilizacji mamy opóźniony lot o prawie godzinę. Najśmieszniejsze ze jest to pierwszy opóźniony nasz lot na całej wycieczce 🙂 O 23.30 lądujemy w Cairns- tropikalnej części Australii… Dziewczyna w Avis czeka uśmiechnięta, szybkie formalności i kierujemy się do apartamentu nad brzegiem oceanu w Trinity Beach. Czas cofamy dodatkowo o godzinę, mamy plus 9 do Polski. O 2 w nocy czyli 3 Vanauat padamy… 32 stopnie… w dzień było podobno 38…
Cairns przyciąga turystów dogodnie położonym portem lotniczym oraz lokalizacją. Wielka Rafa Koralowa znajduje się zaledwie o 1 do 1,5 godziny rejsu szybką łodzią od portu.














Widok z okna mamy całkiem rzeski…plaza długa pusta. Jest Low season takze ludzi bardzo malo. Jest spokojnie i cicho… Robimy sobie przejażdżkę wzdłuż wybrzeża do Port Douglas droga Capitana Cooka:) Widoki świetne… miasteczko tez bardzo fajne, klimatyczne. Zamawiamy na jutro wyjazd na snurkowanie na Wielka Rafę Koralowa. Bierzemy tez na dziś przelot helikopterem nad rafa… w tym przypadku jedno zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów…:)
Wielka Rafa Koralowa leży wzdłuż północno-wschodnich wybrzeży Australii na terenie stanu Queensland. Rozciąga się na przestrzeni ponad 2300 km na Morzu Koralowym na Pacyfiku od Cieśniny Torresa przed Papuą-Nową Gwineą do Lady Elliot Island, leżącej ok. 75 km na północny-wschód od Bundabergu. Leży w różnych odległościach od brzegów Australii, wahających się od 15 km (przy Cairns), tutaj właśnie jesteśmy do 250 km (przy Gladstone), i rozciąga się na powierzchni ponad 346 tysięcy km.
Wielka Rafa Koralowa: Great Barrier Reef – największa na świecie rafa koralowa, położona wzdłuż północno-wschodnich wybrzeży Australii, na Morzu Koralowym.
Największa na Ziemi pojedyncza struktura wytworzona przez organizmy żywe, widoczna z kosmosu jako biała smuga na tle błękitnego oceanu




















Rano jedziemy do Port Douglas a stamtąd łodzia 1,5 godziny na Wielka Rafę Koralowa, żeby zobaczyć ja i poczuć z bliska pod woda. Ubieramy się w specjalne stroje, zakrywające cale ciało, żeby ustrzec się poparzenia przez niebezpieczne meduzy i wskakujemy do wody. Rafa faktycznie wygląda na potężna, korale są mięsiste i duże, widzimy największe jak do tej pory clemy- wielkości Vincenta lub Luziki, mnóstwo rybek i podwodnych roślin. Dzieci są podekscytowane do granic możliwości, szczególnie Vincent kiedy olbrzymi tuńczyk płynął prosto na niego z otwarta paszcza:) Zdjęcia nie są w stanie oddać tego co realnie widać pod woda. Głębokość jest dosyć duża spokojnie ponad 10 metrów. Ok. 16 szczęśliwi wracamy do mariny w Port Douglas. Tam fish n chips i spokojnym tempem wracamy do Trinity Beach. Wzdłuż całego wybrzeża są ostrzeżenia żeby wchodząc do morza uważać na meduzy i krokodyle 🙂 Są wyznaczone siatka specjalne baseny w morzu żeby bezpiecznie się pochlapać … Wieczorem grill…



















17.01.17
Od rana dziś prawdziwy monsun, leje się tysiące litrów wody, idealny dzionek na szkole i prace. Ok. 14 się przejaśnia jedziemy wiec do centrum Cairns. Bardzo fajne, nowoczesne miasto, wyluzowane, dużo luksusowych hoteli, basen publiczny, otwarty dla wszystkich którzy chcą skorzystać przy samym morzu. Mnóstwo nietoperzy i papug. Spotykamy wyjątkowo dużo Polaków. Wracamy wieczorem do Trinity Beach
18.01.17
Dziś jedziemy kolejka skyrail nad lasem deszczowym z dwoma przystankami w stronę Kuranda. Fajne przeżycie szczególnie dla dzieci. Niektóre drzewa maja po 50 metrów wysokości. Przejażdżka w jedna stronę zajmuje z przerwami prawie 2 godziny. Robimy obchód Kuranda i spacerem przez las tropikalny a później brzegiem rzeki Baaron idziemy w stronę pociągu, którym wracamy do Cairns. Las tropikalny, jego życie, odgłosy, zieleń, temperatura i zapach robi na nas wyjątkowe wrażenie. Super miejsce.
https://www.skyrail.com.au/




































