Na drugi koniec świata: Australia i Oceania 2015/2016
05.10.2015. Mamy wizy do Australii.
Ogólny zarys wyprawy jest. Wnioski wizowe złożone o 23:15 i po 20 minutach mamy na mailu przyznane wizy dla naszej czwórki.
Bilety lotnicze namierzone, trzeba jeszcze tylko zakupić, do wyjazdu zostało jeszcze trochę czasu…cala naprzód ku nowej przygodzie
15-16.10 rezerwujemy większość przelotów
20.10.15 główny przelot Emirates zarezerwowany



Zaczynamy przygodę… Wyjeżdżamy z domu o 9.30 tym razem jedziemy przez Drezno i o 13.45 jesteśmy na lotnisku w Pradze. Szybki chceck-in i punktualnie odlatujemy do Dubaju.
Emirates pełen wypas WIfi na pokładzie w cenie :). Kolejny już raz krążymy ponad godzinę nad Dubajem ze względu na potężny ruch samolotów. Lądujemy spokojnie, przy bramce czeka na nas już Pani z Hotelu który sobie wzięliśmy ze względu na 10 godzinna przerwę i żeby spokojnie odpocząć przed długim lotem. Omijamy z nia wszystkie kolejki i docieramy do hotelu. Dzieciaczki padają…


Lecimy po raz kolejny A380, to chyba nasz najdłuższy lot prawie 13 godzin. Po długim locie krótkim dniu i nocy lądujemy w Melbourne. Przestawiamy zegarki +10h i mamy znowu ranek tyle ze następnego dnia. Kontrola graniczna oprócz kolejki na godzinę zupełnie bez pytań, pieczątki w paszporty i witam w Australii…!!!
Wypożyczamy w Avis Toyote Camry Hybrid i kierujemy się w stronę Great Ocean Road. Pogoda nie dopisuje, mamy tylko 10 stopni i deszcz, po jakimś czasie się rozpogadza i tem rosnie do 17 stopni






Z lotniska kierujemy się na Great Ocean Road do Apollo Bay gdzie mamy zarezerwowany domek nad oceanem. Co chwile pada i ostro wieje ale widoki nadrabiają. Robimy zakupki, jemy fish n chips i o 16.30 wykończeni docieramy do celu: Apollo Bay Cottages. Dzieciaczki padają w aucie my tylko logujemy się w pokoju i podamy. Różnica czasu jednak robi swoje










Po całkiem udanej nocce, wszyscy oprócz Viniego spali totalnie wykończeni, budzi nas ćwierkanie ptaków. Wokół naszego domy lataja papugi i różnokolorowe ptaszki, jest pięknie mimo ze pogoda się nie poprawiła za bardzo. Po sniadaniu ruszamy na zwiady w strone Angelsea. Zaczynamy od Kennett River, papugi koala, wodospady, następnie Lorne, Angelsea i Bells Beach- mekka serfurow. Trafiamy na mnóstwo zwierząt i robaków, widoki przepiękne, ludzie otwarci bardzo wyluzowani. Dzieciaczki przeszczęśliwe z ilości zwierząt…:) Great Otway National Park



























Rano uderzamy na Cape Otway na latarnie morska, po drodze dużo Koala, następnie kierujemy się na Beech Forest i wodospad Hopetoun Falls, później przejazd przez Gellibranc do miejscowość Colac, nad jeziorem Colac i nad Red Rock- pozostałości po wulkanie, wracamy przez Forrest do Apollo Bay



























Pogoda lekko się poprawiała świeci słonce i jest w granicach 12-19 stopni. Jeszcze ani rzu nie było 20 stopni .Dziś kierujemy się na wschód w okolice Port Camell. Atrakcje zaczynamy od Schodów Gibsona- tutaj łamiemy zasady i przechodzimy przez plot, ponieważ same schody są zamknięte ale ostatecznie schodzimy na plażę. Myślę ze gdyby bly otwarte sytuacja była by nie do opanowania ponieważ same schody sa bardzo wąskie a tłumy chińczyków by je po prostu zmasakrowała lub by chodziliby jeden po drugim. My sobie zeszliśmy spokojnie… Następnie 12 apostołów- widoki robią wrażenie, potem klif Lch Ard Gorge i okoliczne mniejsze atrakcje. Na koniec London Bridge i miasteczko Port Cambell gdzie na plaży znowu ogarniamy Fish n chips. Na koniec dnia zajeżdżamy na piękną Johanna Beach.
Na koniec dnia 5 km od naszego domku spotykam przechodząca przez ulice Koale:)
W domu okazuje się ze mimo ze było tylko w maksie 19 stopni wszyscy mamy popalone i to dosyć mocno twarze…:(
Nasza Hybrida pali bardzo mało, chyba ok 5-6 litrow benzyny, przejechaliśmy już ponad 800Km a dopiero wola ze przydałoby się cos zatankować. Zalewamy w Port Cambell za 20$.





































