Nastawiamy się na szybki wyjazd. Miało być o 7:00, ruszamy o 7:30, więc i tak nieźle.
Dziś przed nami 830 km przez Niemcy do Austrii. Pierwsze kilometry lecą całkiem sprawnie, ale ostatnie 250 km to już praktycznie jeden wielki korek. Średnia prędkość spada poniżej 60 km/h i jedzie się długo.
Finalnie po 10 godzinach jesteśmy na miejscu. Zakładaliśmy 12, więc i tak bardzo dobzre.
Meldujemy się w bardzo fajnym, klimatycznym górskim hoteliku w Alpach: Gud Brandlhof. Szybka kolacja walentynkowa i o 23:00 padamy.
Jutro zaczynamy narty w naszym ulubionym austriackim miejscu w Alpach.
















Kolejne pięć dni jeździmy po stokach regionu Zell am See–Kaprun.
Najbardziej lubimy wyciągi Maiskogel — najmniej kolejek i można zrobić naprawdę dużo kilometrów. Ale jeździmy też sporo w klasycznym rejonie Zell am See.
Średnio wychodzi około 40 km dziennie, czyli w pięć dni prawie 200 km na nartach.
Warunki były bardzo różne.
Pierwszego dnia najmniej śniegu, sporo lodu i muld. Kolejne dni to już duże opady śniegu i zupełnie inne warunki, miękko, przyjemnie, choć miejscami też robiły się muldy. Było pochmurnie, padał ciężki śnieg, było też mega słonecznie. Mieliśmy mix wszystkiego, na szczęście bez deszczu.
Ostatni dzień zaczyna się bardzo ciepło i słonecznie, a kończy totalnie pochmurnie, mgliście i z mocnym opadem śniegu. Widoczność praktycznie zerowa, ale to już ostatnie dwie godziny jazdy.
Wyszaleliśmy się wystarczająco.
Całe szczęście bez kontuzji, choć kilka upadków było naprawdę spektakularnych.
Poza nartami pocelebrowaliśmy też kulinarnie. Była świetna restauracja japońska, były lokalne knajpy, ale jedna zapadnie nam w pamięć szczególnie typowa austriacka osada: Rauchkuchl, gdzie nie wybiera się dań z karty. Wiadomo tylko, że będzie ryba, mięso albo wege. My trafiliśmy na mięso. Wszyscy przychodzą na jedną godzinę, jedzenie serwowane jest dla wszystkich takie samo, przygotowywane na wielkiej kuchni na żywym ogniu. Zupełnie inne doświadczenie. To miejsce jest też wyróżnione w przewodniku Michelin. Obchodzimy tez urodziny Mamusi w Restaurant 1617.
Podsumowując: mega udany tydzień w okolicach Kaprun. Jeśli chodzi o jazdę i klimat regionu, jesteśmy spełnieni.
Zapewne jeszcze tu wrócimy.




































































Pobudka dosyć późna: 8:30, spokojne śniadanie, pakowanie, szybkie zakupy i jeszcze sushi na drogę. Ruszamy dopiero o 11:30.
Pierwsze 300 kilometrów to udręka. Jedziemy prawie 4 godziny, ruch ogromny, przepustowość autostrad praktycznie zerowa. Stanie, zwalnianie, znowu stanie. Na szczęście po tych 300 km sytuacja się odwraca i kolejne 400 kilometrów robimy w 3 godziny, więc średnia się wyrównuje.
O 19:30 jesteśmy w domu. Po około 10 godzinach jazdy meldujemy się na miejscu.
Koniec wyjazdu.