Australia dziś za nami płacze i to bardzo… od rana leje i to jest pierwszy dzień na tym wyjeździe całodniowego deszczu. Luizkę boli ucho, najprawdopodobniej zapalenie, po konsultacji z lekarzem w Polsce wiemy jaki antybiotyk podać, ale bez recepty nie chcą sprzedać… trzeba iść do lekarza. Ale do lekarza też nie tak łatwo, dopiero do 3 przychodni udało się dostać żeby potwierdzić diagnozę. W dwóch pierwszych nie było miejsc (nie dziwi nas to że tyle ludzi u lekarza, bo chłodzą tu na każdym kroku niemiłosiernie) Służba zdrowia wszędzie taka sama… Wizyta u australijskiego lekarza wygląda na to że wszędzie kosztuje tyle samo, 60 AUD podstawowa, ale jeśli chcemy zamówić do domu, to wzrasta do 260 AUD także sporo. Ostatecznie lekarz wypisuje nam antybiotyk, do tego kupujemy probiotyk i paracetamol (bo nasze zapasy już się skończyły) i Luizka dostaje pierwszą dawkę. Chcemy odwiedzić Aquanarium w Cairns, ale zaraz na wejściu uciekamy, w środku jakieś 19 st a na dworze parno i deszcz, nie chcemy wszyscy na koniec wylądować na antybiotyk
O 16 kierujemy się na lotnisko, tankujemy i oddajemy samochód. Przejechane 420 km, spalone 20l benzyny i liniami JetStar 4h 20minut lecimy na Bali. Przestawiamy zegarki o 2 godziny w tył i teraz mamy plus 7 godzin do Polski. Jest 21.30 Na granicy kolejka dla dzieci znacznie szybciej niż normalna, wiza darmowa poniżej tygodnia, bagaże sa , udaje się bez dodatkowych skanerów i kontroli. Facet od transportu czeka i jedziemy do hotelu. Dziś Westin w Nusa Dua, dzieciaczki o północy czyli o 2 w nocy w Australii padają…
Dzid pada od rana ale ok. 12 nagle przestaje…. Po mega wypasnym śniadaniu- nigdzie jeszcze nie było tak przeogromnego wyboru (pierwszy raz jedliśmy SnakeFruit- śmiesznie wygląda ale jest pyszny), dzis plażujemy, to co dzieciaczki lubią najbardziej nad Oceanem Indyjskim i w ten sposób chlapiemy się w trzecim po Atlantyckim i Pacyfiku oceanie na tym wyjeździe. WOW. 🙂 Jesteśmy podobno nad najlepszej plaży na Bali. Cały ten rewir mocno skomercjalizowany i turystyczny. Ludzi i tłok największy ze wszystkich miejscówek na tym wyjeździe, chociaż na plaży tego nie widać. Wieczorem lokalna kolacja i rodzinny masaż. Milion w lokalnej walucie nie wygląda zbyt okazale…;)

















Dziś bierzemy busa razem z kierowca i jedziemy na objazd wyspy. Startujemy o 8.30 i zaczynamy do indonezyjskiego show Barong and Kris Dance- mityczna walka dobra ze złem… trochę odlot ale fajnie było zobaczyć. Następnie jedziemy do plantacji Kawy Luwak. Male zwierzątka Luwaki połykają ziarna kawy a następnie je wydalają i w skrócie tak powstaje najdroższa kawa swita. Nie odmawiamy sobie spróbowania tego specyfiku i trzeb przyznać ze jest całkiem okey. Jedziemy tez zobaczyć wulkan Batur jeden z 9 na Bali z czego 7 nie aktywnych. Obok jest największy mount Aguni który ostatnio jest bardziej agresywny. Niestety pogoda dzis taka sobie i można powiedzieć ze nie widzimy wulkanów bo przysłaniają je chmury. Oglądamy jeszcze trasy ryżowe obok miejscowości Ubudi zajeżdżamy do Świątyni Holy Water Tample. Ok. 18 wracamy do hotel






































Ostatni dzień na Bali mega słoneczny bez chwil deszczu. Wyspa nabrała dodatkowych kolorów…. Dzieci większość czasu spędzają w morzu… spokojny, mega udany ostatni dzien. Jeszcze wypasna kolacja i o 21.30 kierujemy się na lotnisko. O 00.45 qatar airlines odlatujemy w porządnej burzy do Doha. 9 godzin z 10 były turbulencje ale jakoś udało się to przespać głębszym lub mniej głębszym snem…
















Przemierzyliśmy ŚWIAT dookoła… YUCHUUU… co za uczucie 🙂 Przemierzyliśmy Świat z dwójką Dzieci i dla każdego z nas była to wielka przygoda i doświadczenie. Spędziliśmy ze sobą 59 dni 24 godziny na dobę… naprawdę długi okres czasu. Teraz ciężko będzie się rozdzielić…
Vincent okrążył Ziemie w wieku 5 i pól roku, Luizka zaczynała jako siedmiolatka, skończyła jak ośmio. Po wylądowaniu w Berlinie poczuliśmy ta adrenalinę i radość z tego faktu…
Odwiedziliśmy miejsca o których marzyliśmy od dawna. Cala wycieczka przebiegła bez problemowo, nikt nie chorował, nic nie zgubiliśmy, raczej nas nie okradli, przynajmniej nic o czym wiemy. Operowaliśmy 11 walutami, wszędzie była możliwość płatności karta, wszędzie bankomaty dawały pieniądze. Z 21 lotów mięliśmy tylko jedno opóźnienie, poza tym wszystko na czas. Pierwszy raz nasze walizy wytrzymały trud podroży ale to chyba dlatego ze wymieniliśmy je na niezniszczalne Samsonite.
Przeżyliśmy niezapomniane chwile i chyba długo będziemy je pamiętać i się nimi Cieszyc i je wspominać…
Dzięki ze byliście z nam….
…. I do następnego
https://my.flightradar24.com/LuizaMaria