Dzisiaj chillujemy w Apollo Bay. Po śniadaniu na początek przelot Cessna po okolicy do Cape Otway- super sprawa. Potem plażujemy obok naszego domku. Woda zimna jak cholera ale da się zanurzyć, plaza piekna, piaseczek mega delikatny. Następny punkt to obiad z ryby i krewetek, spacerek i zakupki w Apollo Bay. Po 5 minutach zabawy na placu zabaw zaczyna się ulewa, chowamy się pod daszkiem i jednak wracamy do domu, potem niezła burza i na koniec spacerek jeszcze po okolicy.
Popsuł się główny aparat chyba elektronika- wielka szkoda może jutro uda się zaserwisowac.





















Po śniadaniu ok 10.30 zegnamy się z Apollo Bay i ruszamy w stronę Melbourne. Niestety w nocy Luizka zaczęła wymiotować i po drodze tez 2 razy dala czadu ale cele szczęście 200km minęło raczej dobrze.
W Melbourne kierujemy się na dzień dobry do serwisu Nikona o ciekawej nazwie Camera Clinik- może naprawia. Dziewczyna na początku mówi ze 10-15 dni od diagnozy a diagnoza tez z tydzień, także będzie po świętach, mówimy ze najlepiej by było jutro… sprawdzają szybko i mówią ze jak dostana części to będzie jutro, super- mamy nadzieje ze dadzą rade.
Logujemy się dziś można powiedzieć w samym centrum: Melbourne Short Stay Apartments MP Delux, mamy apartament na 13 piętrze w 43 piętrowym budynku z extra widokiem. Powrót do cywilizacji ekstremalny: dużo ludzi, dużo samochodów, dużo betonu ale tez jest fajnie.
Uderzamy na zwiady spacerkiem do centrum, ale Luizka czuje się cały czas źle a nawet gorzej, także robimy szybkie zakupki i wracamy do apartamentu gdzie Luizka przez windami w gronie 6-10 dodatkowych osób sprzedaje porządnego rzyga… ludzie pouciekali…
Do wieczora odpoczywamy i czakami na Robsona, Marzene i Nikite z RPA z którymi byliśmy w zeszłym roku na święta w Tajlandii.
Okazało się tez ze mamy wynajęty samochód o dwa dni za krótko, napisaliśmy maila do Avis ale jakoś nie odpowiedzieli także przedłużamy sobie sami i oddamy po dodatkowych dwóch dniach.
















Luizka czuje się trochę lepiej ale jest z leksza wyczerpana, także zmieniamy lekko plany i uznajemy ze dzień na spokojnie o której wyjdziemy to wyjdziemy.
Camera Clinic spisuje się na 100% !!!. Ok 11 dostajemy maila za aparat naprawiony możemy odbierać, yuppie
Po malu się zbieramy i uderzamy na dzień dobry po aparat, potem City Tour by Melbeurne… Bardzo fajnie miasto, multikulturowe- mieszanka całkowita. Luzika zaczyna czuć się lepiej także energia tez wraca wszystkim. Wieczorem wracamy go hotelu. Jutro rano na lotnisko…












Przejechaliśmy po Australii ponad 1100km, widno było do 21 także można było śmiało podróżować. Rano budzimy się o 6:45 pakujemy, jedziemy na lotnisko i oddajemy samochód bez żadnych problemów.
Dziś lecimy na Fiji Virgin Australa o 9:45 na wyspe Viti Levu, lot zajmuje 4:45h. Przelot mija szybko i jesteśmy na Fiji. Przestawiamy zegarki dodatkowo +2 godziny i mamy teraz dokładnie +12 godzin do przodu- bardziej na wschod już się nie da:) Wypożyczamy busa z Avis, pierwsze zakupki i logujemy się do hotelu, tym razem Radisson Blue. Witam na Południowym Pacyfiku klimat tropikalny…




















Ogarniamy okolice i chilujemy nad Pacyfikiem- Vincent nauczył się snurkowac i jest z siebie bardzo dumny, Mamusia, Tatus i Luizka tez sa z niego bardzo dumni. Gorączka jako 102, słonce wręcz pali ale zieleń jest piękna…














Przez Fiji prowadzi jedna główna droga, po jednym pasie z danym kierunku. Maksymalna prędkość to 80km.h. Jeździ się trudno i wolno, jest duży ruch korki i wioski wzdłuż całej trasy. Raj tutaj już wcale nie wygląda tak rajsko. Bieda jest bardzo duża, ludzie w większości mieszkają w barakach, ceny sa kosmiczne- 300%-400% polskich, naprawdę caly czas się zastanawiamy jak ludzie tu zyja, ale sa bardzo uśmiechnięci i mili.
Korporacje hotelarskie łupią turystów ale nic nie zostawiają miejscowym cala kasa idzie do wielkich firm, co niektórzy maja po prostu prace, ale cóż tak jest ten świat skonstruowany. Ostatecznie najważniejsze ze ludzie na Fiji wyglądają na szczęśliwych.
Zatrzymuje nas tez policja, widząc ze jesteśmy trustami i mamy wypożyczone auto, policjant z mega uśmiechem mówi ze informuje nas tylko ze mimo dopuszczalnej 80km/h my minibusem powinniśmy jechać tylko 60km/h i z uśmiechem się zegna zyczas szerokiej drogi.
Po drodze do Suvy, odwiedzamy Sigatoka Diunes, Pacyfic Harborg. W stolicy jest duży port, duży dworzec autobusowy, parlament ambasada USA i jest to chyba jedyne miasto na wyspie.
Na koniec dnia odwiedzamy wodospady: Colo i Suva…































Płyniemy na malutka wysepkę- tam cały dzień chilujemy, snurkujemy- Vincent zalicza swoje pierwsze pełnomorskie snurki- ogląda rafy i rybki, Kasia nurkuje- schodzi na 10 metrów. Rafa dużo lepsza niż na Mauritiusie, Tajlandii czy Seszelach, możne spokojnie dać jej 3 miejsce po Malediwach i Egipcie. Dzień na pełnym luzie: Like in Paradise


















Ostatnie dwa dni kręcimy się po Nadi, luzujemy nad Pacyfikiem albo basenem, masaże itp.
Jutro w południe na lotnisko..



Z hotelu wyjeżdżamy o 11 na lotnisko, bardzo sprawna odprawa, dziś podróżujemy Air New Zealand. Lotnisko w Nadi po przejściu na bezclowke jest można rzec sterylnie czyste i nowoczesne- bardzo przyjemnie. Startujemy o czasie i po 3 godzinach lądujemy w Aukland. Witamy w Krainie Długiej Białej Chmury- Genek wyczułeś nas :)!!! Wszystkie walizy sa także uderzamy na granice, żadnych pytań, pieczątki w paszporty i jesteśmy w Nowej Zelandii, na kontroli bagaży zabierają nam miód który zgłosiliśmy ze mamy a nie chciało nam się stać godzinę w dodatkowej kolejce żeby ocenili czy możemy wwieźć czy nie.
Bierzemy z Avis całkiem wypasionego australijskiego Holdena o wdzięcznej nazwie Malibu i ruszamy… Najpierw zakupki, drogo jak cholera spokojnie z 300% niż w Polsce 🙂 Potem dorośli Kebab, dzieciaczki sushi i docieramy do hotelu, dziś Waldorf St Martins Apartments Hotel- w centrum, nie za ciekway ale ostatecznie obleci. Logujemy się i jedziemy do portu i Sky City.
Jest trochę chłodniej niż na Fiji ok 20 stopni, godzina ta sama, czyli +12 godzin













Po śniadaniu kierujemy się w stronę Hot Watter Beach. Na dzień dobry mamy przygodę, samochód zaczął się ślizgać na wyjeździe z parkingu i stanął, było tak ślisko ze nie mogliśmy podjechać, musieli nas wypchnąć.
Przemierzamy krainę: bio, eco i organic, dużo naturalnej zieleni i przez większość trasy swojski zapach 🙂 Chmura ciągle nad nami…
Po paru przystankach, to na kawke, siku czy zakupki, dojeżdżamy do Hot Watter Beach- jest trochę kibola ale warto było odwiedzić to miejsce, Woda jest gorąca- w zasadzie wrzątek na plaży pod piachem i miesza się z lodowata woda z ocenau- bardzo ciekawe i niezapomniane przeżycie. Podobno gdzieś niedaleko w oceanie wypływa lawa i podgrzewa kawałek terenu:) relaksujemy się dobre 2 godziny, potem piknik na parkingu i jedziemy na druga atrakcje dzisiejszego dnia Cathedral Cove. Przechadzka w jedna stronę ok 50 minut, widoki super.
Logujemy się do super miejscówki: Tatahi Lodge w miejscowości Hahei- takiej ciszy i spokoju nie mieliśmy już dawno- prawdziwy chillout…





























Tym razem od 6 rano tatuś rzyga.. maka paka, what the fuck? Ale nic trzeba jechać dalej. Kierujemy się na południe do Rotorua. Zahaczamy o Matamata- wisoak hobittow, następnie o Bluberry Experience, gdzie jemy ręcznie przygotowane lody z borówek- można śmiało polecić. Przejeżdżamy dziś 210 km, logujemy się do Motelu: dziś: Rotorua Coachman SPA Motel i niestety tatuś pada.
Pod wieczór uderzamy na miasto, wszędzie fajnie wali siarka, spacerek brzegiem jeziora Rotorua, zabawa na placu zabaw, spacerek po geotermicznym parku, moczymy giry w jednym z basenikow i spac… Temperatura w dzień dochodzila nawet do 25 stopni wow…

















Dziś wstajemy- wszyscy zdrowi cale szczęście. Ale leje… Postanawiamy ze uderzymy na cieple źródła celujemy w Polynesian Spa…wejście 175 $NZ… za 45$NZ możemy popływać w zwykłym basenie… odpuszczamy… kierujemy się do Hell’s Gate… to samo, tutaj kasują nawet za sam spacerek 45$NZ… tez odpuszczamy. Oglądamy jeszcze wybuch gejzera przez plot pod jednym z parków Te Puia. Pogoda znacznie się poprawia lecimy na Vulcanic Valley… 1,5h spacerek z pięknymi widokami nadrabia wszystko, następnie piknik na parkingu i Wai o Tapu- jeszcze piękniej tutaj spacerek zajął nam ponad 2 godziny. Jedziemy do Taupo i robimy zakupki na kolejne dni, potem jemy kurczaka nad brzegiem jeziora Taupo. Widzimy tez czarne łabędzie.. na koniec dnia trafiamy do mega ośrodka Braxanere w miejscowości Waihi Tokaanu nad samym brzegiem jeziora Taupo… zostaniemy tu dwie noce…
Piękny dzień…
Dziś znowu palnęliśmy ponad 200km. Holden mimo ze 30% droższy w wynajmie niż Hybryda w Australii to pali 2 razy więcej, 10l/100km… 🙁































Rundka: Tongariro- Whakapapa Village- National Park-Ohakune- Mount Reapehu- Waiouru- Rangipo





















Rano odwiedzamy jeszcze cieple źródła żeby pomoczyć trochę pupy, robimy spacerek i wracamy do Auckland. Przejechaliśmy po Nowej Zelandii 1300km, oddajemy samochód i hotelowym busem wbijamy do Heartland Hotel Auckland Airport
Zostawiamy sobie większa część Nowej Zelandii na kolejny raz, jeszcze tu wrócimy, jutro dalej cala naprzód ku nowej przygodzie…
Może być kłopot z Internetem przez następne kilkanaście dni… Pa













Luizka budzi się cala w skowronkach- Sto Lat, prezenty, buziaki i uściski. Życzenia przychodzą z Polski, Australii, Chin i RPA..:)
Zbieramy się i jedziemy na lotnisko. Air New Zealand- the best airline on the world, ciekawe tylko wg jakiego rankingu? Zaczyna się już na lotnisku, mimo ze bilety nie były tanie- wszystko przez automaty- chcą żeby się samemu odprawiać- ludzi tłum, tłok i bałagan, maszyny jednak nie ogarniają… dostajemy bilety standardowo, następny punkt- oddanie bagaży- znowu problemy bo mamy 2,5 kg więcej niż limit, z maszyna nie pogadasz, zmieniamy stoisko na Ludzkie gdzie po lekkim przepakowaniu wszystko jedzie… Opóźnienie 40 minut a na pokładzie tylko woda i herbatka… bez jedzenia… przesada na maxa… Linie numer 1 hahaha…
Dobrze ze chociaż Luizka miała urodziny w samolocie tak jak cały rok chciała…
Po 3,2 h lądujemy na Rarotonga, tam witają nas tancerki i miejscowa muzyka, przechodzimy przez granice, odbieramy bagaże, zabierają nam awokado i mandarynkę- miód zostawili 🙂 i idziemy na odloty krajowe. Tam czeka na nas facet który z daleka się uśmiecha i wita nas po nazwisku wręczając nam karty pokładowe na przelot na Aitutaki- liniami Air Rarotonga, samolotem Saab 340.
Po 50 minutach lądujemy na Aitutaki- malutkiej wsypce na środku Pacyfiku- dla nas to jest naprawdę koniec świata-witają nas kwiatami zakładanymi na szyje:) – nie możemy uwierzyć ze tu jesteśmy…!!!


















W trakcie lotu z Nowej Zelandii na Rarotonga przekroczyliśmy międzynarodową granice zmiany czasu i po wylądowaniu na Aitutaki przestawiamy zegarki o -23 godziny, co daje nam do Polski różnicę -11 godzin
Luizka ma swoje 6 urodziny po raz drugi…:) Tym razem jest piękne morze (ocean) a w zasadzie laguna, piasek, tort, wianek z kwiatów, sto lat, życzenia i buziaczki
Zakotwiczyliśmy w Aitutaki Village na brzegu przepięknej laguny, która uchodzi za najbardziej spektakularna lagunę na świecie.
16-18.12.2015 Wypożyczamy samochód- cala wyspę da się objechać max 20 minut, maxymalna prędkość 50km/h. Cały czas czujemy się jak na końcu świata, z drogi prawie przez cały czas widać ocean- bezcenne, jest jedna wąska droga, kilka niby sklepów, stacja benzynowa i ceny naprawdę kosmiczne… przy kursie ok 1 NZ$= 2,80PLN, litr wody gazowanej 5,20NZ$, kilo marchewki: 8,5NZ$, puszka napoju: 3,00, snickers: 3,50NZ$, chleb: 6 NZ$, jedno jabłko 1,5NZ$, patyczki do uszu 24sztuk: 8NZ$ … wow… jak żyć??? Słońcem i wodą:) widoki nadrabiają za wszystko… a do cen trzeba będzie się przyzwyczaić, 1:1 nie wygląda to już tak strasznie…
Trafiamy od razu na Bożonarodzeniowe show w centrum wyspy, integrujemy się z miejscowymi i czujemy się jak u siebie w domu. Nasze dzieciaczki dostały nawet prezenty od Mikołaja z Wysp Cooka:) a piosenki świąteczne śpiewał sam premier!
Nie ma zasięgu GSM, ale za to jest wifi- mega drogie i limitowane ale jest…










































W sumie nic dodać nic ująć… 🙂 Żaden film ani zdjęcie nie jest w stanie oddać tych widoków, mix zieleni, błękitu i turkusu powala…













Wyspiarskie życie toczy się leniwie, od odpływu do przypływu od startu bądź lądowania Air Rarotonga. Turystów nie ma prawie wcale, często jesteśmy jedyni na plaży czy restauracji. Obsługa w sklepach czy knajpach jest totalnie wykończona upałem i nic nie robieniem, mogą gadzinami stać i po prostu gapić się bezmyślnie. Czasami wyglądają jakby byli zupełnie odłączeni. Nie są tez zbyt mili, często się obrażają ze musza na chwile się ruszyć bo klient miał czelność i zawitał. Jest klika wyjątków która cieszy się życiem i ma w sobie trochę energii. Chociaż ostatecznie po paru dniach przestało nas to dziwić…
Co do waluty to obowiązuje tu dolar Nowo Zelandzki ale maja tez bilon z Wysp Cooka i banknot 3 dolarowy w kolorze różowym i zielonym. Zielonego nie widzieliśmy. Przelicznik 1:1
Stworzonek morskich jest co nie miara: wielkie kraby, latające flying fish…
My totalnie odpoczywamy bez tłoku ludzi (jak w Tajlandii czy Meksyku) i setek naganiaczy (jak prawie wszędzie), jeśli już czasem ktoś się pojawi najczęściej kończy się na milej rozmowie i każdy chiluje w swoim stylu. Nie wiemy która jest godzina ani jaki dzień tygodnia. Tego nam było trzeba… totalne oderwanie się od rzeczywistości na malej wysepce na końcu świata















Odwiedzamy One Foot Island i inne malutkie przepiękne, bezludne wysepki. Jeśli do tej pory byliśmy w raju to teraz jesteśmy w samym niebie, jedna z wysp ma taka właśnie nazwę HEAVEN…
Na Aitutaki Island są dwie rzeczy za które się nie płaci: jest to woda niegazowana do piciia- odzyskiwana z deszczówki i kokosy:)
















































Snurkowy dzień na Tamanu Beach. Tylko my i natura…












Po 11 dniach czystego relaksu, prawdziwego spokoju którego chyba nie znajdzie się nigdzie indziej, opuszczamy Aitutaki gdzie na pewno jeszcze wrócimy i o 9.00 Air Rarotonga odlatujemy na Rarotonga. Lot mija szybko i przyjemnie i logujemy się do Lagoon Breaze Villas obok hotelu Rarotongan przy podobno najpiękniejszej rafie do snurkowania na wyspie. Tym razem w pierwsza noc Vinius obrzyguje cały pokój… co jest ???
Nie ma aut w wypożyczalniach dlatego decydujemy się na przejażdżkę w okół wyspy i na zakupki lokalnym autobusem. Kieruje Samuel L Jackson i opowiada różne historie o wyspie, w drodze powrotnej widząc ze czekamy na przystanku na autobus zatrzymuje się parka i proponuje podwózkę do hotelu, dzieciaczki szczęśliwe wskakują do bagażnika a miejscowi jeszcze bardziej szczęśliwi cala drogę opowiadają historie z życia wyspy, gdzie tanie sklepy i dobre knajpy…
Na kolejne 2 dni udało się już załatwić auto, 7 osobowa Toyote w cenie Nissana Micry i jedzmy w koło wyspy to w lewo to w prawo zaliczając chyba wszystkie najważniejsze miejscówki. Do okola wyspy jest 32km. Są dwie drogi: główna MainRoad przy plaży i Back Road od środka wyspy. Przejeżdżamy łącznie w dwa dni 220km. Wyspa jest piękna, tropikalna, bardzo zielona, otoczona turkusowa woda, w porównaniu jednak do Aitutaki to prawdziwa metropolia chociaż do cywilizacji bardzo daleko…
Widać ze klimat się zmienia: woda nie jest spokojna, często pada deszcz… Poznaliśmy dziadków z Kanady 69 lat, 3 raz na Rarotonga, babcia snurkuje, podobno nawet jeździ na nartach, cały czas cos działaja, wspominają poprzednie dwa razy, żadnych chmur , woda jak tafla… teraz mamy już skutki El Nido.



















































Próbujemy wynająć jakiś samochód żeby podjechać na imprezkę Noworoczna. Nic nigdzie nie ma a tym bardziej na jeden dzień. Pytamy jeszcze u nas w hotelu i okazuje się ze załatwili jakąś dobita Toyote Yarsi, najważniejsze ze jeździ- super. Przejeżdżamy nie wiadomo kiedy 96km
Sztuczne Ognie o 22.00 dla dzieci organizowane przez Rząd Wysp Cooka w stolicy kraju znowu śpiewa dla nas premier kraju i łapiemy się do transmisji telewizyjnej.
A potem Imprezka na plaży Muri Beach i sztuczne ognie nad Południowym Pacyfikiem…
HAPPY NEW YEAR!!!!
Wyspy Cooka to ucieczka od rzeczywistości, ludzie są mili, naturalnie szczęśliwi i uśmiechnięci, naprawdę cieszymy się ze mogliśmy tu spędzić tyle czasu, święta i przywitać nowy rok- najpóźniej na świecie. Na pewno tu wrócimy, ale póki co mamy jeszcze 3 dni żeby cieszyć się chwila…





















Po 19 dniach na wyspach Cooka odlatujemy do Auckland…









Odlatujemy z Rarotonga Air New Zealand 3 stycznia o 15 a po 4 godzinach lotu ladujemy w Auckland 4 stycznia o 18.00.
Dodajemy tym razem +23h a do Polski mamy +12h
Air New Zealand tak chłodził ze jeszcze z godzina lotu i większość byłaby zimna:) nie wiem co za polityka ale na maxa nie polecamy tych linii… nie dość ze drogie to beznadziejne…
Wracamy do cywilizacji, mamy znowu zasięg GSM i nieograniczony Internet…wow…:)
Śpimy znowu przy lotnisku w Heartland Airport, jutro rano do Australii…
Rano jedziemy na lotnisko, trochę z niedowierzaniem okazuje się ze mamy jednak rezerwacje na przelot, w która trochę nie wierzyliśmy ponieważ bilety kupiliśmy w wyjątkowo atrakcyjnej cenie- 4 bilety w cenie jednego pozostałych przewoźników.
Dziś lecimy chilijskimy LAN Airlines- i trafia nam się po raz pierwszy Boeing 787-9 Dreamleiner- także super:)!!! Obsługa i serwis tez pełen wypas- żadnych ograniczeń ani wymysłów tak jak w Air New Zealand- liczyli tez sumę kilogramów walizek a nie co do kilograma każdą jedna sztuke.
Po 3 godzinach lądujemy przecinając potężne chmury w Sydney w którym po prostu leje… i ma niestety tak lać przez cały tydzień, także zobaczymy co tu wymyślimy. Przestawiamy zegarki -2h i mamy teraz +10 do Polski
Bierzemy taksówkę i jedziemy do hotelu; Meriton World Tower- w samym centrum, zostaniemy tu 3 dni, mamy pokój na 66 piętrze podobno w najwyższym mieszkalnym budynku w Sydney, dobrze ze widoki mam super..
Robimy zakupi, spacerek po China Town w ulewie i basen na koniec. Ludzi mnóstwo, witamy w Big City Life
Zimno i wilgotno tego tygrysy nie lubią najbardziej, trzeba przyznać ze Australia nie rozpieszcza nas pogoda;(









06-07.01.2016
Leje dalej i jie odpuszcza. Spotykamy się ze znajomymi z Zielonej Góry: Kamila, Mackiem i ich córeczką Iga. Dzieciaczki mogą się trochę pobawić a my gadamy i chilujemy.
Po południu wybieramy się na przechadzkę i docieramy w deszczu pod opere. Ma to swoje dobre strony bo odwiedzających jest bardzo mało, także można spokojnie pstryknąć fotki
W czwartek z rana po prostu przestaje padać także ruszamy na manewry: najpierw chiński market gdzie można kupić różne gifty dokładnie za polowe a nawet taniej od tych sprzedawanych w tgz gift shopach, potem opera, Harbour Bridge i dzielnica Rock. Jest niezle…



































Pogoda przemieniła się w prawdziwe lato- pierwszy taki dzień w Australii, także atakujemy plaże. Płyniemy na Manly Beach, są prawdziwe australijskie fale, także mam w końcu okazje się fajnie pochlapać…
Wieczorem zmieniamy miejscówkę na Meriton Zetland o polowe taniej i o polowe bliżej do lotniska






















Wstajemy o 3 rano żeby o 4 pojechać na lotnisko i o 6 odlecieć do Dubaiu. Po 14 godzinach lotu lądujemy o 13.30 w Dubaiu. Zegarki -7h do polski jesteśmy +3 do Polski. Logujemy się do Novotel Worl Trade Center. Jet Leg zupełnie nas pokonuje i o 16 zasypiamy, budzimy się rano ok 4 i zaczynamy nowy dzień…


o śniadaniu pełni energii ruszamy na miasto: zaczynamy standard Dubai Mall na mały shopping i Burj Kaliffa, próbujemy swoich sil jako pilot A380 Emirates i nawet lądujemy na lotnisku w Zielonej Górze ,haha- bardzo fajna zabawa.., widźmy spalony na sylwestra hotel The Address- wygląda to nieco słabo, ale podobno do maja ma być wyremontowany, obiad pod najwyższym budynkiem świata, tańczące fontanny, i powrót do hotelu… znowu padamy













Jumeirah Beach i zanurzenie w Zatoce Perskiej, Miracle Garden, Mall of Emirates…. maja tu wszystko…





















Rano Emirates odlatujemy do Pragi, oblatują Irak i Syrie do okola




Ok 18.00 meldujemy się w domu.
http://flightdiary.net/LuizaMaria
Vincent na 44 miesiące życia 46 lotów. Średnio więcej niż jeden przelot na jeden miesiąc życia:)
2015: 108 dni poza domem, 2016: +12
